sobota, 5 listopada 2016

ROZDZIAŁ 312

Już miałam iść do gabinetu, gdy z pokoju obok usłyszałam płacz oczywiście Anastazji. Weszłam szybko i wzięłam małą na ręce. Zobaczyłam, że Tasza się przebudziła.
- Ciii.. już spokojnie. Nie płacz kochanie. Popatrz na mamusię słoneczko.- kołysałam córeczkę, z uśmiechem.
One zawsze poprawiają mi humor. Popatrzyła na mnie i też się uśmiechnęła. Było widać jej białe, wystające ząbki.
- Jak się czujesz?- spytałam morojki, siadając na brzegu łóżka z roześmianym bobasem na kolanach.
Kobieta przeciągnęła się i usiadła obok mnie.
- Nie wiem.- powiedziała szczerze.- Masz szczęście.
- Wiem.- uśmiechnęłam się, podciągając dampirzycę za rączki tak, że robiła przysiady.- Ty też swoje znajdziesz. Co chcesz zrobić z tym?- wskazałam na jej brzuch.
- Urodzę i wychowam. Nie mam innego wyjścia, ale i tak już je kocham.- pogłaskała się po jeszcze płaskim brzuchu.
- Chcesz o tym pogadać?- spytałam ostrożnie.
- Nie. Jeszcze nie.- zamyśliła się.
- Pewnie jesteś głodna po podróży. Chodź na dół.
 Wstałam z małą i chciałam wziąć Felixa.
- Mogę?- spytała niepewnie jasnooka.
- Jasne.
Razem wyszłyśmy z pokoju i zanieśliśmy do pokoju dzieci.
- Ładnie tu macie.- rozglądała się po pokojach, gdy ja przebierałam maluchy do snu.
- Dzięki. W sumie to Dymitr wszystko zbudował. Ja przyszłam na gotowe. Chcesz nakarmić Anastazję?
- Mogę?!- otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
- Jasne. Musisz się przyzwyczajać, a mała cię polubiła.
Zeszłyśmy z maluchami do kuchni. Tasza usiadła przy stole, a ja zaczęłam kręcić się po kuchni. Dzieci zostawiłyśmy na podłodze. Po chwili morojka, mimo moich wyraźnych sprzeciwów dołączyła do mnie. Gdy mleko było gotowe zaczęłyśmy karmić maluchy.
- Anastazja. Piękne imię.- rozmarzyła się.
- Dymitr to wymyślił. Choć nigdy się tak do niej nie zwracał. Dla niego to jest jego księżniczka.- kobieta pokiwała głową w zrozumieniu.- A to jest Felix.
- Są piękne. A gdzie podziali się panowie?
- Oblewają dziecko.- dopiero po chwili dotarło do mnie, jak to mogło zabrzmieć i zrobiło mi się głupio.- Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. W sumie zawsze chciałam mieć dziecko, ale sądziłam, że jego ojciec będzie mnie kochał.
- A co do miłości, przyznaj się, co jest między tobą, a Pablem?- spytałam prosto z mostu.
- Nic.- odpowiedziała za szybko.
- Ale ani troszeczkę ci się nie podoba?- poklepałam synka po plecach, żeby mu się odbiło.
- No jest przystojny,- zrobiła tak samo z Nastką.- miły, wychowany, ma ładny uśmiech...- zacięła się na chwilę.- O nie! On mi się podoba.
- Spokojnie, mówisz tak jakby był to koniec świata.- zaśmiałam się.- To teraz pójdę ululać te rozrabiaki, a ty możesz dokończyć kolację.
- Jasne. A i jeszcze taka prośba, jeśli to nie byłby problem, mogłabym rano zamówić karmicieli?
- Oczywiście.- uśmiechnęłam się i poszłam z maluchami na górę.
Włożyłam je do łóżeczek i zaczęłam czytać. Kilkanaście minut później już spały. Wróciłam na dół i zawołałam siostrę do środka. Biance nasypałam karmy do miski, a Tasza w tym czasie kończyła kanapki. Wszystkie trzy usiadłyśmy w jadalni i zaczęłyśmy jeść. Z początku dziwna atmosfera, zmieniała się w o wiele lepszą z każdym następnym zdaniem między nami. Lili musiała pamiętać, co jej mówiliśmy o ciotce Christiana, a mimo to zaczęły rozmawiać. Teraz rozmowa się tak rozkręciła, że ledwo pogoniłam dampirzycę do łóżka. Kiedy ona się kąpała, my posprzątałyśmy, a później ja dałam świeżą pościel w pokoju dla morojki. Zmiłowałam się również nad naszymi panami i dałam im po talerzu kanapek oraz pościel. Jak sobie pościelą, tak się wyśpią. Właśnie wychodziłam z pokoju siostry, z którą się żegnałam i miałam iść do naszej sypialni, gdy zatrzymała mnie kobieta.
- Rose, jest jeszcze wcześnie. Może dzisiaj zrobimy sobie taki babskie wieczór. Pogadamy o tym co się działo, może dam radę opowiedzieć o... o tym.- wiem, że trudno było jej poruszać ten temat.
- Dobrze. To ja teraz pójdę się umyć. Możesz skorzystać z łazienki tutaj.- wskazałam drugie drzwi na prawo.
Rozeszłyśmy się, każda w swoją stronę. Piętnaście minut później siedziałyśmy w pokoju, między napojami, lodami, słodyczami i paluszkami, a ja kończyłam opowiadać o tym, jak Dymitr pilnował dzieci wczoraj.
- A co słychać u ciebie? Miałaś wyjechać do Australii.- przypomniałam sobie.
- Tak, ale zauważyłam, że za chwilę jest odlot do Rzymu i zmieniłam zdanie. Pomieszkałam tam dwa dni, jednak musiałam wyjechać do Wenecji, bo nie mogłam znaleźć żadnej pracy, a tam miałam dobrego przyjaciela. To u niego mieszkam. Niestety miesiąc temu został zabity. Miał jakieś długi z mafią.
- Przykro mi.- dotknęłam jej ramienia, pokazując, że ma moje wsparcie.
Patrząc w jej smutne oczy i widząc tęsknotę, zaczęłam się zastanawiać, ile osób zabił z takich powodów gang Abe'a i ile osób cierpiało z tęsknoty. Ona była jego przyjaciółką, a mógł mieć rodzinę. Żonę, dzieci, które jeszcze bardziej by rozpaczały. Nie wiem co bym zrobiła, gdyby ktoś zabrał mi mojego Towarzysza.
- Można powiedzieć, że przywłaszczyłam sobie jego dom. Zanim umarł, powiedział mi, do kogo mam się zwrócić po testament. On wiedział, że umrze, rozumiesz? Wiedział i nic mi nawet nie powiedział. Zapisał mi dom oraz nie małą sumkę i wskazał, gdzie jest akt własności.- wzięła kolejną łyżkę lodów do ust.- To właśnie on pomógł mi znaleźć pracę. Był też przyjacielem Pabla, a on szukał asystentki. I się znalazłam. Koleżanki z pracy pokazały mi co mam robić. Zawsze mówiły, że trzymają za nas kciuki, ale ja tłumaczyłam im, że to tylko przyjaźń. Aż na początku wakacji całą firmę zamknęli, a on zbankrutował. Wielu przyjaciół się od niego odwróciło, ale ja zostałam. Popadł w alkoholizm, z którego pomogłam mu się wygrzebać i zaczęłam tłumaczyć, że to nie koniec świata, a on od razu " Jak nie koniec świata?! To było wszystko co mam. Teraz nic nie znaczę, jestem zerem." A ja: "Co ty gadasz? Jesteś tak samo ważny, jak każdy inny człowiek. Raz do tego doszedłeś, to drugi raz też ci się uda." No i na następny dzień zaczął szukać pracy. Ja też. Zostałam w sumie asystentką jego szefa. A on jest księgowym.
- A czym w ogóle zajmowała się jego firma?- spytałam ciekawa.
- Był szefem sieci sklepów z odzieżą we Włoszech w oddziale weneckim. Dokładnie Ermenegildo Zegna. Ale wykryto jakieś nieprawidłowości i kazano mu zamknąć interes. Siedziba główna w Trivero stara się o odzyskanie praw do otworzenia sklepów na nowo w mieście, ale nie wierzą w niewinność Pabla i już ustalili, że nie wróci do pracy. Głównie dlatego, że ma nieciekawą przeszłość. Kiedyś popełnił kilka błędów, które zostaną z nim na zawsze. Tak jak moje ze mną.

piątek, 4 listopada 2016

ROZDZIAŁ 311

Byłam w szoku. Oboje byliśmy. Jednak szybko się ogarnęłam, gdy kobieta się rozpłakała. Odłożyłam dziecko i usiadłam obok niej, przytulając ją. Włoch głaskał ją uspokajająco po plecach. W tym samym czasie strażnik zerwał się i zaczął przeklinać po rosyjsku.
- Zabiję go! Zabiję gnoja!- był wściekły.
- Dymitr!- upomniałam go.- Tu są dzieci.
Trochę się opanował i usiadł na swoim miejscu, jednak rozglądał się na wszystkie strony ze złożonymi rękoma, przebierając nogami. Rozpierała go energia wywołana wściekłością. Rzuciłam mu ostrzegawcze spojrzenie, gdy chciał wziąć dzieci. Zrozumiał i został w swojej pozycji. Przejechał dłońmi po twarzy. Nie wytrzymał i znowu zaczął chodzić. Uważnie obserwowałam każdy jego ruch, wciąż tuląc morojkę.
- Kto?!- strażnik podniósł głos, a ona się wzdrygnęła.
Spiorunowałam go wzrokiem.
- Już, spokojnie. Już jesteś bezpieczna.
- Ty nic nie rozumiesz!- krzyknęła. Jednak po chwili się uspokoiła.- Przepraszam. Po prostu to bardzo trudne.
- Spokojnie, jesteśmy tu, żeby ci pomóc.- głaskałam ją po plecach.
- Jestem w ciąży.- szepnęła po jakimś czasie.
Oboje zamarliśmy, a ona jeszcze bardziej się rozpłakała. Przytuliłam ją do siebie, za to Dymitr nie wiedział co ze sobą zrobić. I zachował się jak każdy facet. Z barku wyciągnął whisky. Popatrzyłam na niego z miną mówiącą "Serio?". Wzruszył ramionami z przepraszającym wzrokiem, sięgając po kieliszek.
- Mi też możesz nalać.- po raz pierwszy odezwał się nasz drugi gość.
Uniosłam oczy do góry, prosząc boga o cierpliwość do nich.
- To wy się tu w spokoju upijcie, bo jak widać tylko to umiecie zrobić, a my z dziećmi idziemy na górę.- warknęłam z pogardą.
Wzięłam szelki i wsadziłam w nie oboje bobasów. Nie podobała im się cała ta atmosfera. Pociągnęłam płaczącą morojkę za ramię, na co ta się podniosła i ruszyłyśmy w kierunku schodów. Ona z puszczoną głową, a ja podniesioną, pokazując, że jestem ponad nimi.
- Roza...- mąż złapał mnie za łokieć, ale się wyrwałam, zabijając go spojrzeniem.
- I nawet nie waż mi się wchodzić do sypialni, póki nie wytrzeźwiejesz.
Patrzył na mnie błagalnie, ale ja się nie ugięłam. Razem z kobietą weszłam do pokoju gościnnego. Dzieci chciałam zostawić na podłodze, ale Tasza mnie powstrzymała.
- Na łóżku będzie im wygodniej.- zauważyła.
- Nie chciałam, żeby nam przeszkadzały.
- Nie będą.- uśmiechnęła się delikatnie.
Położyłam maluchy na miękkim materacu, a morojka usiadła obok. Widziałam, że chciała je dotknąć ale się bala.
- Spokojnie nie ugryzą. Pójdę nam po herbatę, dobrze?
Kiwnęła głową i niepewnie położyła się.
Zeszłym na dół. Byłam w połowie schodów, gdy usłyszałam rozmowę mężczyzn. Wiem, że nie ładnie podsłuchiwać, ale nie mogłam się powstrzymać.
- Tasza to wspaniała kobieta. Nie tak jak Roza, ale zasługuje na dobrego męża.- odezwał się głos z rosyjskim akcentem.
- Jak dla mnie, to każda kobieta zasługuje na takiego.- powiedział lekko już wystawiony Pablo.
- Ale nie wszystkie na takiego trafiają.- ukochanemu od razu popsuł się humor. Wiedziałam, że ma na myśli Olenę. 
- A powinny. I za to wypijmy.- unieśli kieliszki i opróżnili je duszkiem.
- Musisz być bardzo ważny dla Nati.- zauważył Włoch.
- Chodzi ci o Nataszę? Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, ale oboje podjęliśmy kilka złych decyzji i teraz nie wiem jak to jest.
- Przyleciała tu prosto z Wenecji, więc dalej cię ceni.
- Może.- strażnik się zamyślił.- A co?
- Martwię się o nią. Nie znamy się długo, ale ufam jej jak nikomu innemu i myślę...
- Podoba ci się?- rzucił prosto z mostu Bielikow.
- Tak.- wyznał gość.
Ucieszyła mnie ta wiadomość. Może nie tylko ja wyszłam z tej walki zwycięsko. Postanowiłam się ujawnić.
- Zwolnijcie z tym alkoholem, bo padniecie, zanim wzejdzie słońce.- sięgnęłam im przez ramie po kubki.
- Ty jesteś moim słońcem Roza.- ukochany cmoknął mnie w policzek.- Poza tym wiesz, że mam twardą głowę.
- Ty może tak, ale w pana wątpię.- spojrzałam na wystawionego lekko Włocha.
- Gdzie moje maniery?- wyżej wspomniany wstał, chwiejąc się na nogach i złapał moją dłoń.- Pablo Ernest Francesco Bompensiero.- ucałował ją.
Zaintrygowało mnie jego dżentelmeństwo, jednak Dymitr nie podzielał mojego zdania.
- Takie witanie jest już nie modne.- wstał i objął mnie.
- Taa... o wiele lepsze jest napadanie na dwie bezbronne dziewczyny z dwunastką strażników.- spojrzałam na niego czule i bardziej się wtuliłam. Zauważyłam, że moroj patrzy na nas ze zmarszczonym czołem, więc szepnęłam w jego kierunku, tak żeby wszyscy słyszeli.- Nie przejmuj nim się, to z zazdrości.
- Nie jestem zazdrosny.- oburzył się mój mąż.
- Aha. Jasne.- popatrzyłam na niego z powątpieniem.
- Piękna kobieta zasługuje na bycie o nią zazdrosną.- moroj już chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co mówi.
Dymitr zmierzył go gniewnym spojrzeniem, ale mężczyzna nie zważając na to sięgnął po alkohol, nalał sobie do lampki i wypił na raz. Postanowiłam trochę złagodzić sytuację.
- Uznam to za komplement, skarbie.- pocałowałam Bielikowa w policzek.
Ale mu to nie wystarczyło. Przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie i całując namiętnie.
- A teraz zejść mi z oczu i nawet nie chcę słyszeć, że Lili was widziała.- wzięłam dwa kubki i poszłam na górę.
To co zobaczyłam w pokoju, bardzo mnie zdziwiło. Dzieci stały jak aniołki, przytulne to Taszy, która również przegrała ze zmęczeniem. Postanowiłam zostawić ich w spokoju i kończyć przygotowania do pracy. Idąc do gabinetu, natknęłam się na panów.
- Proszę, proszę, kogo ja tu mam.
- Hej, skarbie. Dawno się nie widzieliśmy.- ukochany chciał mnie przytulić, ale go odepchnęłam,co nie było łatwe, zważywszy na to, że on jest silniejszy.
- Jak widzę, już wam się poprawił humor.- mruknęłam zła.
- Jak chcesz Roza to teraz ja mogę go poprawić, bo nie wyglądasz na zbyt wesołą.- uśmiechnął się znacząco.
Musiał już dużo wypić. Chciał mnie przytulić, ale odepchnęłam go z całej siły.
- Powinniście się wstydzić.- podniosłam głos, ale nie na tyle, aby obudzić śpiących w pokoju.- Tam wasza przyjaciółka cierpi, a wy się śmiejecie, pijani. Pomyśleliście co ona czuje? Liczy na wasze wsparcie, a wy ją olaliście dla kilku butelek. Wódkę można kupić przyjaźni nie. Więc lepiej uważajcie, bo łatwo ją stracić.
Uśmiechy zeszły im z twarzy. Spuścili zawstydzeni głowy, a ja czułam się jakbym ganiła nieposłuszne dzieci. Mężczyźni to wielkie dzieci.
- Roza...- zaczął skruszony Rosjanin.
- Nie chcę tego słuchać. Oboje do tamtego pokoju i do rana mi z niego nie wychodzić.- wskazałam ostatni pokój po lewej stronie.
- Ale....- oboje zaprotestowali, jednak znowu przerwałam.
- Żadnego "Ale". Nie ma mowy, że dzieci zobaczyli was w takim stanie. I powinieneś się wstydzić Dymitr. Myślałam, że jesteś bardziej odpowiedzialny.- w oczach strażnika widziałam wstyd, zażenowanie i skruchę.
Zasłużył sobie na to. Już bez słowa oboje poszli we wskazanym wcześniej przez mnie kierunku. Cholera jasna, co się z nimi dzieje. I na dodatek podnieśli mi ciśnienie. Spokojnie Rose, wdech i wydech, wdech i wydech.

czwartek, 3 listopada 2016

ROZDZIAŁ 310

Przez resztę dnia sadziliśmy nasze piękne drzewka i kontynuowaliśmy budowę stajni. Lili wróciła gdy byliśmy zajęci roślinami, więc po obiedzie nam pomogła, a później mogła się bawić. I jednak wieczorem Dymitr mi nie odpuścił. Na początku się opierałam, ale kiedy pokazał mi srebrną paczuszkę, już się nie hamowaliśmy. Koniec końców obudziliśmy się nadzy w swoich ramionach. Szybko się podnieśliśmy i mój mąż poszedł robić śniadanie, a ja przygotować maluchy. Po śniadaniu, pojechaliśmy na Dwór i to ja kierowałam.
- Dalej nie powiedziałaś mi o wczorajszej służbie.- przypomniał ukochany.
- No dobra. Na zebraniu miałam ochotę pierwszą i drugą grupę udusić, zakopać, wykopać i pociąć na drobne kawałeczki, a gdy zaczęli się bić, to z trzecią chciałam zrobić to samo. Na rozpoczęciu roku szkolnego, byłam dumna z Lissy. Ułożyła bardzo piękne przemówienie. A w sali tronowej nic się takiego nie wydarzyło.
Dojechaliśmy na miejsce i po raz kolejny mieliśmy problem z pożegnaniem. Dzień wyglądał podobnie. Ze strażnikami tylko chodziliśmy za królową na zgromadzenia, wypełnianie jakiś papierów, wysłuchiwanie audiencji ih kontrole czegoś tam. Niekiedy radziła się mnie w myślach, ale tak to byliśmy jak jej cienie. Służba szybko się skończyła i poszłam odebrać dzieci. Jednak nie było ich w pokoju dziecięcym. Pewnie Bielikow skończył wcześniej niż ja i sam je odebrał. Weszłam do naszego mieszkania i uśmiechnęłam się na widok bawiącej się gromadki.
- Hej.- uśmiechnęłam się.
Na dźwięk mojego głosu, spojrzały na mnie trzy pary oczu. Maluchy zagaworzyły, wyciągając do mnie rączki. Uklękłam przed nimi, całując oboje w policzki.
- A dacie mamusi całuska?- przesunęłam policzek do małych ustek córeczki.
Dotknęła go nimi, uwieszając się na mojej szyi. Podniosłam się z nią na rączkach.
- Moje całuśne słoneczka.- strażnik stanął obok nas z synem na rękach.
Chłopiec pocałował go w policzek, tak jak Nastka mnie.
- I kto tu jest całuśny?- zaśmialiśmy się, a maluchy z nami.- A gdzie Lili?
Powinna już jakiś czas temu skończyć lekcje.
- Poszła się pobawić w parku ze znajomymi.
- To dobrze się składa, bo idę teraz do Kathie na zastrzyk.- położyłam chłopca na ziemi.
- Nie masz za czym tęsknić, bo wczoraj znalazłeś sposób.
- Roza ja co dziennie tęsknię za bliskością twojego ciała. - mruknął mi do ucha.
- To czekaj na mnie cierpliwie, a ja za chwilę wracam.- dałam mu szybko całusa w usta i wyszłam, łapiąc za torebkę.
Pół godziny później wyszłam z gabinetu i ruszyłam do mieszkania. Sprawdziłam komórkę, bo podczas badania dostałam SMSa. Był od Dymitra. Napisał, że już czekają w aucie, więc odpisałam, że zaraz będę. Siadłam na miejscu pasażera z przodu, po czym wyjechaliśmy z Dworu. Przez całą drogę słuchaliśmy Lili, która mówiłam kto i gdzie był na wakacjach. W domu wszystko było jak wczoraj. Ja papiery i dzieci, Bielikow obiad, a młoda usiadła do lekcji. Jednak dzisiaj Rosjanin szybciej się uporał ze swoim, bo zostało z poprzedniego dnia. Właśnie jedliśmy obiad, kiedy po mieszkaniu rozszedł się dźwięk przyciskanego dzwonka. Oboje z mężem popatrzyliśmy na siebie zdumieni. Kto to może być? Sprawdziłam więź, ale Lissa była tak samo zdziwiona, co my.
- Ja otworzę.- zdecydowałam.
Podeszłam niepewnie do drzwi. Otworzyłam i w moje ramiona wpadła zapłakana... Tasza?! Co ona tu robi? Miała wyjechać za ocean. Za nią stał jakiś moroj. Pewnie Włoch. O dziwo był lekko opalony, miał krótkie, ciemne, postawione na żel włosy i brązowe oczy. Nie tak hipnotyzujące jak Bielikowie, a bardziej tajemnicze i mroczne, choć patrzył łagodnie. Miał smutny wzrok. Muszę przyznać, że przystojny, nawet mógłby konkurować z moim mężem, ale i tak najmocniej kocham Dymitra. Dla mnie to on będzie najprzystojniejszym mężczyzną na świecie.
- Roza kto przy...- nie dokończył strażnik.
Ledwo się pokazał, a morojka puściła mnie i wpadła w jego ramiona. Poczułam ukucie zazdrości, ale coś mi mówiło, że sytuacja jest poważna. Mój ukochany zamknął ją w silnym uścisku. Kobieta zaczęła się uspokajać.
- Co się dzieje Nataszo?- spytał zmartwiony.
- Prze...przepraszam, że was niepokoję.- odsunęła się od niego, ścierając łzy i siorbając nosem.- Wiem, że miałam się nie zbliżać, ale stało się coś strasznego, a wy jesteście moimi jedynymi przyjaciółmi, nie licząc Pabla.- wskazała na swojego towarzysza.
Dopiero teraz zauważyłam, że dalej stoi w przejściu. Wpuściłam go do środka i zamknęłam drzwi.
- Może chodźmy do salonu, a ja zaparzę herbaty.- powiedziałam łagodnie, kładąc rękę na ramieniu niebieskookiej.
Pokiwała głową i wszyscy poszli do salonu, a ja do kuchni. Po chwili pojawił się w niej Rosjanin.
- Skarbie, weźmiesz dzieci i Lili z jadalni?- poprosiłam nie patrząc na niego.
- Jasne.- odpowiedział i poszedł do jadalni.
Z gotowymi już kubkami herbaty wróciłam do gości. Tasza już nie płakała, tylko patrzyła w jeden punkt bez emocji. Jej uwagę zwróciła dopiero dziewczynka, wychodząca z pomieszczenia obok.
- Dzień dobry.- przywitała się grzecznie dampirzyca.
- Dzień dobry.- morojka patrzyła na nią zaciekawiona.- A kto to?
- Moja siostra.- przedstawiłam ją.- Lili, to ciotka Christina.
- Męża Lissy?- chciała się upewnić.
Przytaknęłam. W tym momencie do pokoju wszedł mój mąż z Nastką na rękach.
- Lili, idź się pobawić na dworze z Bianką.- poprosił łagodnie, ale tonem nie przyjmującym odmowy.
Dziewczynka wyszła wołając psa. Kobieta siedząca naprzeciwko mnie patrzyła jak zaczarowana na bobasa w rękach dampira.
- To wasza córka?- spytała.
- Tak.- powiedzieliśmy równocześnie i się do siebie uśmiechnęliśmy.
Mała również się zaśmiała. Po chwili siedziała na moich kolanach, a Dymitr poszedł po synka.
- Nie wiedziałam, że masz siostrę.- ciszę przerwała ciemnowłosa.
Była trochę zamyślona, trochę smutna.
- Sama dowiedziałam się niecały rok temu.- przyznałam.
- Nawet nie byłam na ślubie siostrzeńca.
- Bardzo mi przykro.- dotknęłam jej dłoni.
Po chwili koło mnie usiadł Bielikow z chłopcem.
- Macie też syna.- zauważyła.
- Tak jakoś się trafiło.
Znowu zapadła niezręczna cisza.
- To teraz powiesz, co cię do nas sprowadza?- spytał ostrożnie strażnik.
Morojka długo milczała, zanim zebrała siłę na wypowiedzenie złej wiadomości. Jej wzrok stał się pusty, a twarz wypruta z jakichkolwiek emocji.
- Zostałam zgwałcona...

środa, 2 listopada 2016

ROZDZIAŁ 309

Dziewczyna wyszła dopiero pół godziny temu, a już zdążyło zadzwonić i odwiedzić mnie z osiem osób. Dowiedzieli się Mason i Mia, dzwonili moi rodzice i rodzina Dymitra, Sonia z Michaiłem, zajrzał Eddy z Jill i inni z mojej klasy, którzy dostali przydział na Dworze. Nastka już się obudziła, nakarmiłam ją bawiłam ze bliźniakami. Lili została wyciągnięta na lody przez Jessice, na zakończenie wakacji i zostanie odwieziona przez rodziców innej koleżanki. W końcu przyszedł mój mąż.
- Hej, Roza.- gdy tylko wszedł wcisnęłam mu synka i torbę, przelotnie całując. Sama wzięłam córkę.- Jak był...
- Błagam nie kończ i spadamy stąd.- wypchnęłam go i zamknęłam za nami drzwi.
- O co chodzi?- zdziwił się, gdy pociągnęłam go do garażu.
- Odkąd wróciłam, nie dają mi spokoju.
Otworzyłam samochód i wsadziłam dzieci do fotelików, a torbę wsadziłam na tylne siedzenie.
- Kto? Gdzie? Kiedy?- nic nie rozumiał.
Otworzyłam drzwi od strony kierowcy i zatrzymałam się patrząc na ukochanego.
- Wszyscy! Wszyscy już wiedzą.- wsiadłam i czekałam aż on to zrobi.
Gdy zapiął pas, ruszyłam z piskiem opon.
- Roza, uspokój się i powiedz wszystko od początku. I zapomniałaś o Lili
Odetchnęłam głęboko i zwolniłam. Przeszliśmy kontrolę.
- O niczym nie zapomniałam. Wróci później. A od początku, proszę bardzo. Nie mam zamiaru tam być dzisiaj, bo od dwóch godzin wszyscy pytają jak tak pierwszy dzień. Nawet do Akademii to doszło i na twoją Syberię.
- Rozmawiałaś z mamą i dziewczynami?- ucieszył się.
- Gdzieś między telefonem od Masona, a moich rodziców. Najpierw do Emilii dowiaduję się, że gada o tym cały dwór, a później dzwonią wszyscy z poza niego. Nawet stara paczka moja i Lissy. To przerażające.
Dymitr się zaśmiał.
- Taka jest skarbie siła przekazu międzyludzkiego.
- Widzę, że się świetnie bawisz.- warknęłam.
- Roza, za bardzo się tym przejmujesz. To chyba dobrze, że masz przyjaciół, którzy się o ciebie troszczą i chcą dzielić z tobą radość. Jak ja.- położył mi dłoń na udzie.
Patrzył na mnie czule, a ja czułam jak się rozpuszczam. Musiałem skupić się na drodze, bo jeszcze by się ze mnie kałuża zrobiła. Może ma rację? Po prostu byli ciekawi, jak tam pierwszy dzień służby. W końcu jestem dość sławna. Wreszcie dojechaliśmy do domu. Wzięłam dzieciaki na górę, a Dymitr zajął się obiadem. Postanowiłam, że teraz to ja je popilnuję w gabinecie, który w sumie stał się nasz wspólny. I znowu robię za sekretarkę. Najwidoczniej takie moje drugie zadanie. Maluchy o dziwo były grzeczne i szybko się zmęczyły. Gdy Felix zaczął ziewać, wzięłam go na ręce i zaczęłam kołysać. Szybko zasnął, mocno wtulony we mnie. Szybko zniosłam go do pokoiku, modląc się, żeby Nastka nie narozrabiała. Położyłam go na drzemkę, zostawiłam z elektryczną nianią i wróciłam czym prędzej do biura. O dziwo wszystko było w jak najlepszym porządku. To aż podejrzane, ale dobra. Mała też zasypiała, ale dzielnie się opierała i nie było siły by zasnęła.
- Córuś, o co chodź? Co jest złego w spaniu? Tak cieplutko i mięciutko na podusi.- próbowałam ją przekonać, ale to nic nie dawało.
Zeszłam z nią na dół, zrobić ciepłego mleka. To zawsze pomaga. Gdy tylko weszłam do kuchni, mała wyciągnęła rączki do Rosjanina, gaworząc. Strażnik zwrócił na nas uwagę i wziął córkę na ręce. Doszedł mnie piękny zapach obiadu. Mmm... spaghetti.
- Chodź do taty, księżniczko. Co się dzieje?- spytał troskliwie.
- Ciągle ziewać, ale nie da się uśpić.- wytłumaczyłam.
Wlałam mleko do butelki i wsypałam pół miarki mleka dla dzieci w proszku, po czym włożyłem ją do podgrzewarki. Dymitr przez cały czas kołysał i bujał dampirzycę, opartą na jego ramieniu, która patrzyła wszędzie wielkimi oczkami. Podeszłam do nich i chwyciłam Nastkę za rączkę.
- Kto jest kochanym słoneczkiem rodziców?- spytałam słodko, na co się uśmiechnęła.- Ma-ma. Powiedz "mama".
Dziewczynka zagaworzyła i się uśmiechnęła.
- Roza, ona jest jeszcze za mała.- zauważył mój ukochany z uśmiechem.
- Wiem, ale musi się powoli uczyć. Prawda kochanie?- połaskotałam córeczkę po wewnętrznej stronie dłoni, na co się zaśmiała.
Sprawdziłam zagrane mleko i już było dobre.
- Mogę ja?- spytał Bielikow.
- Jasne, przecież to też twoje dziecko.- podałam mu butelkę.
Usiadł i zaczął karmić bobaska. Zajęłam miejsce obok nich i patrzyłam jak Dymitr czule na nią patrzy.
- Ja tiebia liubliu tovarishch.- wyznałam.
Ukochany zwrócił na mnie uwagę. W jego oczach widać było szczęście i miłość.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Pocałował mnie mocno z miłością. Gdy Nastka się najadła, pozwolił aby jej się odbiło i znowu zaczął ją kołysać. Tym razem mała przegrała walkę i zasnęła w jego objęciach. Razem poszliśmy ją odłożyć do łóżeczka, a później on wrócił do kuchni, a ja do papierowej roboty. Akurat gdy skończyłam usłyszałam stękanie synka. Pewnie zgłodniał zanim doszłam do pokoju, rozpłakał się całkowicie, więc Nastka też. Użyłam szelek i oboje wzięłam na dół. Posadziałam ich w krzesełka do karmienia, następnie poszłam sprawdzić co u strażnika.
- Dobrze, że jesteś. Pomożesz mi?- poprosił.
- Jasne.
Kiedy niosłam talerze, on nalał psu jedzenie. Dwie miseczki były dla maluchów.
- To opowiesz mi w końcu jak minął dzień?- zaczął Dymitr, kiedy wszyscy już jedliśmy.
- Sam wiesz. Byłeś cały czas ze mną. Co mnie trochę dziwi.
Tak. Koniec końców Christianowi zmienił się plan i wszędzie musiał być z Lissą. A z nim był Bielikow.
- Poprosiłem o to, tak dla wsparcia. Miałem nadzieję, że to ci doda otuchy. Ale było bardzo trudno ignorować twoją obecność, gdy byłaś tak blisko, a jednak daleko.- złapał mnie za dłoń, patrząc prosto w oczy.- I chciałbym wiedzieć jak wyglądał ten dzień z punktu widzenia impulsywnej Rose Hathaway.
- Hathaway-Bielikow mój drogi. Sądziłam, że tobie nie muszę przypominać.
- Nigdy bym o tym nie zapomniał. Ale wciąż nie mogę w to uwierzyć. Ponad dwa lata temu moja uczennica, a teraz...- zamyślił się.
- Wiele się wydarzyło przez ten czas. Myślę, że do mnie też by ta prawda nie doszła, gdybym nie musiała jej rodzić.- spojrzałam z miłością na nasze dwa, umorusane w sosie pomidorowym, skarby.- Chyba ktoś tu zaraz weźmie kąpiel.
Maluchy śmiały się do nas szeroko. Brudne dzieci to szczęśliwe dzieci, a nasze są tego wspaniałym dowodem. Spaghetti było tak pyszne, że nie umiałam powstrzymać się od wylizania talerza. Normalnie tego nie robię, ale ludzie! Czegoś takiego to nawet w niebie nie podają. A ja to jem na ziemi. Dymitr zaczął się ze mnie śmiać.
- Nie czepiaj się. To jest tak pyszne, że ani kropelka się nie może zmarnować.- udałam oburzoną.
- Dziękuję. Bardzo mi to pochlebia.- szczerzył się jak głupi do sera i ja też nie mogłam powstrzymać się od uśmiechu.
Nagle strażnik zrobił coś, czego nigdy bym się po nim nie spodziewała. Wziął swój talerz i... również go oblizał. Wyglądało to tak komicznie, że wybuchłam śmiechem. Zwłaszcza, że zostało mu trochę sosu nad ustami. Gdy skończył wpatrywał się we mnie palącym wzrokiem. - Jestem gdzieś brudna?- zdałam pytanie, całkiem absurdalne, po tym co robiliśmy.
- Sądzę, że tak samo jak ja. Ale zaraz uratuję moją ukochaną od klątwy sosu spaghetti.
Podszedł do mnie i mocno wpił się w moje usta. Z wielką chęcią odwzajemniłam pocałunek, choć byłam pewna, że to nie wiele pomoże na nasze plamy z pomidorów. Przerwał nam klakson, usłyszany przez otworzone okna.
- Chyba nasze drzewka przyjechały.- mąż niechętnie odsunął się ode mnie.
Ja byłam w stanie jedynie kiwnąć głową.

poniedziałek, 31 października 2016

ROZDZIAŁ 308

Nawet nie zauważyłam, kiedy czas mojej pracy się skończył. 
Gdy do sali tronowej wszedł Leo, pożegnałam się zgodnie etykietę strażników i poszłam do naszego mieszkania. Uznaliśmy to jako naszą bazę. Tam mamy się spotkać po służbie i szkole. Po drodze wstąpiłam do pokoju dziecięcego, po nasze skarby. W środku nie było już Jill, za to spotkałam się z opiekunką królewską. Księżniczka nie mogła cały dzień poświęcać nie swoim dzieciom. W dodatku, dla niej również zaczął się rok szkolny.
- Hej Vanessa.- przywitałam morojkę.
- Miło Cię widzieć Rose.- uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie.- Jak tam pierwszy dzień w pracy?
- Nie było najgorzej,- odpowiedziałam, podnosząc synka.- choć coraz bardziej przeraża mnie polityka morojów.
Morojka wzięła dziewczynkę, a ja skierowałam się do wyjścia. Przy drzwiach minęłam się z Ozerą, który pewnie szedł po Rosalie. Oczywiście razem z nim był jego strażnik.
- O śpiący królewicz się obudził?- zaśmiałam się z tego.
Nie byłam już na służbie i z tego korzystałam.
- Jak widać.- odgryzł się.- Hej, Rose. Jak było na radzie?- uśmiechnął się złośliwie.
- O wiele lepiej niż w twoim towarzystwie.
Wyszłam, mijając Dymitra dostatecznie blisko, aby odwdzięczyć się za rano w ten sam sposób. Wiedziałam, że się uśmiechnął, gdy nasze dłonie się dotknęły.
- Dziękuję za pomoc.- zwróciłam się do Vanessy.- Nie musiałaś tego robić.
- Przestań.- machnęła ręką.- Sama byś ich na raz nie wzięła.
Położyliśmy dzieci na podłodze i opiekunka wyszła. W środku czekała już na mnie Lili.
- I jak było?- spytałam.
- Fajnie. Widziałam cię.- powiedziała szczęśliwa.- A u ciebie?
- Sama służba fajna.- usiadłam koło dzieci i zaczęłam się bawić.
- Ale...- siostra przysiadła się obok.
- Ale byłam na Radzie.
Narada królewskiej rady, to coś okropnego. Na początku przedstawiono sytuację społeczną i gospodarczą naszego świata, a Lissa zaproponowała zmiany, aby poprawić wyniki. Ale ci durni, konserwatyści wszędzie szukali dziury i narzekali. Aż pojawił się problem dampirów i wieku w jakim powinni rozpocząć służbę. Myślałam, że temat został już dawno rozwiązany. Sala podzieliła się na trzy części. Jedni uważali, że szesnaście lat to wystarczająca granicą między szkoleniami, a prawdziwym życiem, druga nie chciała żadnych zmian, za to trzecie uważała, że dopiero osiemnastolatek jest gotowy na taką odpowiedzialność, ale szkoły źle ich do tego przygotowują. Osobiście kibicowałam tej ostatniej, ale moje zdanie dla nich się nie liczy, dlatego zna je tylko moja przyjaciółka. W końcu arystokracja nie wytrzymała i zaczęli się kłócić, aż przeszło do rękoczynów. Nie wiem co było dalej, bo musieliśmy wyprowadzić królową, ale najpewniej reszta strażników uspokoiła tłum. I nic nie ustalono. Znowu. Nic dziwnego, że sprawa jest wciąż otwarta. Według mnie, Lissa powinna przygotować projekt, rzucić go przed tymi bałwanami i znać odpowiedź na każde pytanie. Tak, aby wyszło na jej, a równocześnie książęta i księżniczki byli z siebie dumni.
- To genialny pomysł Rose.- usłyszałam entuzjazm mojej przyjaciółki.- Dlatego zawsze się ciebie radzę w trudnych decyzjach. Osoby nie znające się na polityce, myślą jak zadbać o kraj, a nie tylko swój tyłek.
- O, cho, cho!- zaśmiałam się w duchu.- Skąd w głowie królowej takie brzydkie słowa?
- Uczę się od najlepszych.
- Od zawsze wiedziałam, że Ozera to nie najlepsze towarzystwo dla ciebie.
- Weź się od niego odczep.- udała obrażoną, ale po chwili obie wybuchłyśmy śmiechem.- Wracając do tematu, potrzeba nam w rządzie młodych, a nie staruszków.
- Co zamierzasz zrobić?- zmartwiłam się.
- Zmienić budowę rady.- powiedziała beztrosko.
Właśnie tego się obawiałam.
- Liss czy tobie życie nie miłe. Każdy o tym wie, ale rada ci na to nie pozwoli. Co więcej będą urażeni i jeszcze zechcą cię odwołać lub co gorsza zabić.- aż przeszły mnie ciarki.
- Chyba że....- zaczęła, a ja od razu wiedziałam o co jej chodzi.
- O nie, nie, nie! To szaleństwo. Po pierwsze mrok, po drugie, jeśli oni zauważą, co robisz, możesz pożegnać się z karierą królowej i ideom zmieniania świata.
- Mogę rzucić im luźną propozycję, a oni sami wyjdą z inicjatywą, a nikt się zbytnio nie zorientuje, co jest grane.
- Przecież oni doskonale wiedzą co ty umiesz. Będą czujniejsi.- zauważyłam.
- Ale mogę też ogłosić taką propozycję, przed całym ludem.
- Widzę, że już postanowiłaś.- westchnęłam zrezygnowana.- Ale obiecaj mi, że zrobisz to podczas mojej służby przy tobie i wcześniej sto razy się nad tym zastanowisz.
- Zgoda.- westchnęła i wyszła z mojej głowy.
Myślami wróciłam do swojego ciała. Lili bawiła się z Felixem, a Nastka zasnęła na moich kolanach, nieświadomie przeze mnie objęta. Pewnie bardzo rozrabiała i się zmęczyła. Sama byłam trochę śpiąca, ale nie chciałam spać. Położyłam córeczkę na łóżku i z każdej strony zabarykadowałam ją poduszkami. Pogłaskałam ją po brązowych włoskich i ucałowałam czółko. Nagle z kuchni doszedł do mnie huk i płacz chłopca. Szybko tam pobiegłam i go podniosłam.
- Już ciii.... spokojnie, mama jest. Nic się nie dzieje.- tuliłam go do siebie, kołysząc.
Gdy się trochę uspokoił, włożyłam mu do buzi smoczek. Na podłodze zauważyłam metalową puszkę po herbacie.
- O Boże! Przepraszam Rose.- Lili była wystraszona.- Chciałam zrobić nam herbaty, ale musiałam zostawić ją za blisko krawędzi. Przepraszam.
- Spokojnie. Najważniejsze, że nic się nie stało, a na przyszłość będziesz wiedziała, że nie stawia się rzeczy na krawędzi, zwłaszcza gdy ma się dzieci ze zdolnością telekinezy.
Zaczęłam dokładnie oglądać chłopca, ale nic mu się nie stało. Ostatni raz przytuliłam go do siebie i poszliśmy do salonu. Tym razem to ja zajęłam się herbatą, a siostra Felixem. Właśnie zalewałam kubki, gdy ktoś zaczął pukać do drzwi, ledwo je otworzyłam, a już przytuliła mnie Emily.
- Hej, cieszę się, że wciąż tu jesteś.- minęła mnie nawet nie czekając na zaproszenie.- Anna dzisiaj mówiła Mani, że Karolina usłyszała od Adama, kiedy mówił Benowi, że jego kuzynka stała na straży podczas trwania rady, a tam byłaś ty. No No to musiałam dowiedzieć się czy to prawda.
Pokręciłam głową z niedowierzaniem jak te plotki się rozchodzą.
- Tak to prawda.
- O MATKO!- pobiegła do mnie, piszcząc i przytuliła mnie.- Po roku doczekałaś się swojego pierwszego dnia służby! I jak było? Pamiętam swój pierwszy dzień. Byłam tak zdenerwowana, że prawie zaatakowałam ptaka, który z leciał z gałęzi.- zaśmiała się ze swojego wspomnienia.
- Nie, to ja ledwo się powstrzymałam przed zatłuczeniem rady. To co tam się dzieje, to coś okropnego. Ale może zrobię ci coś do picia?- zaproponowałam.
- Może być herbata. Co do zebrania tych starych pierników, to ci wierzę. Nasza królowa jest przez nich strasznie ograniczona, a chce wprowadzić wiele zmian, które są nam niezbędne do odzyskania dawnej świetności.- zrobiło mi się ciepło na sercu, gdy tak mówiła o Lissie. To wiele znaczy, jeśli społeczeństwo ma dobre zdanie o panującej.- Dziewczyna kuzyna dziewczyny mojego brata, rozmawiała z chłopakiem, którego mama...
- Emily,- przerwałam jej stawiając kubek na stoliku i siadając na przeciwko dziewczyny.- mogłabyś przejść do sedna bez tych łańcuszków? I tak nic z tego nie rozumiem.
- O! Jasne!- zaśmiała się i kontynuowałyśmy rozmowę przez kolejną godzinę.

niedziela, 30 października 2016

ROZDZIAŁ 307

Gdy tylko wyszliśmy z garażu, musieliśmy się rozejść. Pożegnaliśmy Lili i ona pobiegła do szkoły. Gorzej było z nami. Nie mogliśmy się od siebie odkleić, aż Dymitr uznał, że pomoże mi zanieść dzieci do pokoju dziecięcego. Mogłabym protestować, że dam sobie radę sama, ale nie chciałam. Liczyła się dla mnie każda najmniejsza minuta z nim spędzony. W drodze przez pałac, nasze dłonie nie rozstały się ani na sekundę. Były mocno ze sobą splecione, jakby następne rozstanie miało być na zawsze. W komnacie była już Jill.
- A ty co tak wcześnie robisz na nogach?- zdziwiłam się. Była dopiero 6:00
- Moi rodzice..., to znaczy mama i John zawsze powtarzali: "Kto rano wstaje, temu pan Bóg daje."- uśmiechnęła się, przytulając mnie.- Hej.
- Cześć.- przywitaliśmy się z nią.
- A co to za słodziaki?- zaglądnęła do naszej spacerówki.- Teraz ciocia się wami zajmie.
- Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczna. Trudno byłoby znaleźć drugą osobę, pełną zaufania i która ma czas.
- Przyjemność po mojej stronie. Kocham te maluchy, takie urocze, że aż żal nie skorzystać.- zaśmiała się.
- Jeszcze raz bardzo ci dziękuję. Bawcie się dobrze i bądźcie grzeczne.- cmoknęłam moje słoneczka w policzki.
Dymitr za to ucałował ich czułka. Pożegnaliśmy się i opuściliśmy pomieszczenia.
- Ja idę tam.- wskazałam w kierunku komnaty królowej.
- A ja tam.- strażnik z uśmiechem pokazał na wyjście. Nasze drogi się pokrywają.
- Odprowadzisz mnie?- spytałam z uśmiechem.
- Z największą przyjemnością. - ukłonił się teatralne, całując moją dłoń.
I poszliśmy. Jednak przy drzwiach komnaty pojawił się ten sam problem, co wcześniej. Dymitr miał służbę przy kompleksie spa, jednak za nic w świecie nie mógł tam dojść. W końcu pocałował mnie tak namiętnie i z miłością, aż mi ziemia z pod nóg zaczęła uciekać, a następnie przytulił mocno do siebie.
- Uważaj na siebie, Roza.- mruknął mi w szyję, bawiąc się moimi włosami związanymi w kucyka.
- Dobrze. Ty też bądź ostrożny.- zaciągnęłam się zapachem wody kolońskiej.
- Dobrze. Ja tiebia liubliu Roza.- odsunął się ode mnie.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- uniosłam się ba palce i lekko musnęłam jego usta.
On pocałował mnie w czoło i odszedł. Nie odwrócił się, ale nie mam mu tego za złe. Mógłby wtedy znowu do mnie podbiec i nasze pożegnanie trwało by długo. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, jakie to musiało być dla niego trudne. Gdy tylko zniknął za drzwiami, po cichu weszłam do komnaty przyjaciółki. Strażnicy spojrzeli na mnie czujnie, ale widząc, że to tylko ja wrócili do poprzednich pozycji. Oprócz Carla Enerdsa, który minął mnie, pozdrawiając skinieniem głowąy i wyszedł, a ja zajęłam jego miejsce. Reszta się nie zmienia. Ze mną jest jeszcze pięciu strażników: Luis Zing, Tom Werty, Jeny Baker, Franklin Aser, Martin Kolins. Więcej na raz nie potrzeba. Może tak dka jasności podam pełen spis moich współpracowników. I tak Lissa wstanie za jakieś pół godziny więc..:
1 Ja, ewentualnie Dymitr,
2 Leo Dans,
3 Martin Kolins,
4 Carl Enerds,
5 Liam Dorke,
6 Ima Geher,
7 Wiki Moniel
8 Zack Zincer,
9 Franklin Aser,
10 Jeny Baker,
11 Tom Werty,
12 Luis Zing.
Proszę, cała dwunastka.
W końcu parze królewskiej obudził się budzik, potocznie zwany ich córką. Pierwsza wstała Lissa, za to Christian zakrył twarz poduszką. Chciałam rzucić jakiś komentarz, ale przypomniałam sobie, że jestem na służbie.
- Hej, słońce.- królowa pochyliła się nad łóżeczkiem z uśmiechem.- zgłodniało się?
Wzięła małą na ręce i poszła z nią do łazienki.
Doskonale rozumiałam jej dyskomfort. Sama nie chciałabym karmić swoich dzieci, gdyby patrzyło na to sześć osób, które nie są najbliższymi przyjaciółmi. Po chwili wróciła i włożyła już spokojną dziewczynkę z powrotem do kolebki. Znowu weszła do łazienki, ale tym razem na dłużej. Wyszła z niej po pół godzinie, ubrana jedynie w szlafrok i bieliznę pod spodem. Christian w tym czasie wstał i wziął z szafy jakieś ubrania, po czym wyminął żonę, w drodze pod prysznic. Lissa jeszcze zajrzała do dziecka i poszła do pomieszczenia na przeciwko łazienki. Dymitr powiedział mi, że w przypadku rozdzielenia małżeństwa, idą za nią trzy osoby, najbliżej drzwi. Ale że to pracownia krawiecka, mają iść same kobiety. Wypadło na mnie i Jeny. A czemu Ozera nie ma osobnej straży? Ma. Ale nie potrzebna mu jest przy strażnikach królowej. Bardziej jest na wyjazdy lub rozdzielenie. Po za tym i Dymitr i jego zamiennik Oscar Leufe mają służbę na terenie Dworu. To znaczy pewnie zaraz któryś z nich się zjawi, bo dzisiaj kochankowie pracują osobno. Poszłyśmy za Lissą i patrzyłyśmy jak ubierają ją w zieloną suknię z gorsetem, białymi falbankami na dole sukni, ciemno zielonymi brzegami i zielonkawym błyszczącym tiulem na rękawach oraz dolnej części kreacji. Do tego założyła chyba szklane pantofle, jednak sądzę, że jest to wygodniejszy materiał. Gdy była gotowa weszła do komnaty fryzjerek. One wyruszyły jej blond włosy i spięły wysoko, także opadły pięknie w szerokim można by pomyśleć nieładzie, ale jeśli się przyjrzy to widać w tym piękną fryzurę. Następny przystanek, to pokój z biżuterią. Jej prywatny jubiler doradzał jej w wyborze, aż wybrała srebrne, wiszące kolczyki z szmaragdem w kształcie łezki, taki sam naszyjnik i bransoletkę. W końcu wróciliśmy do komnaty, gdzie Christian był już gotowy.
- Dzisiaj, po śniadaniu jest rada.- zwróciła się do wszystkich strażników.- Będzie trwała z trzy godziny, choć znając arystokracje, skończy się wcześniej. Następnie idziemy do szkoły na rozpoczęcie roku. Na koniec będziemy w sali tronie do wieczora. Obiad zjemy w podstawówce.
Dymitr tłumaczył mi, że Lissa zawsze uprzedza nas co będziemy robić. Później wyszliśmy na korytarz, gdzie czekał już Dymitr. Starałam się nie zwracać na niego uwagi, ale było to bardzo trudne. Królowa poszła otoczona przez nas. Ja szłam po jej lewej i gdy mijał nas mój mąż, poczułam, że "przypadkowo" musnął ciepłą dłonią, mojej. Pod wpływem tego, nawet jeśli krótkiego kontaktu, przeszedł mnie dreszcz. Zachowując to dla siebie, szłam równo z resztą. I tak rozpoczął się pierwszy dzień mojej służby.

sobota, 29 października 2016

ROZDZIAŁ 306

Obudziły mnie mokre pocałunki, składane na mojej szyi. I tym razem to nie jest tylko moje marzenie. Już dawno nie rozpoczęłam dnia w ten sposób.
- Wstawaj skarbie.- szepnął mi do ucha mąż.
- Jeszcze pięć minut.- wymamrotałam w poduszkę, ale nie wiem czy zrozumiał.
 - Za pięć minut będziemy spóźnieni.- a jednak.
Po chwili gdzieś poszedł. Podniosłam się i przyciągnęłam, ziewając.
- O mamusia już wstała?- do pokoju wrócił Dymitr z maluchami.- Dzień dobry Skarbie.
Podszedł i masz usta złączyły się na dłuższy czas.
- Przecież sam mówiłeś, że trzeba wstawać.- zauważyłam, biorąc na ręce synka.
Dzieci były już przegrane, ale wciąż głodne. W tym czasie zaburczało mi w brzuchu. Zaśmialiśmy się, a brzdące widząc naszą radość, same zachichotały, do końca nie wiedząc z czego.
- Masz pół godziny na zejście do jadalni.- powiedział strażnik, zabierając mi synka.
Podniosłam się i ucałowałam maluchy w czoła, a ukochanego w policzek, po czym zamknęłam się w łazience. Wzięłam szybki prysznic, bo głowę myłam wczoraj, po zabawie z tymi całymi papierami. Jak dla mnie i tak z tym przesadzają. Męczyliśmy się nad tym do północy. Teraz wszystko grzecznie leżało w mojej torebce i czekało, aż je wezmę. Gdy już się umyłam, owinięta w ręcznik, poszłam do garderoby. Mój strój strażniczki wisiał wyprasowany na wieszaku, a buty stały pod nim. Ubrałam się szybko i spojrzałam w lustro, wygładzając czarny materiał. Byłam dumna, że w końcu mogę go założyć i miałam zamiar pokazać, że jestem go godna. Tym bardziej, że ozdabia go czerwony kołnierz, znak szczególny straży królewskiej. Jeszcze tylko związałam włosy i lekko się pomalowałam. Zadowolona wyszłam na korytarz i prawie zderzyłam się z Lili.
- Cześć.- przywitała się, przytulając mnie.
- Hej młoda. Ładnie wyglądasz.- pocałowałam ją w czoło.
Miała na sobie białą koszulę w krótki rękaw, pudrowo-szarą spódniczkę, białe rajstopki i pudrowe półbuty. W uszach zauważyłam różowe kolczyki w kształcie motyli Włosy miała rozczesane z tyłu.
- Dziękuję. Ty za to bardzo elegancko.- zmierzyła mnie wzrokiem.- Nie wiem, jak się uczesać. Pomożesz mi?
- Jasne.- wepchnęłam siostrę do jej pokoju.
Wróciłam jeszcze do naszej sypialni i znalazłam wstążki pasujące kolorem do jej spódniczki. Ucięłam każdej po dwa kawałki i poszłam do młodej.
- Daj mi szczotkę i dwie gumki.- poprosiłam.
Usiadłam na łóżku, a ona między moimi nogami. Zrobiłam jej dwa warkocze dobierane, a na gumkach zawiązałam obydwa kolory wstążek w kokardkę. Rozłożyłam je tak, żeby nie było widać gumki, co bardzo ładnie wyglądało.
- Gotowe.- oznajmiłam.
Dziewczynka pobiegła do łazienki, zobaczyć w lusterku jak wygląda. Poszłam za nią i oparłam się o framugę drzwi.
- To jest wspaniałe.- rzuciła mi się na szyję.- Dziękuję.
- Nie ma za co.- przytuliłam ją mocno.- A teraz chodźmy na śniadanie, bo się spóźnimy w pierwszym dniu.
Schodząc na dół, dotarły do nas krzyki z kuchni.
- Księżniczko zostaw to. Nie ładnie. To jest bee...- Bielikow był wręcz zrozpaczony.
- Idź do jadalni, a ja zobaczę co tam się dzieje.- poleciłam siostrze.
Ta pokiwała na zgodę i ruszyła do szklanych drzwi. Weszłam do kuchni w chwili, gdy Felix wysypał całą kawę z torebki i nabrał trochę jej w rączkę, która już wędrowała do buźki. Szybko podbiegłam i go podniosłam, otrzepując mu proszek z dłoni. 
- Skarbie to, że Nastka sięga po moje kosmetyki, nie znaczy, że ty masz nabierać nawyku tatusia. Oboje macie na to jeszcze czas.- powiedziałam, a chłopiec się roześmiał.
Rosjanin miał na rękach naszą córeczkę, a sądząc po tym, że stali przy miskach, wiedziałam co się stało. Mała pewnie uznała, że Bianka nie będzie miała nic przeciwko, jeśli się poczęstuje jej karmą.
- Roza, jak ty z nimi wytrzymujesz? Spuścić je na sekundę z oka, a już rozrabiają. Zajmę się jednym, to jest problem z drugim.- westchnął zrezygnowany.- Pomożesz?- spojrzał na mnie błagalnie.
- No nie wiem. Jak mówiłam, że to diabełki to było: "Przesadzasz. To aniołki. Nasza mała księżniczka.".- przedrzeźniałam go.
- No i miałaś rację. Nie daję sobie rady. Pomóż mi.- prosił.
- Okey, już w porządku. Zrobiłeś mleko?
- Nie. Zjedzą śniadanie z nami.
- A co jest na śniadanie.- spytałam zaciekawiona.
- Kasza manna.- powiedział dumnie. Jednak po chwili na jego twarzy pojawiło się przerażenie.- O matko! Spali się!
- To poczekaj tu chwilę.- wyszłam z synkiem.
W jadalni włożyłam go do krzesełka i poprosiłam Lili o pomoc. Razem wróciłyśmy do kuchni, gdzie zabrałam mężowi córkę i zrobiłam z nią to samo, co z jej bratem, po czym zajęłam się rozsypaną kawą na podłodze. Kiedy strażnik skończył mieszać kaszę, wlał ją do trzech talerzy i dwóch miseczek dla dzieci. Dodałam Nastce chłodny dżem wiśniowy, a Felixowi brzoskwiniowy. To ich ulubione smaki, o czum dowiedziałam się razem z nimi przez ten długi czas. Reszta dodatków poszła osobno na stół, razem z jedzeniem. Na szczęście krzesełka dla niemowląt w kładce na miski ma wgłębienie, tak aby maluchy nie wyrzuciły jedzenia. Od razu wzięły się za jedzenie rączkami. My również zasiedliśmy do śniadania. Atmosfera była miła. Po jedzeniu Lili pomogła Dymitrowi sprzątać, a ja wyczyściłam rączki i buźki maluchów. Na szczęście śliniaczek uratował ich bluzki, więc miałam mniej roboty. Gdy skończyłam, poleciłam szybki na górę po nasze torby, rzeczy naszych dzieci i plecak Lili. W prawdzie dzisiaj będzie miała tylko rozpoczęcie roku, jednak musi zostać na Dworze, póki nie skończymy pracy i wzięła sobie jakieś zabawki i inne takie. Kiedy zeszłam na dół, Lili zabrała ode mnie rzeczy swoje i bobasów, następnie wychodząc na dwór. Bianka musi zostać, ale jest bardzo mądra i nie ucieka daleko od domu, dlatego ma miski na zewnątrz i tam też jest.
- Skarbie, dzisiaj przyjeżdżają te drzewa, co je zamawialiśmy.- oznajmił mój ukochany, wsadzając maluchy do fotelików z tyłu.
Uznałam, że jedno drzewo i kilka owocowych to za mało, więc przekonałam go do kupienia iglaków. To będą dwa świerki, cztery sosny i jeden srebrny świerk syberyjski na gwiazdkę. Wszyscy wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy na Dwór. Po drodze Dymitr mówił mi, jak mniej więcej wygląda służba u boku królowej, przypominał czego mnie uczył i mówił na co zwracać uwagę.

piątek, 28 października 2016

ROZDZIAŁ 305

I nadszedł ten dzień. Nie wiem, czy mam skakać z radości, czy płakać ze smutku. Obecnie jestem bliżej tego drugiego, chociaż dzielnie powstrzymuję łzy. Jednak poszło to na marne, gdy wtulił się we mnie Łuka.
- Ciocia, pojedzcie ź nami.- szlochał w moje ramię.
- Nie możemy skarbie.
- Diaciego?- zawył.
- Bo ciocia i wuja muszą iść do pracy, a Lili do szkoły.
- Tio my ziostaniemy.
- Wy aniołki musicie wracać do domu, do babci, swoich mam i cioci.- w odpowiedzi uprzedził mnie smutny Dymitr.
Zoja postawiła go w takiej samej sytuacji, co Łuka mnie. Mała podkówka na pulchnych twarzyczkach maluchów, to najbardziej łamiący serce widok. Pawka przytulał płaczącą Lili i sam starał się powstrzymać łzy. Podeszliśmy do nich i wspólnie wyściskaliśmy.
- Będziemy bardzo tęsknić.- zapewniłam obcałowując maluchy i czochrając włosy dziesięciolatka.
- Mi teź ciocia.- Łuka nawet nie myślał wracać.
- Spokojnie słońce, zobaczymy się na święta.- głaskałam chłopca po pleckach.- A teraz musicie już iść, bo wam samolot ucieknie. A mamusie, babcia i ciocia na pewno bardzo tęsknią. No już nie płacz.- poprosiłam, uśmiechając się przez łzy.
Blondynek odsunął się ode mnie i przytaknął. Jeszcze raz mnie przytulił, pocałował w policzek i pobiegł z Zoją do mojego ojca. Pawka też już musiał iść. Zanim odbiegł, Lili przyciągnęła go i cmoknęła w policzek. Oboje się zarumienili. Syn Karoliny pobiegł do reszty i wszyscy nam jeszcze pomachali. Mąż przytulił mnie i razem patrzyliśmy na znikającą grupkę. Zżyłam się z tymi brzdącami jeszcze bardziej, niż byłam, jeśli to w ogóle możliwe. Po chwili wróciliśmy do samochodu. Kierował oczywiście Bielikow.
- Możesz mi powtórzyć, czemu nie mogę prowadzić?- spytałam, patrząc na niego spode łba.
- Ponieważ bardzo mnie kochasz.- uśmiechnął się niewinnie, ale mnie to nie przekonało.- Poza tym, chcę was zabrać na lody. W końcu to ostatni dzień wakacji i waszej wolności.
Od razu się rozpromieniłam. Tak, to ta dobra wiadomość. Jutro spędzę pierwszy dzień z Lissą jako jej strażniczka. Tak oficjalnie.
- Super!- ucieszyła się moja siostra.- Kocham Cię.
- Ej, bo będę zazdrosna!- powiedziałam poważnie, a później wszyscy się roześmialiśmy.
- Oj tak.- westchnął mój mąż.- Umiesz sobie poradzić z konkurencją.
- Muszę innym kobietą pokazać, że jesteś tylko mój. Niech wiedzą, gdzie ich miejsce.- wypięłam dumnie pierś i znowu się roześmiałam.
W końcu zatrzymaliśmy się przy lodziarni. Zajęliśmy pufy w rogu, bo musiałam gdzieś zmieścić maluchy. Posadziliśmy je pomiędzy nami, a Lili usiadła na przeciwko. Zamówiliśmy desery dla siebie i po kilku minutach je dostaliśmy. Jedliśmy, rozmawiając na różne tematy i przesłuchując młodą z wiedzy, jaką przekazujemy jej na treningach. Nagle Anastazja wczołgała się na kolana taty i zaczęła zaglądać mu na stół oraz do pucharka. Rosjanin ułożył ją wygodniej, nabrał na łyżeczkę odrobinę zimnego deseru, następnie dał jej spróbować. Felix, widząc to, za gaworzył obrażony, uderzając rączkami o kanapę. Wzięłam brzdąca na kolana i również go nakarmiłam przysmakiem. Z torby wyciągnęłam im butelki z mlekiem, jedną podałam strażnikowi, a drugą karmiłam synka. Gdy były już najedzone nie żebrały o nasze. Jednak to nie zahamowało ciekawości Nastki. Sięgała po sztućce, serwetki papierowe, wafelki. Gdy już zbadała wszystko na stole, zaciekawiło ją ubranie Rosjanina.
- Nudzi się nasza księżniczka?- spytał ją z uśmiechem, a ona odwdzięczyła się tym samym. Serce mi rosło, gdy na nich patrzyłam. To jaką miłością darzy się cała nasza rodzina jest tak rzadko spotykana, a na co dzień trudno docenić jakie ma się szczęście. Nawet jeśli to stracimy, po pewnym czasie od odzyskania miłości, jest tak jak wcześniej. Zapomina się, że tak łatwo wszystko stracić i zostać samotnym. Teraz czuję, że nie doceniam tego tak jak powinnam, choć tyle razy nasz związek był wystawiony na próbę. Gdybym wiedziała, że tak będzie w najbliższej przyszłości... Ale gdybyśmy wiedzieli o wszystkim, co nas spotka, to nic by się nie wydarzyło, a my byśmy nic nie doceniali. Dymitr nie zwracałby uwagi na piękno wokół siebie, gdyby jako strzyga nie stracił zdolności jego dostrzegania. Ja nie chciałabym za wszelką cenę żyć, gdybym wcześniej nie straciła go dwa razy. A Lili pragnie spędzać każdą chwilę z nami, bo wie jak łatwo stracić bliskich.
-Coś się stało, Roza?- spytał mój ukochany.
- Nie...nie. po prostu się zamyśliłam.- ocknęłam się i zaczęłam jeść lody.
- Właśnie zauważyłem, bo od pięciu minut Felix je twoje włosy, a ty wpatrujesz się w nas z uśmiechem.- zaśmiał się, a ja popatrzyłam w dół.
- Felix!- wyciągnęłam swoje kosmyki z ust synka.- Nie wolno. Gdzie masz smoczek?
Zaczęłam się rozglądać dookoła. Znalazłam go i wsadziłam w buźkę synka. Sięgnęłam do wózka i wyciągnęłam dwie grzechotki, bo gdybym tylko zaczęłam się bawić z brunetem, jego siostra też by chciała. Zawsze tak jest. Ma jedno, drugie też musi mieć. I tak było tym razem. Podałam mężowi jedną, a drugą zabawiałam dampirka. Myślałam o jutrzejszym dniu. W końcu spełni się moje największe marzenie i będę miała służbę przy Lissie. Będę w pełni za nią odpowiedzialna, za jej życie i zdrowie. Po zapłaceniu wróciliśmy do domu. Resztę dnia spędziliśmy na budowie stajni, która wygląda już coraz lepiej. Co do wodospadu, to mamy już kamienie i za dwa dni ma przyjechać ekipa robotników. Zaplanowałam już sobie jak to ma ogólnie wyglądać, Dymitr wie, gdzie poprowadzić wodę i jak to będzie wyglądać. Po obiedzie (przygotowanej przez mojego ukochanego zupie jarzynowa.) pojechaliśmy nad naturalny wodospad. Wróciliśmy wieczorem i trzeba było się szykować na następny dzień. Najpierw z Lili wybrałyśmy jej elegancki strój na rozpoczęcie roku, który oczywiście trzeba było wypracować. Gdy już młoda się wyszykowała, pożegnaliśmy ją i uśpiliśmy dzieci, Rosjanin pomógł mi wypełnić wszystkie dokumenty. Wiem, że wcześniej wypełniałam jego papiery, ale na pierwszą służbę są inne. Deklaracja wierności opiekunowi, informacje osobiste, karta zgodności w sumie sama nie wiem czego i masa innych rzeczy.
- Szlag!- denerwowałam się.- Ile tego jest? Do jutra nie skończymy.
- Spokojnie kochanie.- Bielikow jak zawsze był opanowany.- To tylko tak się wydaje.
- Ale po co to? Nie wystarczy przysięga i znak obietnicy?- odruchowo dotknęłam karku z tatuażami.
- Kiedyś tak było. Ale teraz mamy XXI Wiek. Potraktuj to jako formalności, dzielące cię od przyjaciółki.
- Ale ja uczyłam się walki i zabijania. Nie pisałam się na żadne papiery. Wręcz chciałam od nich uciec.- nie odpuszczałam.
- Och Roza. Ja ci pomogę i skończymy to raz dwa.
- To samo mówiłeś pół godziny temu.- spojrzałam na niego spode łba.
- I mamy już jedną trzecią za sobą. Jeśli się sprężymy, będzie czas na nagrodę.- zamruczał.
- Muszę Cię rozczarować, ale dzisiaj nie możemy.- udałam żal.
- A to czemu?- popatrzył na mnie, zdziwiony.
- Dopiero za dwa dni mam zastrzyk.- przeczesałam palcami włosy, od czoła do szyi.- Więc zabieramy się za tą stertę, bo wcześnie wstajemy, co będzie dla mnie ciężkie.
Wzięliśmy do ręki następne kartki i zagłębiliśmy się w nie.