Po dwóch godzinach uznaliśmy, że robi się późno i pora wracać. Jednak mój mąż nie zajął swojego poprzedniego miejsca. Uznał, że Gwiazdka jest zmęczona i lepiej, żeby jechała na niej jedna osoba. On szedł koło nas i ją prowadził. Przez całą drogę rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym.
Gdy wróciliśmy na plażę, klacz zatrzymała się i zarżała na znak protestu.
- Hej, Gwizdka co się dzisiaj z tobą dzieje? Słuchasz się Rose, a mnie ignorujesz.
- Widzisz towarzyszu, dziewczyny trzymają się razem.- poklepałam ją po szyi i zeszłym na ziemię. Jednak zanim zdążyłam zrobić choć jeden krok, znalazłam się w silnych ramionach.
- A gdzie to się wybierasz Roza. To jeszcze nie koniec podróży.
- Jak dla mnie koniec. A dla ciebie?- zwróciłam się do klaczy. Ta oczywiście poparła mnie w swój zwykły sposób.
- Wy coś knujecie.
- Nie, ale chyba mam już dość jazdy na dzisiaj. Trochę boli mnie pupa.- była to prawda. Siedziałam w siodle cztery godziny, jeśli nie dłużej.- Jeśli będziesz grzeczny to może pozwolę ci mnie wymasować Hej, umiesz jeździć na oklep?
- No jasne.
Zaczęłam odpisać rzemienie siodła.
- Co robisz.
- Chcę to zobaczyć.
- Ale ona jest zmęczona.
Klacz zaprotestowała gwałtownie.
- Mnie się wydaje, że ma jeszcze ochotę na małe popisy.- poparła ją.
Odpięłam ostatni pasek i chciałam ściągnąć siodło z grzbietu wierzchowca, ale przeszkodził mi Dymitr.
- Roza, wiesz że nie możesz się przemęczać.
Odsunął mnie i sam chwycił sprzęt, po czym oddalił się, żeby go odstawić. Wykorzystałam to. Podeszłam do Gwiazdki i szepnęłam jej do ucha.
- Byłaś bardzo grzeczna. Teraz czas na nagrodę.
Powiedziałam jej co ma zrobić. Kiedy Dymitr wrócił, byłyśmy gotowe.
- No kowboju. Pokaż co potrafisz.
- Coś mi się widzi, że dostałem od ciebie nowe przezwisko.- Zaśmiał się wskazując na wierzchowca.
- Spokojnie. Będzie ci służyło tylko przy koniach.- uśmiechnęłam się.
Dymitr złapał za lejce i spiął klacz. Ta posłusznie wykonywała jego polecenia. Jednak do czasu aż gwizdnęłam.
I wtedy się zaczęło.
Gwiazdka gwałtownie zmieniła kierunek i pobiegła galopem na spotkanie fal. Oczywiście nie obyło się bez protestów mojego męża, ale i tak nikt go nie słuchał. To prawda, jesteśmy podobne.
Kiedy klacz była już na dość głębokiej wodzie, zarzuciła swojego jeźdźca.
PLUSK!
Dymitr wypłynął na powierzchnię, trochę zdezorientowany. Ale szybko otrząsnął go mój śmiech.
Śmiałam się w niebo głosy, gdy widziałam jak próbuje wyciągnąć Gwiazdkę na plażę, a ta tylko się z nim droczy. Nie mogłam powstrzymać śmiechu. Nigdy nie widziałam nic bardziej komicznego niż scena rozgrywająca się przede mną.
Usłyszałam gwizd. Trochę się uspokoiła, więc spojrzałam w stronę oceanu. To co zobaczyłam trochę mnie zaniepokoiło. Oto mój ukochany wspierając się na rumaku, prawie że biegł po falach, jak prawdziwy bóg mórz. Postanowiłam, że to najlepsza chwila, kiedy mogę wsiąść nogi za pas. Zaczęłam uciekać przed moim Posejdonem. I pewnie udałoby mi się, gdyby drogi nie zagroziła mi jego towarzyszka. Po chwili Dymitr niósł mnie w ramionach w stronę wody. Gwiazdka kłusowała obok nas, rżąc radośnie.
- To zdrada.- rzuciłam jej gniewie spojrzenie, które jednak nie zrobiło na niej wrażenia.
- To ty ustawiłaś przeciw mnie mojego konia.
- Obiecałam jej to. A tak w ogóle to...
Nie zdążyłam zadać pytania, gdy poczułam, że spadam. Wynurzyłam się na powierzchnię, plując wodą.
- Chciałaś coś powiedzieć?- Na nowo ukochany trzymał mnie rękach.
- Tak troszkę. Ona też jest bardzo inteligentna. Jak to możliwe, że zwierzęta tak cię lubią? Normalnie uciekają przed dampirami.
- A czy to ważne. Kocham ją.- to bardzo dziwnie zabrzmiało. Ale nie byłam zazdrosna. Niby o kogo? O konia miałam się kłócić?- Oczywiście ciebie też. I widzę, że wy również się polubiłyście.
- To prawda. No przynajmniej się mnie słucha. A ja jej ufam.- Tym czasem nasza ulubienica pływała wokół. Kiedy zbliżyła się do nas bardziej, poklepałam ją po grzbiecie.- Tak, o tobie mówimy.
Kiedy odwróciłam od niej wzrok, napotkałam spojrzenie Dymitra. Patrzył na mnie, tymi swoimi, cudownymi, czekoladowymi oczami, pełnymi miłości. W tym spojrzeniu było tyle słodyczy, że mało się nie rozpłynęłam. A jednak tak. Zaczęłam topnieć kiedy na ustach poczułam jego słodkie, miękkie wargi. Na początku pocałunki były delikatne, ale przemawiało przez nas coś więcej. Delektowałam się jego bliskością, kiedy zdejmował moją sukienkę. Chciałam to samo zrobić z bluzką ukochanego, ale moje dłonie trafiły na już goły tors. Na chwilę zatrzymałam się na nim. Poczułam jak zadrżał pod moim dotykiem. Następnie zajęłam się jego spodniami. Przycisnął mnie bliżej siebie, tak że czułam jego gołe ciało przy moim. Objęlam go nogami w pasie. Całowaliśmy się coraz bardziej namiętniej. Nie liczyło się nic poza nim. Nasze ciała jak zawsze współgrały ze sobą idealnie. On jest idealny.
Po zabawie zaczęliśmy wymawiać nasze ubrania i wyszliśmy na plażę trzymając się za ręce. Położyliśmy mokre rzeczy do wyschnięcia a sami wystawiliśmy się na słońce, na kocu który rozłożył Dymitr. Ciągle trzymał mnie za dłoń. Kiedy ubrania wyschły założyliśmy je i oglądaliśmy zachód słońca. To było takie romantyczne. Siedzieliśmy, mocno wtuleni. Gwiazdka bawiła się gdzieś niedaleko.
- Kocham Cię Roza.- mąż pocałował mnie.
- Ja ciebie też konwoju.- Zaśmialiśmy się.- Zauważyłeś, że od koronacji Lissy częściej się uśmiechasz?
- Bo mam więcej powodów do radości.- uśmiechnął się do mnie znacząco.- I jak ci się podoba nasz urlop.
- Bardzo. Nie pamiętam czy kiedykolwiek wcześniej byłam na takim wyjeździe. Cieszę się, że jesteś ze mną.
- Jestem i zawsze będę. Nie pozwolę sobie, żeby coś ci się stało. Chyba pora wracać. Trzeba oporządzić Gwiazdkę.
Gwizdnął i klacz już była przy nas. Mój ukochany otrzepał koc i wrzucił jej na grzbiet.
- A gdzie siodło?- spytałam.
- Już odniosłem. Wskakuj.
- Czekaj, bez siodła?- zdziwiłam się.
- A co? Boisz się?
- Nigdy towarzyszu. Ale musisz mi pomóc.
On podszedł do mnie i podniósł jakbym nic nie ważyła. Jednym ruchem wsadził mnie na grzbiet wierzchowca.
- I jak?
- Bardzo Wygodnie.
- Tylko trzymaj się mocno, żebyś mi nie spadła.
- Spokojnie. Z większych wysokości skakałam.
Ale i tak przytuliłam się do szyi Gwiazdki, tak dla bezpieczeństwa. Dymitr dał znak i klacz ruszyła powoli za nim. Po kilku minutach byliśmy w stajni.Razem wyczyściliśmy konia. Jednak Dymitr nie pozwolił mi nieść wody i siana. Trochę denerwowało mnie to, że nie mogę robić wielu rzeczy. Jednak byłam wdzięczna mężowi za to, że mi pomaga.
Gdy w boksie znalazło się jedzenie i picie, Gwiazdka rzuciła się na nie. Widać było, że jest głodna i spragniona.
- Jedz, kochana założyłaś. I wybaczę ci to wrzucenie do wody. Wiem, że to ta niedobra dampirzyca cię namówiła.
- Hej, towarzyszu. Wiesz, że ta "niedobra dampirzyca" może cię dzisiaj wyrzucić na kanapę?- zauważyłam z cwanym uśmiechem na twarzy.
On podszedł i pocałował mnie długo i namiętnie, aż zakręciło mi się w głowie. Kiedy się odsunął oddychałam ciężko.
- Nadal może?- teraz on się uśmiechnął.
- No dobra, ale wymyślę ci inną karę.
- Już nie mogę się doczekać.
Chwycił mnie za dłoń, a nasze palce splotły się.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
środa, 2 marca 2016
ROZDZIAŁ 70
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 1 marca 2016
ROZDZIAŁ 69
Moje przemyślenia przerwał głos ich obiektu.
- Pani zechciałaby może uczynić mi ten zaszczyt i dotrzymać towarzystwa przy obiedzie?- spojrzałam na niego i zauważyłam, że rozłożył koc.
Leżały na nim dwa talerze, termosy (mogła bym się założyć o wszystko, że w jednym jest kawa) i pojemniki z różnymi potrawami. Sam kucharz zapraszał mnie do "stołu".
- To chyba najdłuższe zdanie, jakie kiedykolwiek powiedziałeś.- podeszłam i zajęłam wskazane miejsce. On usiadł koło mnie.- To urocze, ale wolę jak mówisz normalnie.
- Nie chcesz czuć się jak księżniczka?
- Lissa jak była księżniczką, nigdy nikt do niej nie mówił taką elokwentną gwarą. A ja jestem tylko jej ochroną. Więc gdzie mi do księżniczki?- zaczęliśmy nakładać sobie jedzenie.
- To fakt, nie jesteś księżniczką. Jesteś królową mojego serca.
- Dymitr, z tobą każdy dzień, to jak zakochać się na nowo, tylko wiedząc o sobie więcej.- ugryzłam kawałek kotleta.- Ymn... To jest pyszne. Z tobą nie umrę z głodu.
- Nie pozwolę, żebyś w ogóle zginęła. Nie przy mnie. Bo twoja śmierć, to koniec mojego życia.- przybrał poważną minę.
- Ja nigdy dla ciebie nie zginę. Nawet po śmierci ciała moja dusza będzie cię pilnować, a moje serce będzie zamknięte tu.- dotknęłam klatkę piersiową męża, w miejscu gdzie ma serce. Przynajmniej tak mi się zdawało.
- Może lepiej tu.- przesunął moja dłoń bardziej na swoją lewą, tam gdzie naprawdę znajduje się jego serce.
Do miejsca gdzie wbiłam kiedyś ostrze myśląc, że zabiłam kawałek siebie, gdzie prawie to zrobiłam za drugim razem i gdzie zrobiła to Lissa, ratując nasze dwie zbłąkane dusze, które okazały się być jedną. A mimo tego pomyliłam strony. Poczułam na policzkach dłonie ukochanego. Wykonał kciukami ruch, jak zawsze kiedy ociera mi łzy. Ale przecież nie płacze. A jednak. Poczułam to kiedy kolejna kropla spłonęła po mojej skórze. Jak jeden gest może przywoływać tyle złych wspomnień?
- Roza. Dlaczego płaczesz?- w głosie Dymitra usłyszałam troskę. Oczy, które tak bardzo kocham wpatrywały się we mnie z miłością i wsparciem.
Nie odpowiedziałam. Za to pocałowałam go. Bez wahania oddał pocałunek, tuląc mnie mocno do siebie. Kiedy skończyliśmy, schowałam twarz w jego ramieniu. Już nie płakałam. Poczułam jego dłoń, głaszczącą mnie po plecach.
- Nie chce o tym myśleć. To przeszłość, która ciągle wraca. Najczęściej w snach, kiedy jestem najmniej bezpieczna.
- Cii... Roza. Ze mną zawsze będziesz bezpieczna. Ja też przez to cierpię.- zrozumiał o jakiej części naszego życia myślę.- Ciągle śni mi się, że jestem... tym. Wszędzie widzę twarze swoich ofiar. Niewinnych osób. Ale wiem, że w takich chwilach mogę na ciebie liczyć. Porozmawiać szczerze. To jest najlepsze lekarstwo na ból. Chcesz o tym porozmawiać?
- Tak... Ale nie teraz, nie dziś. Mamy rocznicę którą chcę się cieszyć.
- Dobrze kochanie. I pamiętaj, że zawsze będę przy tobie.
Nagle znikąd między nami pojawiła się Gwiazdka. Szturchnęła mnie delikatnie, chcąc pocieszyć.
- Ona chyba też.- zaśmiałam się oddalając od siebie resztki smutku.- No towarzyszu. Masz konkurencję.
- Oj Gwiazdka, Gwiazdka. Przecież mocno cię przywiązałem. Ale ty zawsze znajdziesz sposób, aby się wydostać.- pogłaskał ją po chrapach.- To był mój największy problem z nią. Zawsze się mnie słuchała, szybko się uczyła, zawsze była najlepsza. Ale nigdy nie dało się jej zatrzymać w jednym miejscu. Jakich bym sposób nie użył, jakich węzłów czy supłów nie nawiązał, zawsze udało jej się wydostać. Nigdy nie lubiła stać w jednym miejscu. Hymn... w sumie jesteście bardzo podobne. No ale trzeba ją przywiązać, bo nam wszystko zje.
- Może ja spróbuję, skoro jesteśmy takie podobne?
- Nie wiem czy dasz radę, ale próbuj. A nóż ci się uda.
Podeszłam do drzewa, gdzie uprzednio mój ukochany przywiązał klacz. Podniosłam uprząż leżąca na ziemi i zawołałam na Gwiazdkę. Pod kłusowała do mnie.
- Hej, widzę, że nie lubisz siedzieć w jednym miejscu.- powiedziałam, kiedy się zatrzymała. Na moje słowa cofnęła się o jeden krok, pochyliła głowę i zatrzęsła nią, jakby miała na karku zimną szmatkę.- Ja też nie. No dobra zawrzyjmy układ. Teraz przywiążę cię do drzewa, żeby pokazać Dymitrowi, że dam sobie radę, a ty tu zostaniesz.- podczas naszego monologu robiłam to o czym mówiłam.- Pewnie zastanawiasz się, jaki będziesz miała zysk. Po pierwsze dziewczyny powinny trzymać się razem, a po drugie..., po drugie...- zaczęłam się zastanawiać. Co mogę zaoferować koniowi? Zgrzanemu koniowi w gorący dzień. Mam!- Po drugie, gdy wrócimy dostaniesz ode mnie kąpiel w morzu. Co ty na to?- Klaczka tupnęła kopytem i zarżała na znak zgody.- Dziękuję. Liczę na ciebie. - cmoknęłam ją w policzek i wróciłam na koc.
- Widzisz towarzyszu? Tak to się robi w Ameryce.
- Na początku zawsze jest spokojna. Zobaczymy później.
- Zobaczymy. To czas coś zjeść. I musisz mi coś o niej opowiedzieć.
Usiadłam koło ukochanego i zaczęliśmy na nowo jeść. Dowiedziałam się ciekawych rzeczy o Gwiazdce i ogólnie koniach. Okazało się też, że Dymitr nie tylko dorabiał w stajni, ale po kilku latach także uczył jeździectwa. Siedzieliśmy tak dwie godziny, a nasz rumak grzecznie stał i jadł trawę. Kilka razy chciał się wyrwać, ale na to też byłam przygotowana. Zaplatałam tak linę, że można ją odplątać jedynie ciągnąc za drugi koniec. Kiedy próbowała to zrobić, rzuciłam jej ukradkowo ostrzegawcze spojrzenie i się uspokajała.
- Jak ty to zrobiłaś?- mój mąż patrzył na klaczkę zdezorientowany.
- Mam swoje metody. Pamiętaj kim są moi rodzice. I to,że ja zawsze dostaję to co chcę. Ale może się zbierajmy, bo nawet te mogą zawieść.
Zaśmiał się cicho i zaczął wszystko sprzątać. Razem podeszliśmy do Gwiazdki.
- Rose, co to jest?- podniósł linę.
- Węzeł łańcuszkowy. Służy do wiązania lin na statku czy coś takiego. Kiedyś w szkole gościli u nas żeglarze. Opowiadali nam różne historie i uczyli węzłów. Między innymi tego. Pomyślałam, że pasuje tu idealnie. Patrz!- złapałam linę po stronie bliżej konia i pociągnęłam. Supeł ani drgnął.- A teraz. - odplątałam końcówkę i pociągnęłam. Ogniwa "łańcucha" prostowały się jeden po drugim. Następnie odwinęłam linę od drzewa i podałam Dymitrowi.
- No no. Pięknie. A teraz kolej na twoją lekcję.
Oddał mi uzdę, a sam poszedł po siodło. Wrzucił je na grzbiet klaczy i wytłumaczył do czego służą oraz jak się zapina poszczególne paski. Następnie wszystko na nowo odpiął i przejął ode mnie konia. Trochę się męczyłam, kilka razy pomyliłam, a wtedy tłumaczył mi to od początku, z tą swoją anielską cierpliwością. Przypomniały mi się nasze wspólne treningi Po wielu próbach w końcu przypięłam siodło.
Dymitr pomógł mi wsiąść na Gwiazdkę i poprowadził ją na środek polany. Poluzował linę tak, że gdy obracał się, klacz zataczała szeroki krąg wokół niego. Na początku zrobiliśmy rozgrzewkę i ćwiczenia na zaufanie koniowi. Następnie Przyszła kolej na inne ćwiczenia dla początkujących.
- Pani zechciałaby może uczynić mi ten zaszczyt i dotrzymać towarzystwa przy obiedzie?- spojrzałam na niego i zauważyłam, że rozłożył koc.
Leżały na nim dwa talerze, termosy (mogła bym się założyć o wszystko, że w jednym jest kawa) i pojemniki z różnymi potrawami. Sam kucharz zapraszał mnie do "stołu".
- To chyba najdłuższe zdanie, jakie kiedykolwiek powiedziałeś.- podeszłam i zajęłam wskazane miejsce. On usiadł koło mnie.- To urocze, ale wolę jak mówisz normalnie.
- Nie chcesz czuć się jak księżniczka?
- Lissa jak była księżniczką, nigdy nikt do niej nie mówił taką elokwentną gwarą. A ja jestem tylko jej ochroną. Więc gdzie mi do księżniczki?- zaczęliśmy nakładać sobie jedzenie.
- To fakt, nie jesteś księżniczką. Jesteś królową mojego serca.
- Dymitr, z tobą każdy dzień, to jak zakochać się na nowo, tylko wiedząc o sobie więcej.- ugryzłam kawałek kotleta.- Ymn... To jest pyszne. Z tobą nie umrę z głodu.
- Nie pozwolę, żebyś w ogóle zginęła. Nie przy mnie. Bo twoja śmierć, to koniec mojego życia.- przybrał poważną minę.
- Ja nigdy dla ciebie nie zginę. Nawet po śmierci ciała moja dusza będzie cię pilnować, a moje serce będzie zamknięte tu.- dotknęłam klatkę piersiową męża, w miejscu gdzie ma serce. Przynajmniej tak mi się zdawało.
- Może lepiej tu.- przesunął moja dłoń bardziej na swoją lewą, tam gdzie naprawdę znajduje się jego serce.
Do miejsca gdzie wbiłam kiedyś ostrze myśląc, że zabiłam kawałek siebie, gdzie prawie to zrobiłam za drugim razem i gdzie zrobiła to Lissa, ratując nasze dwie zbłąkane dusze, które okazały się być jedną. A mimo tego pomyliłam strony. Poczułam na policzkach dłonie ukochanego. Wykonał kciukami ruch, jak zawsze kiedy ociera mi łzy. Ale przecież nie płacze. A jednak. Poczułam to kiedy kolejna kropla spłonęła po mojej skórze. Jak jeden gest może przywoływać tyle złych wspomnień?
- Roza. Dlaczego płaczesz?- w głosie Dymitra usłyszałam troskę. Oczy, które tak bardzo kocham wpatrywały się we mnie z miłością i wsparciem.
Nie odpowiedziałam. Za to pocałowałam go. Bez wahania oddał pocałunek, tuląc mnie mocno do siebie. Kiedy skończyliśmy, schowałam twarz w jego ramieniu. Już nie płakałam. Poczułam jego dłoń, głaszczącą mnie po plecach.
- Nie chce o tym myśleć. To przeszłość, która ciągle wraca. Najczęściej w snach, kiedy jestem najmniej bezpieczna.
- Cii... Roza. Ze mną zawsze będziesz bezpieczna. Ja też przez to cierpię.- zrozumiał o jakiej części naszego życia myślę.- Ciągle śni mi się, że jestem... tym. Wszędzie widzę twarze swoich ofiar. Niewinnych osób. Ale wiem, że w takich chwilach mogę na ciebie liczyć. Porozmawiać szczerze. To jest najlepsze lekarstwo na ból. Chcesz o tym porozmawiać?
- Tak... Ale nie teraz, nie dziś. Mamy rocznicę którą chcę się cieszyć.
- Dobrze kochanie. I pamiętaj, że zawsze będę przy tobie.
Nagle znikąd między nami pojawiła się Gwiazdka. Szturchnęła mnie delikatnie, chcąc pocieszyć.
- Ona chyba też.- zaśmiałam się oddalając od siebie resztki smutku.- No towarzyszu. Masz konkurencję.
- Oj Gwiazdka, Gwiazdka. Przecież mocno cię przywiązałem. Ale ty zawsze znajdziesz sposób, aby się wydostać.- pogłaskał ją po chrapach.- To był mój największy problem z nią. Zawsze się mnie słuchała, szybko się uczyła, zawsze była najlepsza. Ale nigdy nie dało się jej zatrzymać w jednym miejscu. Jakich bym sposób nie użył, jakich węzłów czy supłów nie nawiązał, zawsze udało jej się wydostać. Nigdy nie lubiła stać w jednym miejscu. Hymn... w sumie jesteście bardzo podobne. No ale trzeba ją przywiązać, bo nam wszystko zje.
- Może ja spróbuję, skoro jesteśmy takie podobne?
- Nie wiem czy dasz radę, ale próbuj. A nóż ci się uda.
Podeszłam do drzewa, gdzie uprzednio mój ukochany przywiązał klacz. Podniosłam uprząż leżąca na ziemi i zawołałam na Gwiazdkę. Pod kłusowała do mnie.
- Hej, widzę, że nie lubisz siedzieć w jednym miejscu.- powiedziałam, kiedy się zatrzymała. Na moje słowa cofnęła się o jeden krok, pochyliła głowę i zatrzęsła nią, jakby miała na karku zimną szmatkę.- Ja też nie. No dobra zawrzyjmy układ. Teraz przywiążę cię do drzewa, żeby pokazać Dymitrowi, że dam sobie radę, a ty tu zostaniesz.- podczas naszego monologu robiłam to o czym mówiłam.- Pewnie zastanawiasz się, jaki będziesz miała zysk. Po pierwsze dziewczyny powinny trzymać się razem, a po drugie..., po drugie...- zaczęłam się zastanawiać. Co mogę zaoferować koniowi? Zgrzanemu koniowi w gorący dzień. Mam!- Po drugie, gdy wrócimy dostaniesz ode mnie kąpiel w morzu. Co ty na to?- Klaczka tupnęła kopytem i zarżała na znak zgody.- Dziękuję. Liczę na ciebie. - cmoknęłam ją w policzek i wróciłam na koc.
- Widzisz towarzyszu? Tak to się robi w Ameryce.
- Na początku zawsze jest spokojna. Zobaczymy później.
- Zobaczymy. To czas coś zjeść. I musisz mi coś o niej opowiedzieć.
Usiadłam koło ukochanego i zaczęliśmy na nowo jeść. Dowiedziałam się ciekawych rzeczy o Gwiazdce i ogólnie koniach. Okazało się też, że Dymitr nie tylko dorabiał w stajni, ale po kilku latach także uczył jeździectwa. Siedzieliśmy tak dwie godziny, a nasz rumak grzecznie stał i jadł trawę. Kilka razy chciał się wyrwać, ale na to też byłam przygotowana. Zaplatałam tak linę, że można ją odplątać jedynie ciągnąc za drugi koniec. Kiedy próbowała to zrobić, rzuciłam jej ukradkowo ostrzegawcze spojrzenie i się uspokajała.
- Jak ty to zrobiłaś?- mój mąż patrzył na klaczkę zdezorientowany.
- Mam swoje metody. Pamiętaj kim są moi rodzice. I to,że ja zawsze dostaję to co chcę. Ale może się zbierajmy, bo nawet te mogą zawieść.
Zaśmiał się cicho i zaczął wszystko sprzątać. Razem podeszliśmy do Gwiazdki.
- Rose, co to jest?- podniósł linę.
- Węzeł łańcuszkowy. Służy do wiązania lin na statku czy coś takiego. Kiedyś w szkole gościli u nas żeglarze. Opowiadali nam różne historie i uczyli węzłów. Między innymi tego. Pomyślałam, że pasuje tu idealnie. Patrz!- złapałam linę po stronie bliżej konia i pociągnęłam. Supeł ani drgnął.- A teraz. - odplątałam końcówkę i pociągnęłam. Ogniwa "łańcucha" prostowały się jeden po drugim. Następnie odwinęłam linę od drzewa i podałam Dymitrowi.
- No no. Pięknie. A teraz kolej na twoją lekcję.
Oddał mi uzdę, a sam poszedł po siodło. Wrzucił je na grzbiet klaczy i wytłumaczył do czego służą oraz jak się zapina poszczególne paski. Następnie wszystko na nowo odpiął i przejął ode mnie konia. Trochę się męczyłam, kilka razy pomyliłam, a wtedy tłumaczył mi to od początku, z tą swoją anielską cierpliwością. Przypomniały mi się nasze wspólne treningi Po wielu próbach w końcu przypięłam siodło.
Dymitr pomógł mi wsiąść na Gwiazdkę i poprowadził ją na środek polany. Poluzował linę tak, że gdy obracał się, klacz zataczała szeroki krąg wokół niego. Na początku zrobiliśmy rozgrzewkę i ćwiczenia na zaufanie koniowi. Następnie Przyszła kolej na inne ćwiczenia dla początkujących.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 29 lutego 2016
ROZDZIAŁ 68
Wstałam i zaczęłam się ubierać. Trochę mnie to zdziwiło. Co on jeszcze wykombinował. Podniosłam sukienkę i wpadłam na pomysł. Podeszłam z nią do mojego męża, zmysłowym krokiem.
- To co Towarzyszu. Może następna lekcje zakładania sukienki?- uśmiechnęłam się kusząco.
- A z przyjemnością.
Pocałował mnie namiętnie. Po kilku pocałunkach miałam na sobie czerwoną tkaninę.
- No,- oglądnęłam się.- dała bym jakieś pięć minus.
- Czemu minus?- zdziwił się, łapiąc mnie za rękę.
- Bo to jest jedna z prostszych do zakładania sukienek.
- Prosta do zakładania?!- zdziwił się.- Męczyłem się z nią dobre dziesięć minut. Zasługuję co najmniej na sześć na szynach.
- Jutro dam ci sukienkę na sześć. I zobaczymy jak sobie poradzisz. Ale na najwyższą ocenę musi ci to zająć tyle co dzisiaj.
- Według mnie sześć jest za wiedzę ponad programową. Osobiście wolę cię rozbierać.
- Tak, ale w tym masz już wprawę.
- A jaką ocenę dasz mi za to.- zatrzymaliśmy się
Dopiero teraz zauważyłam, że w ogóle szliśmy. Byliśmy po za altanką. Dymitr przyłożył do ust palce i gwizdnął przeciągle. Zza krzaków wyszedł... czarny rumak.
- WOW. Dobra wygrałeś kowboju. Tylko gdzie kapelusz i gwiazda szeryfa.
Dymitr podszedł ze mną do konia i zgrabny ruchem na niego wsiadł. Ja w tym czasie patrzyłam z niedowierzaniem na zwierzę. On lekko tracił mnie nosem, domagając się pieszczot. Pogłaskałam go po chrapach.
- Hej mały. Jak się masz?
Rumak zarżał, jakby zrozumiał i chciał odpowiedzieć "dobrze, tylko czemu on na mnie siedzi?". Uśmiechnęłam się na tą myśl.
- Hej towarzyszu. A on ma jakieś imię?- spojrzałam na Dymitra i zaczęłam się śmiać. Na głowie miał kowbojski kapelusz
- A jakie chciała byś żeby miał?
- Znając ciebie nazwałbyś go Roza.- zaśmiałam się. Obiektowi naszej rozmowy chyba to się nie spodobało.
- Nie ty jesteś jedyna. Nazywa się Gwiazdka.
Teraz nie umiałam powstrzymać śmiechu.
- Uwaga wielki szeryf Bielikow jedzie na swoim dzielnym rumaku Gwiazdce.
- Hej, miałem w tedy dziesięć lat.- Bronił się oburzony. Podprowadził konia bliżej i podał mi rękę. Otrząsnęłam się z szoku, w który wprawiło mnie ostatnie zdanie.
Skorzystałam z pomocy i po chwili patrzyłam na świat z wysokości trzech metrów. Pierwszy raz siedziałam na koniu. Przytuliłam się mocno do ukochanego. On w tym czasie spiął Gwiazdkę i ruszyliśmy stępem po plaży.
- Więc to twój koń?- dopytywałam.
- Tak. Byłem przy jej narodzinach. Kiedyś pracowałem w stajni w Nowosybirsku. Jako wypłaty miałem zniżki na lekcje jazdy konnej. I kiedyś dali mi tą klaczkę. Pokochała mnie od razu.
- Musisz przyznać towarzyszu. Kobiety mają do ciebie słabość.
Gwiazdka zarżała na potwierdzenie moich słów.
- Może i tak, ale ja mam słabość tylko do was dwóch.
Przytuliłam go mocniej.
- Może trochę zaszalejemy dziewczyny.
Klaczy spodobał się ten pomysł, ale ja nie byłam pewna.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Poczekaj chwilę.- mój mąż zszedł z konia i kazał mi usiąść z przodu.
- Dymitr.- powiedziałam niepewna, co chce zrobić. Bałam się, że chce mnie puścić samą, ale ukochany zajął moje poprzednie miejsce i teraz to on mnie obejmował.
- Złap się jej grzywy i trzymaj mocno.
Wykonałam polecenie i już po chwili pędziliśmy galopem przez las. Na początku czułam się trochę niepewna, żeby nie powiedzieć, że się bałam. Dymitr musiał to wyczuć i przytulił mnie mocno. Kiedy znalazłam się w jego objęciach, poczułam się bezpiecznie i pewniej. Powoli wyprostowałam się. Widok był zachwycający. Wiatr grał mi w uszach. Poczułam się taka wolna, że wyciągnęła ręce do góry i zaczęłam krzyczeć jak małe dziecko na karuzeli z konikami. Bielikow trochę się wystraszył i objął mnie tak, żebym nie spadła. Kiedy upewnił się, że nic mi nie grozi, poluźnił trochę uchwyt. Gwiazdka cieszyła się razem ze mną. Gdy ochłonęłam przytuliłam się do szyi konia. Dymitr zwolnił klacz, a następnie ją zatrzymał. Wyprostowałam się i zauważyłam, że jesteśmy na szczycie klifu nad oceanem. Oparłam się o ukochanego, podziwiając widok.
- Podobała się przejażdżka?- spytał.
- Bardzo. To lepsze niż dorożka. Ale dlaczego nigdy nie mówiłeś, że jeździsz konno?
- Nie pytałaś. A gdybym mówił ci o wszystkich moich umiejętnościach, nie byłoby takich niespodzianek. Twoja mina, kiedy ją zobaczyłaś, była bezcenna.
- To prawda, zaskoczyłeś mnie.
- Mam pomysł na najbliższe dni.- oznajmił zawracając rumaka. Tym razem jednak nie galopowaliśmy.
- A jaki, towarzyszu, bo jestem bardzo ciekawa.
- Będę cię uczył jazdy konnej.- Zaczęłam się śmiać.- Hej, o co chodzi?
- Mam jeździć konno?- spytałam, nie wiem czy bardziej zdziwiona, czy rozbawiona.- I może jeszcze wygram wyścigi?
- Czemu nie. Stworzylibyśmy wspólną kolekcję.
- Nie wiem. Zobaczymy. A co ty na to Gwiazdka?- poklepałam po szyi klacz, która chyba ucieszyła się tym pomysłem.- No dobra. Przegłosowaliście mnie. To kiedy pierwsza lekcja, trenerze.
- Roza, nie nazywaj mnie tak.- pocałował mnie w kark.- Możemy zacząć po obiedzie.
Na samą myśl o jedzeniu zaburczało mi w brzuchu. Dymitr musiał to usłyszeć, bo lekko się zaśmiał, a ja w tym czasie poczułam, że płoną mi policzki.
Gwiazdka się zatrzymała. Rozejrzałam się do około i nie mogłam uwierzyć w niezwykłość tego miejsca. Byliśmy na zacienionej polanie. Na piach drzew i skałach rósł mech. Pojedyncze promienie słoneczne, przemijające się przez liście gęstych koron drzew, dodawały tajemniczości i magi.
- Brakuje tu tylko jaskini z wróżbitką, albo smokiem. To miejsce jest jak wycięte z jakiejś książki o magach i czarodziejach.
- Mało ci jeszcze wróżenia z kart?- Dymitr zgrabnie ześlizgnął się z grzbietu rumaka.
- Nie. Za takie wróżby jak u Rhondy to ja dziękuję.
Przerzuciłam obie nogi w stronę ukochanego i spadłam w jego objęcia. On, korzystając z tego, pocałował mnie namiętnie i postawił na ziemię.
- Kochanie. Przecież wiesz, że ona jest najmniej winna tego co się stało.-Miał rację. Jeśli tak miało być, to Dymitr zamienił by się i bez jej przepowiedni. W tym czasie mój mąż podszedł z powrotem do klaczy.- najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.
Z juków wyciągnął koc i plecak. Następnie położył to na ziemi i podał mi uprząż.
- Potrzymaj ją przez chwilę.- poprosił. Poklepałam ją po grzbiecie, trzymając mocno lejce.- Spokojnie. Nie ucieknie ci.
Sam zaczął rozpinać rzemienie i paski. W końcu zdjął siodło i jak prawdziwy fachowiec położył na grubej gałęzi.
Następnie odebrał ode mnie Gwiazdkę i podszedł z nią w pobliże strumyka, którego na początku nie zauważyłam. Przywiązał ją do drzewa, tak żeby mogła dosięgnąć dowody. Od razu wyciągnęła szyję i zaczęła żłopać.
- Pij, pij. Zasłużyłaś.- mój ukochany poklepał klacz po grzbiecie, na co ona odezwała się od zaspokajania pragnienia i traciła go nosem. Ten przytulił ją mocno i pozwolił dalej pić. Ja wciąż stałam zauroczona tą sceną.
- Któż by pomyślał, że Wielki Pogromca Strzyg jest taki wrażliwy i opiekuńczy dla innych stworzeń.
- Myślę, że tylko ty.- podszedł i nachylił się do mnie. Nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Poczułam na tali jego dłonie. Miałam wrażenie, że tonę w jego objęciach. Był wszędzie we mnie. Jednak po chwili odsunął się. Mimo to dalej czułam jego bliskość. Wiem, że on zawsze będzie przy mnie i będzie mnie pilnować.
____________________________________________
- To co Towarzyszu. Może następna lekcje zakładania sukienki?- uśmiechnęłam się kusząco.
- A z przyjemnością.
Pocałował mnie namiętnie. Po kilku pocałunkach miałam na sobie czerwoną tkaninę.
- No,- oglądnęłam się.- dała bym jakieś pięć minus.
- Czemu minus?- zdziwił się, łapiąc mnie za rękę.
- Bo to jest jedna z prostszych do zakładania sukienek.
- Prosta do zakładania?!- zdziwił się.- Męczyłem się z nią dobre dziesięć minut. Zasługuję co najmniej na sześć na szynach.
- Jutro dam ci sukienkę na sześć. I zobaczymy jak sobie poradzisz. Ale na najwyższą ocenę musi ci to zająć tyle co dzisiaj.
- Według mnie sześć jest za wiedzę ponad programową. Osobiście wolę cię rozbierać.
- Tak, ale w tym masz już wprawę.
- A jaką ocenę dasz mi za to.- zatrzymaliśmy się
Dopiero teraz zauważyłam, że w ogóle szliśmy. Byliśmy po za altanką. Dymitr przyłożył do ust palce i gwizdnął przeciągle. Zza krzaków wyszedł... czarny rumak.
- WOW. Dobra wygrałeś kowboju. Tylko gdzie kapelusz i gwiazda szeryfa.
Dymitr podszedł ze mną do konia i zgrabny ruchem na niego wsiadł. Ja w tym czasie patrzyłam z niedowierzaniem na zwierzę. On lekko tracił mnie nosem, domagając się pieszczot. Pogłaskałam go po chrapach.
- Hej mały. Jak się masz?
Rumak zarżał, jakby zrozumiał i chciał odpowiedzieć "dobrze, tylko czemu on na mnie siedzi?". Uśmiechnęłam się na tą myśl.
- Hej towarzyszu. A on ma jakieś imię?- spojrzałam na Dymitra i zaczęłam się śmiać. Na głowie miał kowbojski kapelusz
- A jakie chciała byś żeby miał?
- Znając ciebie nazwałbyś go Roza.- zaśmiałam się. Obiektowi naszej rozmowy chyba to się nie spodobało.
- Nie ty jesteś jedyna. Nazywa się Gwiazdka.
Teraz nie umiałam powstrzymać śmiechu.
- Uwaga wielki szeryf Bielikow jedzie na swoim dzielnym rumaku Gwiazdce.
- Hej, miałem w tedy dziesięć lat.- Bronił się oburzony. Podprowadził konia bliżej i podał mi rękę. Otrząsnęłam się z szoku, w który wprawiło mnie ostatnie zdanie.
Skorzystałam z pomocy i po chwili patrzyłam na świat z wysokości trzech metrów. Pierwszy raz siedziałam na koniu. Przytuliłam się mocno do ukochanego. On w tym czasie spiął Gwiazdkę i ruszyliśmy stępem po plaży.
- Więc to twój koń?- dopytywałam.
- Tak. Byłem przy jej narodzinach. Kiedyś pracowałem w stajni w Nowosybirsku. Jako wypłaty miałem zniżki na lekcje jazdy konnej. I kiedyś dali mi tą klaczkę. Pokochała mnie od razu.
- Musisz przyznać towarzyszu. Kobiety mają do ciebie słabość.
Gwiazdka zarżała na potwierdzenie moich słów.
- Może i tak, ale ja mam słabość tylko do was dwóch.
Przytuliłam go mocniej.
- Może trochę zaszalejemy dziewczyny.
Klaczy spodobał się ten pomysł, ale ja nie byłam pewna.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Poczekaj chwilę.- mój mąż zszedł z konia i kazał mi usiąść z przodu.
- Dymitr.- powiedziałam niepewna, co chce zrobić. Bałam się, że chce mnie puścić samą, ale ukochany zajął moje poprzednie miejsce i teraz to on mnie obejmował.
- Złap się jej grzywy i trzymaj mocno.
Wykonałam polecenie i już po chwili pędziliśmy galopem przez las. Na początku czułam się trochę niepewna, żeby nie powiedzieć, że się bałam. Dymitr musiał to wyczuć i przytulił mnie mocno. Kiedy znalazłam się w jego objęciach, poczułam się bezpiecznie i pewniej. Powoli wyprostowałam się. Widok był zachwycający. Wiatr grał mi w uszach. Poczułam się taka wolna, że wyciągnęła ręce do góry i zaczęłam krzyczeć jak małe dziecko na karuzeli z konikami. Bielikow trochę się wystraszył i objął mnie tak, żebym nie spadła. Kiedy upewnił się, że nic mi nie grozi, poluźnił trochę uchwyt. Gwiazdka cieszyła się razem ze mną. Gdy ochłonęłam przytuliłam się do szyi konia. Dymitr zwolnił klacz, a następnie ją zatrzymał. Wyprostowałam się i zauważyłam, że jesteśmy na szczycie klifu nad oceanem. Oparłam się o ukochanego, podziwiając widok.
- Podobała się przejażdżka?- spytał.
- Bardzo. To lepsze niż dorożka. Ale dlaczego nigdy nie mówiłeś, że jeździsz konno?
- Nie pytałaś. A gdybym mówił ci o wszystkich moich umiejętnościach, nie byłoby takich niespodzianek. Twoja mina, kiedy ją zobaczyłaś, była bezcenna.
- To prawda, zaskoczyłeś mnie.
- Mam pomysł na najbliższe dni.- oznajmił zawracając rumaka. Tym razem jednak nie galopowaliśmy.
- A jaki, towarzyszu, bo jestem bardzo ciekawa.
- Będę cię uczył jazdy konnej.- Zaczęłam się śmiać.- Hej, o co chodzi?
- Mam jeździć konno?- spytałam, nie wiem czy bardziej zdziwiona, czy rozbawiona.- I może jeszcze wygram wyścigi?
- Czemu nie. Stworzylibyśmy wspólną kolekcję.
- Nie wiem. Zobaczymy. A co ty na to Gwiazdka?- poklepałam po szyi klacz, która chyba ucieszyła się tym pomysłem.- No dobra. Przegłosowaliście mnie. To kiedy pierwsza lekcja, trenerze.
- Roza, nie nazywaj mnie tak.- pocałował mnie w kark.- Możemy zacząć po obiedzie.
Na samą myśl o jedzeniu zaburczało mi w brzuchu. Dymitr musiał to usłyszeć, bo lekko się zaśmiał, a ja w tym czasie poczułam, że płoną mi policzki.
Gwiazdka się zatrzymała. Rozejrzałam się do około i nie mogłam uwierzyć w niezwykłość tego miejsca. Byliśmy na zacienionej polanie. Na piach drzew i skałach rósł mech. Pojedyncze promienie słoneczne, przemijające się przez liście gęstych koron drzew, dodawały tajemniczości i magi.
- Brakuje tu tylko jaskini z wróżbitką, albo smokiem. To miejsce jest jak wycięte z jakiejś książki o magach i czarodziejach.
- Mało ci jeszcze wróżenia z kart?- Dymitr zgrabnie ześlizgnął się z grzbietu rumaka.
- Nie. Za takie wróżby jak u Rhondy to ja dziękuję.
Przerzuciłam obie nogi w stronę ukochanego i spadłam w jego objęcia. On, korzystając z tego, pocałował mnie namiętnie i postawił na ziemię.
- Kochanie. Przecież wiesz, że ona jest najmniej winna tego co się stało.-Miał rację. Jeśli tak miało być, to Dymitr zamienił by się i bez jej przepowiedni. W tym czasie mój mąż podszedł z powrotem do klaczy.- najważniejsze, że wszystko dobrze się skończyło.
Z juków wyciągnął koc i plecak. Następnie położył to na ziemi i podał mi uprząż.
- Potrzymaj ją przez chwilę.- poprosił. Poklepałam ją po grzbiecie, trzymając mocno lejce.- Spokojnie. Nie ucieknie ci.
Sam zaczął rozpinać rzemienie i paski. W końcu zdjął siodło i jak prawdziwy fachowiec położył na grubej gałęzi.
Następnie odebrał ode mnie Gwiazdkę i podszedł z nią w pobliże strumyka, którego na początku nie zauważyłam. Przywiązał ją do drzewa, tak żeby mogła dosięgnąć dowody. Od razu wyciągnęła szyję i zaczęła żłopać.
- Pij, pij. Zasłużyłaś.- mój ukochany poklepał klacz po grzbiecie, na co ona odezwała się od zaspokajania pragnienia i traciła go nosem. Ten przytulił ją mocno i pozwolił dalej pić. Ja wciąż stałam zauroczona tą sceną.
- Któż by pomyślał, że Wielki Pogromca Strzyg jest taki wrażliwy i opiekuńczy dla innych stworzeń.
- Myślę, że tylko ty.- podszedł i nachylił się do mnie. Nasze usta złączyły się w namiętnym pocałunku. Poczułam na tali jego dłonie. Miałam wrażenie, że tonę w jego objęciach. Był wszędzie we mnie. Jednak po chwili odsunął się. Mimo to dalej czułam jego bliskość. Wiem, że on zawsze będzie przy mnie i będzie mnie pilnować.
____________________________________________
Uwaga!!
I jak niespodzianka dla Rose. Zaskoczeni? Przypominam, albo mówię tym co nie wiedzą. Pod spodem (widok komputerowy) jest ankieta. Proszę o głosowanie. Od was zależy jak będą wyglądały rozdziały. Pozdrawiam:-*
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 28 lutego 2016
ROZDZIAŁ 67
Siedzieliśmy tak w ciszy, napawając się swoim towarzystwem. Ale jednak męczył mnie mrok. Tyle, że nie mój.
- Dymitr?
- Tak, kochanie?
- Martwię się o Lissę. Przed koronacją mówiła mi, że poradzi sobie z negatywnymi emocjami związanymi z używaniem Ducha, ale ja nie jestem pewna. Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie w śnie?
- Wiele razy spotykałem cię we śnie. O które ci chodzi?- uśmiechnął się do mnie promiennie.
- Myślę, towarzyszu, że doskonale wiesz. I wtedy, gdy powiedzieliśmy, co wyprawia Robert...
- Obiecuję ci,- przerwał mi. Nie lubię tego, ale cóż. Mamy rocznicę i nie będę się wkurzać. - że jeśli jeszcze raz będzie próbował nam zniszczyć życie, nie wiem jak to zrobię, ale znajdę go i uduszę gołymi rękami.- w głosie strażnika wyczułam złość, jad i furię.
Trochę się wystraszyłam. Tylko kilka razy widziałam go w takim stanie. Kiedy groził Wiktorowi, że go zabije jeśli o nas wspomni i o wiele częściej, kiedy był strzygą. Jednak nie dałam tego po sobie poznać. Nie chciałam, żeby on też się wystraszył, albo martwił czy zostało w nim coś ze strzygi. A ja wiedziałam, że nie. Objął mnie na nowo, jakby nigdy nic, a ja wtuliłam się w niego.
- Tak jak mówiłam, zanim mi przerwałeś, Lissa zareagowała agresywnie, jak zawsze pod kontrolą ducha. Boję się o nią, że zrobi coś głupiego sobie lub komuś obok. Już nie mogę brać na siebie jej mroku i brakuje mi pewności, czy zawsze będzie bezpieczna.
- Roza.- westchnął mój ukochany z uśmiechem.- Wśród wszystkiego za co cię kocham, jest chęć pomocy innym. Ale ty chcesz im ulżyć kosztem swojego zdrowia, a nawet życia. To jest odważne, bohaterskie, ale i niebezpieczne. A ja nie wiem co bym zrobił, gdybym miał cię stracić.- po jego policzku spłonęła łza. Szybko jednak ją otarł.- Kocham Cię jak nikogo wcześniej. Jeszcze nigdy nie czułem tego co przy tobie. Na sam twój widok serce mi przyspiesza. A gdy pomyślę, że mogę spędzać z tobą każdą noc mojego życia, muszę się uszczypnąć, aby sprawdzić czy to nie jest sen. Mój świat bez ciebie byłby taki pusty. Przeżyłem wiele rzeczy, wiele ran, ale nigdy nie cierpiałem tak, jak w chwilach, w których cię traciłem.- nachylił się i szepnął mi do ucha. - A najlepsza jesteś w łóżku. To co ze mną robisz, jest niesamowite. Ty jesteś niesamowita. Przy żadnej dziewczynie nie traciłem tak kontroli, jak przy tobie. Dzięki naszym zabawą, dowiaduję się o sobie dużo nowych rzeczy. Wiem, że z tobą nie mam się czego wstydzić. W naszych rozmowach nie istnieją tematy tabu. Za dobrze mnie znasz. Pokazujesz mi rzeczy, na które normalnie nie zwracam uwagi. I dzięki tobie cieszę się światem. Nie wiem jak mogę się za to odwdzięczyć.
- Już mi się odwdzięczyłeś. Zawsze stałeś po mojej stronie, chciałeś dla mnie jak najlepiej, i dałeś mi kochającą rodzinę. No i oczywiście, nauczyłeś mnie walczyć i dbać o bezpieczeństwo królowej. A jeśli chodzi o sprawy łóżkowe mogła bym powiedzieć to samo. No nie licząc tego fragmentu o poprzednich partnerach, bo ty byłeś pierwszy. I bardzo się z tego cieszę.-pocałował go namiętnie.
- Dziękuję Roza.- wyszeptał mi.
- To ja dziękuję.
Nasze usta na nowo się złączyły. Dłońmi błądziłam po jego klatce piersiowej, powoli rozpinając mu guziki. Poczułam jego palce zaciskające się na mojej tali. Nagle leżałam na poduszkach, a nade mną pochylał się mój ukochany. Powoli jeździł ręką po moim udzie, zbierając sukienkę. W tym czasie jego usta zeszły na moją szyję, bo i bez nich miałam problem z normalnym oddychaniem. Chciałam ściągnąć jego koszulkę, ale zabrakło mi świadomości. Dymitr chyba odczytał moje zamiary, bo gdy tylko moja sukienka wylądowała na poduszkach, on pomógł dołączyć do niej swojej koszulce. Kiedy pozbył się wszystkich naszych ubrań, popatrzył się na mnie. W tym czasie ja próbowałam uspokoić oddech. To jak na mnie patrzył, sprawiało, że robiło mi się gorąco. Samym wzrokiem.
- Dymitr, co ty ze mną robisz?- wysapałam, wciąż ciężko dysząc. Teraz w jego oczach widziałam zdziwienie, ale nie ostudziło to jego zapału.
- Ale co ja robię?- spytał zdziwiony.
- Nie ważne.- powiedziałam przyciągając go i wybijając się mocno w jego wargi. Czułam, że chciał protestować i zrozumieć o co mi chodziło, ale po sekundzie zmienił zdanie. Zatopił się w rozkoszy moich pocałunków.
- Roza.- mówił przez resztki świadomość. Po chwili nasze ciała splotły się w miłosnym tańcu. Jedyne co można było usłyszeć, to nasze jęki. No i od czasu do czasu miłosne wyznania Dymitra po rosyjsku. Nie liczy się nic oprócz nas. Od razu zapomniałam o masażu.
Przytuliłam się do ukochanego.
- Ja tiebia liubliu Roza.
- Wiesz co? Kiedy zdecydujesz się na siedzenie ze mną w domu, ale na wcześniej niż siódmy miesiąc nie licz, to będziemy mieć dużo czasu na to, żebyś nauczył mnie rosyjskiego.
- oczywiście Roza, że Cię nauczę, ale jeśli chodzi o urlop to może zostanę przy tobie od powrotu?- uśmiechnął się z prośbą w oczach.
- O nie, kochany. Będziesz pracował jeszcze przez kilka miesięcy. To twoja praca. Potem będzie kolejny urlop, wyjazd do twojej Krainy Lodu, pewnie opieka nad dzieckiem. Wtedy odpoczniesz od pracy i nacieszysz się mną.
- No dobra, a co powiesz na czwarty?
- Nie.
- piąty?
- Ee.- pokręciłam przecząco głową.
- szósty?
- Hy...- zastanowiłam się i...- nie.
- sześć i pół?
- Zgoda.- poddałam się. - Może być sześć i pół. Dymitr? Myślisz, że będę strażniczką Lissy?
- Kochanie, przecież już jesteś.
- Tak, ale od razu po tym jak zdrowiałam po postrzale, zaszłam w ciążę. Długo nie będę mogła być strażniczką. Boję się, że rada da mi inny przydział. Mogą uznać, że wyszłam z wprawy.
- Po tym co ostatnio pokazaliśmy? Skarbie, wszyscy wiedzą, że lepszej ochrony królowa nie może mieć. Nawet jeśli jesteś trochę nieposłuszna i nie opanowana, to i tak nie da się nie zauważyć twoich umiejętności. To twoja przyjaciółka i prawie oddałaś za nią życie. I wiem, że bez wahania zrobiłabyś to znowu.
Leżeliśmy tak w błogiej ciszy, wsłuchani w szum fal.
- Masz jeszcze jakieś atrakcje dla mnie?- spytałam po dłuższym czasie.
- A co nie podoba ci się tu?- Dymitr uśmiechnął się.
- Kochanie znasz mnie. Nie lubię długo siedzieć w jednym miejscu, no chyba, że to sypialnia.- w uszach zadźwięczał mi jego śmiech.
- Och Roza, Roza. Już mnie chyba niczym nie zdziwisz.
- Ty mnie też nie.
- Okey. - uśmiechnął się cwanie.- Podejmuję wyzwanie. Ubieraj się.
- Dymitr?
- Tak, kochanie?
- Martwię się o Lissę. Przed koronacją mówiła mi, że poradzi sobie z negatywnymi emocjami związanymi z używaniem Ducha, ale ja nie jestem pewna. Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie w śnie?
- Wiele razy spotykałem cię we śnie. O które ci chodzi?- uśmiechnął się do mnie promiennie.
- Myślę, towarzyszu, że doskonale wiesz. I wtedy, gdy powiedzieliśmy, co wyprawia Robert...
- Obiecuję ci,- przerwał mi. Nie lubię tego, ale cóż. Mamy rocznicę i nie będę się wkurzać. - że jeśli jeszcze raz będzie próbował nam zniszczyć życie, nie wiem jak to zrobię, ale znajdę go i uduszę gołymi rękami.- w głosie strażnika wyczułam złość, jad i furię.
Trochę się wystraszyłam. Tylko kilka razy widziałam go w takim stanie. Kiedy groził Wiktorowi, że go zabije jeśli o nas wspomni i o wiele częściej, kiedy był strzygą. Jednak nie dałam tego po sobie poznać. Nie chciałam, żeby on też się wystraszył, albo martwił czy zostało w nim coś ze strzygi. A ja wiedziałam, że nie. Objął mnie na nowo, jakby nigdy nic, a ja wtuliłam się w niego.
- Tak jak mówiłam, zanim mi przerwałeś, Lissa zareagowała agresywnie, jak zawsze pod kontrolą ducha. Boję się o nią, że zrobi coś głupiego sobie lub komuś obok. Już nie mogę brać na siebie jej mroku i brakuje mi pewności, czy zawsze będzie bezpieczna.
- Roza.- westchnął mój ukochany z uśmiechem.- Wśród wszystkiego za co cię kocham, jest chęć pomocy innym. Ale ty chcesz im ulżyć kosztem swojego zdrowia, a nawet życia. To jest odważne, bohaterskie, ale i niebezpieczne. A ja nie wiem co bym zrobił, gdybym miał cię stracić.- po jego policzku spłonęła łza. Szybko jednak ją otarł.- Kocham Cię jak nikogo wcześniej. Jeszcze nigdy nie czułem tego co przy tobie. Na sam twój widok serce mi przyspiesza. A gdy pomyślę, że mogę spędzać z tobą każdą noc mojego życia, muszę się uszczypnąć, aby sprawdzić czy to nie jest sen. Mój świat bez ciebie byłby taki pusty. Przeżyłem wiele rzeczy, wiele ran, ale nigdy nie cierpiałem tak, jak w chwilach, w których cię traciłem.- nachylił się i szepnął mi do ucha. - A najlepsza jesteś w łóżku. To co ze mną robisz, jest niesamowite. Ty jesteś niesamowita. Przy żadnej dziewczynie nie traciłem tak kontroli, jak przy tobie. Dzięki naszym zabawą, dowiaduję się o sobie dużo nowych rzeczy. Wiem, że z tobą nie mam się czego wstydzić. W naszych rozmowach nie istnieją tematy tabu. Za dobrze mnie znasz. Pokazujesz mi rzeczy, na które normalnie nie zwracam uwagi. I dzięki tobie cieszę się światem. Nie wiem jak mogę się za to odwdzięczyć.
- Już mi się odwdzięczyłeś. Zawsze stałeś po mojej stronie, chciałeś dla mnie jak najlepiej, i dałeś mi kochającą rodzinę. No i oczywiście, nauczyłeś mnie walczyć i dbać o bezpieczeństwo królowej. A jeśli chodzi o sprawy łóżkowe mogła bym powiedzieć to samo. No nie licząc tego fragmentu o poprzednich partnerach, bo ty byłeś pierwszy. I bardzo się z tego cieszę.-pocałował go namiętnie.
- Dziękuję Roza.- wyszeptał mi.
- To ja dziękuję.
Nasze usta na nowo się złączyły. Dłońmi błądziłam po jego klatce piersiowej, powoli rozpinając mu guziki. Poczułam jego palce zaciskające się na mojej tali. Nagle leżałam na poduszkach, a nade mną pochylał się mój ukochany. Powoli jeździł ręką po moim udzie, zbierając sukienkę. W tym czasie jego usta zeszły na moją szyję, bo i bez nich miałam problem z normalnym oddychaniem. Chciałam ściągnąć jego koszulkę, ale zabrakło mi świadomości. Dymitr chyba odczytał moje zamiary, bo gdy tylko moja sukienka wylądowała na poduszkach, on pomógł dołączyć do niej swojej koszulce. Kiedy pozbył się wszystkich naszych ubrań, popatrzył się na mnie. W tym czasie ja próbowałam uspokoić oddech. To jak na mnie patrzył, sprawiało, że robiło mi się gorąco. Samym wzrokiem.
- Dymitr, co ty ze mną robisz?- wysapałam, wciąż ciężko dysząc. Teraz w jego oczach widziałam zdziwienie, ale nie ostudziło to jego zapału.
- Ale co ja robię?- spytał zdziwiony.
- Nie ważne.- powiedziałam przyciągając go i wybijając się mocno w jego wargi. Czułam, że chciał protestować i zrozumieć o co mi chodziło, ale po sekundzie zmienił zdanie. Zatopił się w rozkoszy moich pocałunków.
- Roza.- mówił przez resztki świadomość. Po chwili nasze ciała splotły się w miłosnym tańcu. Jedyne co można było usłyszeć, to nasze jęki. No i od czasu do czasu miłosne wyznania Dymitra po rosyjsku. Nie liczy się nic oprócz nas. Od razu zapomniałam o masażu.
Przytuliłam się do ukochanego.
- Ja tiebia liubliu Roza.
- Wiesz co? Kiedy zdecydujesz się na siedzenie ze mną w domu, ale na wcześniej niż siódmy miesiąc nie licz, to będziemy mieć dużo czasu na to, żebyś nauczył mnie rosyjskiego.
- oczywiście Roza, że Cię nauczę, ale jeśli chodzi o urlop to może zostanę przy tobie od powrotu?- uśmiechnął się z prośbą w oczach.
- O nie, kochany. Będziesz pracował jeszcze przez kilka miesięcy. To twoja praca. Potem będzie kolejny urlop, wyjazd do twojej Krainy Lodu, pewnie opieka nad dzieckiem. Wtedy odpoczniesz od pracy i nacieszysz się mną.
- No dobra, a co powiesz na czwarty?
- Nie.
- piąty?
- Ee.- pokręciłam przecząco głową.
- szósty?
- Hy...- zastanowiłam się i...- nie.
- sześć i pół?
- Zgoda.- poddałam się. - Może być sześć i pół. Dymitr? Myślisz, że będę strażniczką Lissy?
- Kochanie, przecież już jesteś.
- Tak, ale od razu po tym jak zdrowiałam po postrzale, zaszłam w ciążę. Długo nie będę mogła być strażniczką. Boję się, że rada da mi inny przydział. Mogą uznać, że wyszłam z wprawy.
- Po tym co ostatnio pokazaliśmy? Skarbie, wszyscy wiedzą, że lepszej ochrony królowa nie może mieć. Nawet jeśli jesteś trochę nieposłuszna i nie opanowana, to i tak nie da się nie zauważyć twoich umiejętności. To twoja przyjaciółka i prawie oddałaś za nią życie. I wiem, że bez wahania zrobiłabyś to znowu.
Leżeliśmy tak w błogiej ciszy, wsłuchani w szum fal.
- Masz jeszcze jakieś atrakcje dla mnie?- spytałam po dłuższym czasie.
- A co nie podoba ci się tu?- Dymitr uśmiechnął się.
- Kochanie znasz mnie. Nie lubię długo siedzieć w jednym miejscu, no chyba, że to sypialnia.- w uszach zadźwięczał mi jego śmiech.
- Och Roza, Roza. Już mnie chyba niczym nie zdziwisz.
- Ty mnie też nie.
- Okey. - uśmiechnął się cwanie.- Podejmuję wyzwanie. Ubieraj się.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 27 lutego 2016
ROZDZIAŁ 66
No
to macie. Ale będzie trochę krótszy. I czemu, ja się pytam nikt
nie powiedział, że nie ma zdjęcia sukienki?Ale już dodałam. Jeśli chce ktoś zobaczyć, to niech wróci. Może jutro tez będzie rozdział, ale (znowu) nic nie obiecuję. życzę miłego czytania, dziękuję za komentarze i proszę o następne. To bardzo motywuje do nie przespanych nocy :-P
_________________________________________________Wnętrze wyłożone było tym samym aksamitnym materiałem co wejście do niego. Na wszystkich bokach zawieszone zostały "ściany" o takim samym kolorze, co jego dach. Tylko jedna była odsłonięta- z widokiem na morze. Na czerwonej tkaninie leżały poduszki.
Usiedliśmy na nich, wciąż trzymając się za ręce. Wspominaliśmy dawne czasy i to jak kiedyś patrzyliśmy na pewne sprawy, a jak patrzymy dzisiaj.
- Cieszę się, że to ty nas znalazłeś.- pocałowałam go.
- Ja też.- przysunął się bliżej mnie. Po chwili przerwał ciszę. W jego głosie wyczułam lekkie wahanie, jakby bał się odpowiedzi.- Roza?
- Tak?
- A co myślałaś, kiedy mnie zobaczyłaś? To znaczy o mnie.
- To raczej ja powinnam zadać to pytanie.- roześmiałam się. Jednak po chwili uspokoiłam się i zaczęłam myśleć nad pytaniem.- Co pomyślałam? Od razu zauważyłam twój urok. Ale nie byłam zachwycona tym, że wracamy do akademii, a jeszcze bardziej zdenerwował mnie fakt, że masz pilnować Lissy, że ktoś ma mnie zastąpić. No i jak to ja, wypaliłam jakieś głupstwo, którego później żałowałam.
Tak, tamtego dnia, u naszej kochanej pani dyrektor nazwałam Dymitra "tanią siłą roboczą". A teraz jest moim mężem. Los ma dziwaczne poczucie humoru.
- Ale nie gniewem się na ciebie.- ukochany objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie.
- Teraz twoja kolej. Pewnie myślałeś, że jestem jakąś krnąbrną dziewczyną, która uciekła dla zabawy z księżniczką.
- Od samego początku wiedziałem, że masz potencjał i cenisz życie Wasylissy ponad swoje. Wtedy, kiedy zauważyłem na twojej szyi ślady po ugryzieniach zdziwiłem się. Często słyszałem o strażnikach dodających życie za podopiecznych, ale karmienie ich. To było dla mnie nie zrozumiałe. Do dziś na samą myśl o tym, przechodzą mnie ciarki- mimowolnie zatrząsł się.- Ale zrozumiałem, że jest dla ciebie ważna i że możesz być najlepszą kandydatką na jej strażniczkę. A nasze treningi potwierdzały moje przypuszczenia. W moich oczach zyskałaś również, gdy chciałaś z nami walczyć, mimo że z góry było wiadomo kto wygra. Zawsze tak robisz. Stajesz w obronie słabszych i nie liczy się czy masz jakieś szanse. Oni potrzebują pomocy. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto byłby tak oddany służbie. Ty nie wierzyłaś w naszą zasadę "Oni są najważniejsi". Ty nią żyłaś. I za to cię kocham
- Tak, ale podczas zajęć polowych, wszyscy uparliście się, żebym w nią zwątpiła.
- Jak to? Kto?
- Ty mówiłeś, że nie powinnam odbierać mroku Lissie. Ambroży pokazał mi, że można żyć inaczej, a ta psycholog, do której musiałam chodzić, zaczęła pytać mnie, co chciałabym robić. Wszyscy chcieli podważyć moje przekonania.
- No a teraz masz to o czym marzyłaś i dalej żyjesz według naszej manty.
- Wiesz odkąd nas przywiozłeś, pokładałeś we mnie duże nadzieje. Wstawiłeś się za mnie, mimo że nie znaliśmy się. Zawsze we mnie wierzyłeś. I mi wierzyłeś, nawet jeśli to było trudne.
- Tobie też byłoby trudno uwierzyć, gdybym powiedział, że widzę duchy.
- Z twoją postawą poważnego strażnika, nikt by ci nie uwierzył, towarzyszu. Ale mimo wszystko, zawsze byłeś przy mnie, wspierałeś mnie. Gdyby nie ty chyba naprawdę zabiłabym Jessego.
- Zawsze do usług, gdyby męczył cię mrok.- skłonił lekko głowę, składając mi ukłon i pocałował mnie w dłoń.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
piątek, 26 lutego 2016
ROZDZIAŁ 65
**2 tygodnie później**
Kiedy się obudziłam, było już jasno. Uśmiechnęłam się na wspomnienie wczorajszej nocy. Nasze nocne igraszki stają się coraz bardziej "zabawne", jeśli wiecie o co mi chodzi. Dni mijają bardzo szybko. Śniadanie, plaża, może jakiś spacer, obiad, plaża, kolacja, film i sypialnia. Kilka razy byliśmy na siłowni, ale Bielikow pozwolił mi, tylko grać w ping-ponga. Chociaż nie jest tak źle. Wygrałam z nim 4/5 razy. Może dzisiaj pójdę na masaż? Nie, poproszę Dymitra. Powinien się zgodzić.
Ciekawe czemu mnie nie obejmuje. Byłam obrona do niego tyłem, a w takich wypadkach zawsze się do mnie przytula. Chyba już nie śpi. Przeciągnęłam się i postanowiłam się przytulić do ukochanego. Jednak tam, gdzie powinien być jego tors znalazłam pustkę. Moja ręka opadła na materac. Zdziwiona otworzyłam oczy. Byłam sama w pokoju. Miejsce obok mnie było zimne, więc Dymitra nie ma od dawna. Ciekawe gdzie jest? Na szafce po stronie ukochanego leżała kartka. Wzięłam ją i zaczęłam czytać.
Cały on. Czyli coś przygotował. Chętnie po leżała bym dłużej, ale nie dam mojemu kowbojowi czekać.
Ociężale wstałam i podeszłam do stołu. Kolejna uczta. Ale już się przyzwyczaiłam, że jem jeszcze więcej niż wcześniej.
Po śniadaniu podeszłam do torby, którą wskazał mi w liście mąż. W środku była piękna czerwona sukienka (zdjęcie na dole). Przymierzyłam ją przed lustrem. Pasowała doskonale. Dymitr ma dobre oko do rozmiarów. Zajrzałam z powrotem do torby. Na dnie znalazłam kolejny list i różę.
Oderwałam się od czytania i spojrzałam w kierunku wyjścia. Racja, z klamki na czerwonej wstążeczce, zwisał równie czerwony kwiat. Wzrokiem powróciłam na kartkę.
Co on znów wykombinował? No dobra. Wyciągnęłam ostrożnie różę z torby i odwiązałam tą z drzwi. Wyszłam z pokoju i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu następnej. Nie zajęło mi to dużo czasu. Kolejna była na stoliku pod lusterkiem. Przeglądnęłam się w nim i zauważyłam, że nie jestem pomalowana. Szybko wróciłam i poszłam do łazienki Tak byłam zaciekawiona podchodami ukochanego, że zapomniałam. Zanim sięgnęłam po kosmetyki, umyłam się i uczesałam. Spięłam włosy w ulubiony sposób Dymitra. Następnie zajęłam się makijażem. Jeszcze perfumy i gotowe.
Wróciłam do trzeciej róży i szłam dalej. Następna była w jadalni, potem została sprawdzona do sali kinowej. Kolejne pięć na korytarzu. Uzbierał mi się nie mały bukiecik. Jedyna róża w wazonie tulipanów to chyba nie przypadek.
Szłam powoli do każdego miejsca w jakim byliśmy przez te dwa tygodnie. W końcu, szlak kwiatowy wyprowadził mnie z budynku. Na zewnątrz wszystkie róże połączone były wstążką. Postanowiłam obwiązać nią cały bukiet. Ostatnia róża leżała na plaży, przed ścieżką, którą Dymitr sam musiał ją wykonać.
Po obu jej stronach leżały, równo poukładane kamienie. Na białym piasku porozrzucane były płatki róż. Szłam nią przez środek plaży, aż moim oczom ukazał się biały parawan. Taki sam jak na herbatę popołudniową w starych filmach. W ogóle całą ta scena była jak żywcem wyciągnięta z reklamy Raffaello. Na końcu ścieżki, znalazłam ostatnią różę. Leżała na czerwonym, aksamitnym materiale, którym wyłożone było wnętrze namiotu.
Według polecenia ukochanego zamknęłam oczy. Po kilku sekundach usłyszałam ciche kroki, zbliżające się do mnie. Z trudem zignorowałam chęć odwrócenia się i sprawdzenia czy to nie wróg. Cały mój trening opierał się na tym, żeby zawsze być czujnym. Ale teraz mam miesiąc miodowy i jestem bezpieczna w pobliżu mężczyzny mojego życia, który zawsze mnie obroni. Tak, trudno w to uwierzyć, ale ja także potrzebuję ochrony.
Nagle na szyi poczułam coś zimnego, jakiś łańcuszek i ciepłe usta zapinającego mi go. Kiedy naszyjnik zwisał swobodnie na mój dekolt, otworzyłam oczy i obejrzałam go. Był to srebrny medalion w kształcie serca. Otworzyłam go i w środku zobaczyłam zdjęcie moje, Dymitra, Lissy i Christiana. Odwróciłam się w stronę męża.
- Dziękuję.- powiedziałam po długim i namiętnym pocałunki.- Za wszystko. Dzisiaj, ostatni rok i całe życie przed nami.
- Dla ciebie wszystko Roza.-Znowu mnie pocałował.- Szczęśliwej rocznicy kochanie.
- Dzięki tobie każdy mój dzień jest szczęśliwy.- uśmiechnęłam się, a jego ręce które pod czas pocałunku położył mi na biodrach, opadły na dół i odnalazły moje dłonie. Nasze palce splotły się i podeszliśmy pod baldachim.
____________________________________________________
A oto kolejny rozdział. Jednak nie wiem czy jutro wstawię następny. To zależy czy zdążę napisać. Mam ostatnio dużo nauki (liceum :-P). jeśli napiszę to będzie jeśli nie to poczekacie do niedzieli. No to życzę miłego weekendu. :-*
I dziękuje wszystkim za komentarze[wczoraj został dodany 200-tny( Tak, to twój Ola :-*)].
Kiedy się obudziłam, było już jasno. Uśmiechnęłam się na wspomnienie wczorajszej nocy. Nasze nocne igraszki stają się coraz bardziej "zabawne", jeśli wiecie o co mi chodzi. Dni mijają bardzo szybko. Śniadanie, plaża, może jakiś spacer, obiad, plaża, kolacja, film i sypialnia. Kilka razy byliśmy na siłowni, ale Bielikow pozwolił mi, tylko grać w ping-ponga. Chociaż nie jest tak źle. Wygrałam z nim 4/5 razy. Może dzisiaj pójdę na masaż? Nie, poproszę Dymitra. Powinien się zgodzić.
Ciekawe czemu mnie nie obejmuje. Byłam obrona do niego tyłem, a w takich wypadkach zawsze się do mnie przytula. Chyba już nie śpi. Przeciągnęłam się i postanowiłam się przytulić do ukochanego. Jednak tam, gdzie powinien być jego tors znalazłam pustkę. Moja ręka opadła na materac. Zdziwiona otworzyłam oczy. Byłam sama w pokoju. Miejsce obok mnie było zimne, więc Dymitra nie ma od dawna. Ciekawe gdzie jest? Na szafce po stronie ukochanego leżała kartka. Wzięłam ją i zaczęłam czytać.
Kochanie przykro mi, że nie mogę cię przywitać w ten piękny dzień. Ale nie martw się, spędzimy ten ważny dzień razem. Na krześle leży torba. Zobacz wszystko, co w niej jest. Ale najpierw zjedz śniadanie.
Kocham Cię. Dymitr.
Cały on. Czyli coś przygotował. Chętnie po leżała bym dłużej, ale nie dam mojemu kowbojowi czekać.
Ociężale wstałam i podeszłam do stołu. Kolejna uczta. Ale już się przyzwyczaiłam, że jem jeszcze więcej niż wcześniej.
Po śniadaniu podeszłam do torby, którą wskazał mi w liście mąż. W środku była piękna czerwona sukienka (zdjęcie na dole). Przymierzyłam ją przed lustrem. Pasowała doskonale. Dymitr ma dobre oko do rozmiarów. Zajrzałam z powrotem do torby. Na dnie znalazłam kolejny list i różę.
Mam nadzieję, że pasuje. No i oczywiście piękna róża dla pięknej pani. Ale to tylko jedna. Przy drzwiach jest następna.
Oderwałam się od czytania i spojrzałam w kierunku wyjścia. Racja, z klamki na czerwonej wstążeczce, zwisał równie czerwony kwiat. Wzrokiem powróciłam na kartkę.
Ułożyłem z nich całą trasę. Idź nią, a na miejscu zamknij oczy. Tylko nie podglądaj. Do zobaczenia Roza. Dla mnie to na pewno będzie cudny widok.
Co on znów wykombinował? No dobra. Wyciągnęłam ostrożnie różę z torby i odwiązałam tą z drzwi. Wyszłam z pokoju i zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu następnej. Nie zajęło mi to dużo czasu. Kolejna była na stoliku pod lusterkiem. Przeglądnęłam się w nim i zauważyłam, że nie jestem pomalowana. Szybko wróciłam i poszłam do łazienki Tak byłam zaciekawiona podchodami ukochanego, że zapomniałam. Zanim sięgnęłam po kosmetyki, umyłam się i uczesałam. Spięłam włosy w ulubiony sposób Dymitra. Następnie zajęłam się makijażem. Jeszcze perfumy i gotowe.
Wróciłam do trzeciej róży i szłam dalej. Następna była w jadalni, potem została sprawdzona do sali kinowej. Kolejne pięć na korytarzu. Uzbierał mi się nie mały bukiecik. Jedyna róża w wazonie tulipanów to chyba nie przypadek.
Szłam powoli do każdego miejsca w jakim byliśmy przez te dwa tygodnie. W końcu, szlak kwiatowy wyprowadził mnie z budynku. Na zewnątrz wszystkie róże połączone były wstążką. Postanowiłam obwiązać nią cały bukiet. Ostatnia róża leżała na plaży, przed ścieżką, którą Dymitr sam musiał ją wykonać.
Po obu jej stronach leżały, równo poukładane kamienie. Na białym piasku porozrzucane były płatki róż. Szłam nią przez środek plaży, aż moim oczom ukazał się biały parawan. Taki sam jak na herbatę popołudniową w starych filmach. W ogóle całą ta scena była jak żywcem wyciągnięta z reklamy Raffaello. Na końcu ścieżki, znalazłam ostatnią różę. Leżała na czerwonym, aksamitnym materiale, którym wyłożone było wnętrze namiotu.
Według polecenia ukochanego zamknęłam oczy. Po kilku sekundach usłyszałam ciche kroki, zbliżające się do mnie. Z trudem zignorowałam chęć odwrócenia się i sprawdzenia czy to nie wróg. Cały mój trening opierał się na tym, żeby zawsze być czujnym. Ale teraz mam miesiąc miodowy i jestem bezpieczna w pobliżu mężczyzny mojego życia, który zawsze mnie obroni. Tak, trudno w to uwierzyć, ale ja także potrzebuję ochrony.
Nagle na szyi poczułam coś zimnego, jakiś łańcuszek i ciepłe usta zapinającego mi go. Kiedy naszyjnik zwisał swobodnie na mój dekolt, otworzyłam oczy i obejrzałam go. Był to srebrny medalion w kształcie serca. Otworzyłam go i w środku zobaczyłam zdjęcie moje, Dymitra, Lissy i Christiana. Odwróciłam się w stronę męża.
- Dziękuję.- powiedziałam po długim i namiętnym pocałunki.- Za wszystko. Dzisiaj, ostatni rok i całe życie przed nami.
- Dla ciebie wszystko Roza.-Znowu mnie pocałował.- Szczęśliwej rocznicy kochanie.
- Dzięki tobie każdy mój dzień jest szczęśliwy.- uśmiechnęłam się, a jego ręce które pod czas pocałunku położył mi na biodrach, opadły na dół i odnalazły moje dłonie. Nasze palce splotły się i podeszliśmy pod baldachim.
____________________________________________________
A oto kolejny rozdział. Jednak nie wiem czy jutro wstawię następny. To zależy czy zdążę napisać. Mam ostatnio dużo nauki (liceum :-P). jeśli napiszę to będzie jeśli nie to poczekacie do niedzieli. No to życzę miłego weekendu. :-*
I dziękuje wszystkim za komentarze[wczoraj został dodany 200-tny( Tak, to twój Ola :-*)].
A oto sukienka.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 25 lutego 2016
ROZDZIAŁ 64
Nie wiedziałam co mam robić. Chciałam na niego poczekać, ale śniadanie może mu trochę zająć. Dawniej pewnie odwiedziłabym Liss, ale nie mamy już więzi. Zaczęłam rozglądać się po pokoju. Na ścianie zauważyłam kalendarz. Za dwa tygodnie mamy rocznicę. Wróciłam pamięcią do tamtego dnia.
Dobiegałyśmy do auta, gdy jakiś mężczyzna zagrodził nam drogę. Zatrzymałyśmy się gwałtownie. Odciągnęłam Lissę, szarpiąc ją za ramię. To on, człowiek, którego widziałam przez okno. Sporo od nas starszy, wyglądał na dwadzieścia parę lat. Nie pomyliłam się co do jego wzrostu, mógł mierzyć jakieś sto dziewięćdziesiąt centymetrów. W innych okolicznościach – gdyby nie zamknął nam drogi ucieczki – pomyślałabym, że jest seksowny. Ciemne włosy związane z tyłu i brązowe oczy, a do tego długi płaszcz, coś w rodzaju prochowca.
Jednak w tamtej chwili jego uroda nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Był tylko przeszkodą, nie pozwalał nam wsiąść do samochodu i uciekać. odgłosy kroków za nami przycichły. Mają nas. Czułam, że zbliżają się ze wszystkich stron, osaczają. Boże. Wysłali po nas co najmniej dwunastu strażników. Nawet królowa nie ma takiej świty.
Wpadłam w panikę. Nie myślałam logicznie i zareagowałam instynktownie. Przysunęłam się do Lissy i zasłoniłam ją przed mężczyzną, który dowodził całą bandą.
– Zostawcie ją – warknęłam. – Nie ważcie się jej tknąć.
Miał nieprzenikniony wyraz twarzy, ale wyciągnął do mnie ręce w uspokajającym geście. Poczułam się jak zwierzę przed uśpieniem.
– Nie zrobię wam niczego złego – powiedział i postąpił krok naprzód.
Niedobrze.
Zaatakowałam. skoczyłam na niego. Przerwałam treningi dwa lata temu, po naszej ucieczce. Nie przemyślałam tego ruchu, zadecydował impuls. Ale nie miałam szans. Był doświadczonym strażnikiem, nie wysłali po nas nowicjuszy. A ja wciąż słaniałam się na nogach, bliska omdlenia.
Był szybki. Zapomniałam już, jak sprawni są strażnicy, poruszają się zwinnie jak kobry. Zwalił mnie z nóg jednym błyskawicznym gestem, jakim odpędza się muchę. Straciłam równowagę. Nie sądzę, żeby chciał uderzyć tak mocno. Pewnie zamierzał tylko odsunąć mnie z drogi, ale nie wiedział, w jakim jestem stanie. Ziemia usunęła mi się spod nóg. Za chwilę walnę biodrem o twardy beton chodnika. Będzie bolało. Bardzo.
Nie upadłam.
Strażnik złapał mnie w ostatniej chwili. Kiedy odzyskałam chwiejną równowagę, zauważyłam, że uważnie mi się przygląda. Wpatrywał się w moją szyję. Oszołomienie przytępiło mi zmysły i nie od razu zorientowałam się, na co patrzy. Powoli uniosłam rękę i dotknęłam rany po ugryzieniu Lissy. obejrzałam palce i zobaczyłam na nich plamę ciemnej, gęstej krwi. Zawstydzona, potrząsnęłam głową i zasłoniłam się włosami.
Ciemne oczy mężczyzny spoczywały jeszcze przez chwilę na mojej szyi. Potem spojrzał mi w same źrenice. Wytrzymałam jego wzrok i wyszarpnęłam się z uścisku. Pozwolił na to, chociaż wiedziałam, że ma dość siły, żeby trzymać mnie tu przez całą noc. Walcząc z zawrotami głowy, przyprawiającymi o mdłości, znów przysunęłam się do Lissy, zbierając się do kolejnego ataku. Chwyciła mnie za rękę.
– Rose – powiedziała cicho. – Nie rób tego.
Jej słowa nie zrobiły na mnie wrażenia, ale nakazała mi spokój w myślach. Przesłała mi polecenie przez łączącą nas mentalną pępowinę, a ja nie umiałam się jej oprzeć. Nie używała czaru wpływu, nie mogłaby rzucić go na mnie. A jednak musiałam jej usłuchać. Byłyśmy osaczone i bezbronne. Wiedziałam, że opór nie ma sensu. Czułam, jak opuszcza mnie napięcie. Zostałam pokonana.
Strażnik zauważył, że skapitulowałam. Podszedł teraz do Lissy. Miał spokojną twarz. Złożył jej zgrabny ukłon. Zaskoczyło mnie to, bo był naprawdę wysoki.
– Nazywam się Dymitr Bielikow – powiedział. Wychwyciłam w jego głosie słaby rosyjski akcent. – Przybyłem, by odwieźć panią z powrotem do Akademii Świętego Władimira, księżniczko.
Pomyśleć, że to było rok temu, a ten zabójczo seksowny Rosjanin już jest moim mężem. Ale po tym, co razem przeszliśmy myślę, że nie ma lepszego małżeństwa.
Moje przemyślenia przerwał ich obiekt.
- Proszę.- położył na łóżku tacę.
Leżały na nim: talerz naleśników, miska jogurtu z owocami, talerz jajecznicy i chyba cały bochenek chleba. Co mnie zdziwiło on miał swój talerz naleśników i kilka kanapek.
- Ja mam to wszystko zjeść sama?- dobra, wiem mam duży apetyt, ale bez przesady.- Dymitr, tyle to my nawet w dwójkę nie jemy.
- Ale ty jesteś w ciąży, a ja mam dwie młodsze siostry i wiem ile moja mama jadła, kiedy była w twoim stanie. Mam nadzieję, że to ci wystarczy.
Teraz chyba naprawdę żartował. Trudno, najwyżej on dokończy. Zaczęłam jeść.
Nawet nie wiedziałam, jak głodna byłam. O dziwo zjadłam wszystko. Najwidoczniej Dymitr miał rację. Znowu. Powinnam się do tego przyzwyczaić.
- I jak smakowało?- spytał ukochany, z triumfalnym uśmiechem.
- Bardzo. Jesteś cudowny. Wspaniały obrońca, kucharz, tancerz, masażysta. Mogłabym wymieniać dalej, ale mi się nie chce. Jest w ogóle coś, czego nie umiesz? Jesteś prawdziwym bogiem.
- Na pewno jest mnóstwo takich rzeczy, tylko jeszcze ich nie spróbowałem. Może powinienem?- zamyślił się. - Jeśli będę próbował rozwijać swoje talenty, po za walką, chcę żebyś wiedział, że to dzięki tobie. Pokazałaś mi, że nasze życie i pragnienia są równie ważne, co morojów, ale my mamy mniejsze możliwości.
- I tak pewnie będziesz w nie doskonały, jeśli nie najlepszy.- uśmiechnęłam się.
Przez dłuższy czas patrzyliśmy sobie w oczy. Po chwili, mój Rosjanin wziął nasze tacki i wyszedł. Ale niedługo po tym wrócił.
- To co dzisiaj robimy?- spytał.
Ja tylko odchyliłam kołdrę po jego stronie łóżka i poklepałam materac, zapraszając go do siebie.
- O nie, kochanie.- zaprotestował.- Nie będziemy cały dzień leżeć w łóżku.
- Nie musimy tylko leżeć. Jest mnóstwo innych rzeczy, które możemy robić.- uśmiechnęłam się kusząco.
- Na przykład...- stał nie wzruszony z założonymi rękami.
- Chodź, to ci pokażę.
Doskonale wiedział do czego piłam. Podszedł do mnie i złożył na moich ustach słodkiego causa. Nie wiele myśląc, pogłębiłam pocałunek, przyciągając go do siebie. Dymitr poddał się pieszczotą, ale odsunął się, kiedy zaczęłam ściągać mu koszulkę.
- Roza, nie teraz.
- A niby czemu nie. Jesteśmy sami, a ty masz zdecydowanie za dużo ubrań na sobie, więc chciałam ci pomóc skarbie.- uśmiechnęłam się głaskać jego brzuch. Jego ciałem wstrząsał śmiech.
- Zbieraj się Rose. Nie będziemy cały dzień siedzieć w pokoju, gdy na dworze taka piękna pogoda.- Jednym ruchem odsłonił zasłony na oknach, wypuszczając do pomieszczenia światło dzienne.
Jasność na chwilę mnie oślepiła. Kiedy otworzyłam oczy napotkałam te cudowne, brązowe tęczówki.- No, kochanie. Wychodź z tego łóżka, bo sam cię wyciągnę.
- Proszę. Pokaż co umiesz.- to może być ciekawe. Na pewno bardzo kuszące. Dymitr wziął mnie na ręce i całują postawił ma podłodze. Patrzył na mnie z pożądaniem. Ale tym razem kontrolował się. Z trudem odwrócił ode mnie wzrok i podszedł do szafy. Chwilę przy niej spędził. Kiedy w końcu do mnie podszedł, w rękach trzymał zwiewną turkusową sukienkę.
- A pozwolisz, że ubiorę jakaś bieliznę?
- Jak nie chcesz, to nie musisz. Mi tam nie będzie przeszkadzać.
- A do łóżka nie dałeś się zaciągnąć.- sięgnęłam po bieliznę, a następnie chciałam wziąć od ukochanego sukienkę. Jednak on nie dał mi jej. Podszedł do mnie i nachylił się w moją stronę. Spodobał mi się ten pomysł. Nasze usta złączyły się. Podczas przerwy między namiętnymi pocałunkami założył mi sukienkę.
- Zazwyczaj mnie rozbierasz, a nie ubierasz, towarzyszu.
- Cóż, niekiedy trzeba wręczać swoją ciężarną żonę i w jednym i drugim.- uśmiechnął się i znowu nasze usta złączyły się. Po tym namiętnym pocałunku, patrzyliśmy sobie w oczy, stykając się czołami.
- Nie rób ze mnie aż takiej kaleki. Ale możesz częściej mnie ubierać. Tylko następnym razem załóż mi sukienkę odpowiednio, a nie tył na przód, dobrze.
Dymitr odsunął się ode mnie i spostrzegł swój błąd. Lekko się za wstydził, co wywołało u mnie napad śmiechu.
- No, towarzyszu. Przynajmniej można sprawdzić twoje umiejętności w drugiej dziedzinie, chyba że mam wszystko robić sama.
- Oczywiście, że nie.- zawstydzenie ustąpił miejsca radości i pożądania.- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Po za tym rozbierać jeszcze cię umiem.
- Ale teraz wyższa szkoła jazdy. Mam sukienkę założoną na odwrót. Czy nasz mistrz rozbierania da radę?
- Zaraz zobaczymy.- przyciągnął mnie bliżej siebie i pocałował. Gdy byłam zajęta pieszczotami, ukochany zaciągnął mi sukienkę, a następnie założył, tym razem dobrze.
- Gratulację strażniku Bielikow. Zdał pan test pozytywnie.- uśmiechnęłam się.- To co teraz robimy.
- Pójdziemy na spacer. - Dymitr pociągnął mnie za rękę i wyszliśmy z pokoju.
Dobiegałyśmy do auta, gdy jakiś mężczyzna zagrodził nam drogę. Zatrzymałyśmy się gwałtownie. Odciągnęłam Lissę, szarpiąc ją za ramię. To on, człowiek, którego widziałam przez okno. Sporo od nas starszy, wyglądał na dwadzieścia parę lat. Nie pomyliłam się co do jego wzrostu, mógł mierzyć jakieś sto dziewięćdziesiąt centymetrów. W innych okolicznościach – gdyby nie zamknął nam drogi ucieczki – pomyślałabym, że jest seksowny. Ciemne włosy związane z tyłu i brązowe oczy, a do tego długi płaszcz, coś w rodzaju prochowca.
Jednak w tamtej chwili jego uroda nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Był tylko przeszkodą, nie pozwalał nam wsiąść do samochodu i uciekać. odgłosy kroków za nami przycichły. Mają nas. Czułam, że zbliżają się ze wszystkich stron, osaczają. Boże. Wysłali po nas co najmniej dwunastu strażników. Nawet królowa nie ma takiej świty.
Wpadłam w panikę. Nie myślałam logicznie i zareagowałam instynktownie. Przysunęłam się do Lissy i zasłoniłam ją przed mężczyzną, który dowodził całą bandą.
– Zostawcie ją – warknęłam. – Nie ważcie się jej tknąć.
Miał nieprzenikniony wyraz twarzy, ale wyciągnął do mnie ręce w uspokajającym geście. Poczułam się jak zwierzę przed uśpieniem.
– Nie zrobię wam niczego złego – powiedział i postąpił krok naprzód.
Niedobrze.
Zaatakowałam. skoczyłam na niego. Przerwałam treningi dwa lata temu, po naszej ucieczce. Nie przemyślałam tego ruchu, zadecydował impuls. Ale nie miałam szans. Był doświadczonym strażnikiem, nie wysłali po nas nowicjuszy. A ja wciąż słaniałam się na nogach, bliska omdlenia.
Był szybki. Zapomniałam już, jak sprawni są strażnicy, poruszają się zwinnie jak kobry. Zwalił mnie z nóg jednym błyskawicznym gestem, jakim odpędza się muchę. Straciłam równowagę. Nie sądzę, żeby chciał uderzyć tak mocno. Pewnie zamierzał tylko odsunąć mnie z drogi, ale nie wiedział, w jakim jestem stanie. Ziemia usunęła mi się spod nóg. Za chwilę walnę biodrem o twardy beton chodnika. Będzie bolało. Bardzo.
Nie upadłam.
Strażnik złapał mnie w ostatniej chwili. Kiedy odzyskałam chwiejną równowagę, zauważyłam, że uważnie mi się przygląda. Wpatrywał się w moją szyję. Oszołomienie przytępiło mi zmysły i nie od razu zorientowałam się, na co patrzy. Powoli uniosłam rękę i dotknęłam rany po ugryzieniu Lissy. obejrzałam palce i zobaczyłam na nich plamę ciemnej, gęstej krwi. Zawstydzona, potrząsnęłam głową i zasłoniłam się włosami.
Ciemne oczy mężczyzny spoczywały jeszcze przez chwilę na mojej szyi. Potem spojrzał mi w same źrenice. Wytrzymałam jego wzrok i wyszarpnęłam się z uścisku. Pozwolił na to, chociaż wiedziałam, że ma dość siły, żeby trzymać mnie tu przez całą noc. Walcząc z zawrotami głowy, przyprawiającymi o mdłości, znów przysunęłam się do Lissy, zbierając się do kolejnego ataku. Chwyciła mnie za rękę.
– Rose – powiedziała cicho. – Nie rób tego.
Jej słowa nie zrobiły na mnie wrażenia, ale nakazała mi spokój w myślach. Przesłała mi polecenie przez łączącą nas mentalną pępowinę, a ja nie umiałam się jej oprzeć. Nie używała czaru wpływu, nie mogłaby rzucić go na mnie. A jednak musiałam jej usłuchać. Byłyśmy osaczone i bezbronne. Wiedziałam, że opór nie ma sensu. Czułam, jak opuszcza mnie napięcie. Zostałam pokonana.
Strażnik zauważył, że skapitulowałam. Podszedł teraz do Lissy. Miał spokojną twarz. Złożył jej zgrabny ukłon. Zaskoczyło mnie to, bo był naprawdę wysoki.
– Nazywam się Dymitr Bielikow – powiedział. Wychwyciłam w jego głosie słaby rosyjski akcent. – Przybyłem, by odwieźć panią z powrotem do Akademii Świętego Władimira, księżniczko.
Pomyśleć, że to było rok temu, a ten zabójczo seksowny Rosjanin już jest moim mężem. Ale po tym, co razem przeszliśmy myślę, że nie ma lepszego małżeństwa.
Moje przemyślenia przerwał ich obiekt.
- Proszę.- położył na łóżku tacę.
Leżały na nim: talerz naleśników, miska jogurtu z owocami, talerz jajecznicy i chyba cały bochenek chleba. Co mnie zdziwiło on miał swój talerz naleśników i kilka kanapek.
- Ja mam to wszystko zjeść sama?- dobra, wiem mam duży apetyt, ale bez przesady.- Dymitr, tyle to my nawet w dwójkę nie jemy.
- Ale ty jesteś w ciąży, a ja mam dwie młodsze siostry i wiem ile moja mama jadła, kiedy była w twoim stanie. Mam nadzieję, że to ci wystarczy.
Teraz chyba naprawdę żartował. Trudno, najwyżej on dokończy. Zaczęłam jeść.
Nawet nie wiedziałam, jak głodna byłam. O dziwo zjadłam wszystko. Najwidoczniej Dymitr miał rację. Znowu. Powinnam się do tego przyzwyczaić.
- I jak smakowało?- spytał ukochany, z triumfalnym uśmiechem.
- Bardzo. Jesteś cudowny. Wspaniały obrońca, kucharz, tancerz, masażysta. Mogłabym wymieniać dalej, ale mi się nie chce. Jest w ogóle coś, czego nie umiesz? Jesteś prawdziwym bogiem.
- Na pewno jest mnóstwo takich rzeczy, tylko jeszcze ich nie spróbowałem. Może powinienem?- zamyślił się. - Jeśli będę próbował rozwijać swoje talenty, po za walką, chcę żebyś wiedział, że to dzięki tobie. Pokazałaś mi, że nasze życie i pragnienia są równie ważne, co morojów, ale my mamy mniejsze możliwości.
- I tak pewnie będziesz w nie doskonały, jeśli nie najlepszy.- uśmiechnęłam się.
Przez dłuższy czas patrzyliśmy sobie w oczy. Po chwili, mój Rosjanin wziął nasze tacki i wyszedł. Ale niedługo po tym wrócił.
- To co dzisiaj robimy?- spytał.
Ja tylko odchyliłam kołdrę po jego stronie łóżka i poklepałam materac, zapraszając go do siebie.
- O nie, kochanie.- zaprotestował.- Nie będziemy cały dzień leżeć w łóżku.
- Nie musimy tylko leżeć. Jest mnóstwo innych rzeczy, które możemy robić.- uśmiechnęłam się kusząco.
- Na przykład...- stał nie wzruszony z założonymi rękami.
- Chodź, to ci pokażę.
Doskonale wiedział do czego piłam. Podszedł do mnie i złożył na moich ustach słodkiego causa. Nie wiele myśląc, pogłębiłam pocałunek, przyciągając go do siebie. Dymitr poddał się pieszczotą, ale odsunął się, kiedy zaczęłam ściągać mu koszulkę.
- Roza, nie teraz.
- A niby czemu nie. Jesteśmy sami, a ty masz zdecydowanie za dużo ubrań na sobie, więc chciałam ci pomóc skarbie.- uśmiechnęłam się głaskać jego brzuch. Jego ciałem wstrząsał śmiech.
- Zbieraj się Rose. Nie będziemy cały dzień siedzieć w pokoju, gdy na dworze taka piękna pogoda.- Jednym ruchem odsłonił zasłony na oknach, wypuszczając do pomieszczenia światło dzienne.
Jasność na chwilę mnie oślepiła. Kiedy otworzyłam oczy napotkałam te cudowne, brązowe tęczówki.- No, kochanie. Wychodź z tego łóżka, bo sam cię wyciągnę.
- Proszę. Pokaż co umiesz.- to może być ciekawe. Na pewno bardzo kuszące. Dymitr wziął mnie na ręce i całują postawił ma podłodze. Patrzył na mnie z pożądaniem. Ale tym razem kontrolował się. Z trudem odwrócił ode mnie wzrok i podszedł do szafy. Chwilę przy niej spędził. Kiedy w końcu do mnie podszedł, w rękach trzymał zwiewną turkusową sukienkę.
- A pozwolisz, że ubiorę jakaś bieliznę?
- Jak nie chcesz, to nie musisz. Mi tam nie będzie przeszkadzać.
- A do łóżka nie dałeś się zaciągnąć.- sięgnęłam po bieliznę, a następnie chciałam wziąć od ukochanego sukienkę. Jednak on nie dał mi jej. Podszedł do mnie i nachylił się w moją stronę. Spodobał mi się ten pomysł. Nasze usta złączyły się. Podczas przerwy między namiętnymi pocałunkami założył mi sukienkę.
- Zazwyczaj mnie rozbierasz, a nie ubierasz, towarzyszu.
- Cóż, niekiedy trzeba wręczać swoją ciężarną żonę i w jednym i drugim.- uśmiechnął się i znowu nasze usta złączyły się. Po tym namiętnym pocałunku, patrzyliśmy sobie w oczy, stykając się czołami.
- Nie rób ze mnie aż takiej kaleki. Ale możesz częściej mnie ubierać. Tylko następnym razem załóż mi sukienkę odpowiednio, a nie tył na przód, dobrze.
Dymitr odsunął się ode mnie i spostrzegł swój błąd. Lekko się za wstydził, co wywołało u mnie napad śmiechu.
- No, towarzyszu. Przynajmniej można sprawdzić twoje umiejętności w drugiej dziedzinie, chyba że mam wszystko robić sama.
- Oczywiście, że nie.- zawstydzenie ustąpił miejsca radości i pożądania.- Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. Po za tym rozbierać jeszcze cię umiem.
- Ale teraz wyższa szkoła jazdy. Mam sukienkę założoną na odwrót. Czy nasz mistrz rozbierania da radę?
- Zaraz zobaczymy.- przyciągnął mnie bliżej siebie i pocałował. Gdy byłam zajęta pieszczotami, ukochany zaciągnął mi sukienkę, a następnie założył, tym razem dobrze.
- Gratulację strażniku Bielikow. Zdał pan test pozytywnie.- uśmiechnęłam się.- To co teraz robimy.
- Pójdziemy na spacer. - Dymitr pociągnął mnie za rękę i wyszliśmy z pokoju.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
