wtorek, 27 września 2016

ROZDZIAŁ 268

Pierwsze dwie rundy były dla naszych przeciwników. Pierwszą flagę zdobył Dymitr, a drugą, Łuka w zespole z Abem, osłaniany przez Dave'a i Larego. Jednak to było planowane. Dużo ryzykowałyśmy, mając nadzieję, że będą z byt pewni siebie. Ja niestety musiałam dać z siebie wszystko, aby Dymitr nie nabrał podejrzeń. Więc jakie było ich zdziwienie, gdy w następnych rundach, flagi zabrały Janine oraz Zoja z moją pomocą. Tak więc jest remis, dwa do dwóch. Od następnej rundy, zależy kto wygra. Poszliśmy na siebie. Wiki walczyła z Hansem. Jest chyba jakimś początkujący, bo go szybko pokonała. Karolina i Sonia wspólnie powaliły Kaya. Jednak nie miały szans z Larym i Davem. Abe wolał trzymać się zdala od walki i nie zauważonym przejść pod bazę, ale moja matka mu na to nie pozwoliła. Olena po dłuższej chwili pokonała Pawkę, a mój ukochany starł się z Wiktorią. Oczywiście to on wygrał. Zauważyłam biegnącego na mnie Łukę. Złapałam go i zaczęłam łaskotać. Niby dzieci, to trzeba dać szansę, ale to już jest grą o zwycięstwo. Tak samo uważał Dave, który bez skrępowania powalił małą Zoję. Dymitr pokonał Lili, co nie było zaskoczeniem, a później zaatakował moją matkę. Na mnie za to natarli dwaj pozostali strażnicy ojca. Po dłuższej wymianie ciosów, leżeli na ziemi. W drużynie przeciwnej został tylko Bielikow, a u nas.... ja?!
- To teraz się zabawimy Roza.
No to będzie ciekawie. Ode mnie zależy, czy wygramy dzień życzeń, czy przegramy cztery godziny patrzenia jak jedenaście ludzików biega za piłką, a i tak nie dadzą radę. Przypomniałam sobie wszystko, czego mnie nauczył, jego styl, nasze każde starcie na treningach, a przede wszystkim walkę podczas zajęć polowych, gdy pierwszy raz go pokonałam. I miałam zamiar to teraz powtórzyć. Staliśmy mierząc się wzrokiem. Najpierw zaczęliśmy się okrążać, ale w porę zrozumiałam, że chce mnie wyminąć i biec po flagę. Nie pozwoliłam mu i zaczęłam być jego lustrzanym odbiciem. Sama mogłam zrobić to samo, ale nie miejmy złudzeń, nie pokonam go tak. Zostało mi bezpośrednie starcie. Ukochany natarł na mnie. Uniknęłam ciosu i sama zaatakowałam. Jednak on też się obronił. Wymieniliśmy się ciosami. Dymitr był szybki, bardzo szybki. Raz to atakowałam, a raz przechodziłam do ataku. Zdawało się, że strażnik umie przewidzieć każdy mój ruch. Ale ja również go znałam. Próbowałam to wykorzystać. Powtarzałam sobie "już raz go pokonałam". Oboje dawaliśmy z siebie wszystko. Puls mi przyspieszył z wysiłku, a na czole skroplił się pot. Mąż natarł na mnie całym ciałem, a ja jakimś cudem odparłam jego atak, ale się zachwiałam. Poczułam się, jakbyśmy znowu byli na dziedzińcu. I postanowiłam go pokonać tak samo. Tylko, że nie mogłam upaść na ziemię. Bielikow pociągnął mnie na dół, ale ja zawisłam na jego ręce i kucnęłam. Jednak on też pamiętał tę walkę. Gdy chciałam uderzyć go łokciem obronił się. Ale zobaczyłam inną możliwość. Wyprostowałam się błyskawicznie i podcięłam mu nogi. Tego się nie spodziewał. Zachwiał się, a ja go przytuliłam i razem upadliśmy. Usiadłam na nim i patrzyłam z wyższością. Wszyscy klaskali, a Dzieciaki piszczały uradowane i przybiegły mnie przytulić. W oczach Abe'a widziałam dumę i sama byłam zdziwiona, jak bardzo mi na tym zależało. Zawsze chciałam poznać swojego ojca i poczuć się jak córka, z której może być dumny.
- Brawo ciocia.- wolały malce, rzucając się na mnie i przywracając na trawę.
- To było niesamowite.- zachwycała się Lili.
Wstałam i pomogłam wstać ukochanemu. Wtedy on mnie powalił i teraz to ja leżałam pod nim.
- Wieczorem ci się odpłacę.- mruknął seksownym głosem, prosto do mojego ucha.
Przejechałam palcem po jego szyi i zobaczyłam gęsią skórkę. Popatrzyłam mu w oczy, w których zapłonęło pożądanie. Do mnie również dotarły emocje z walki. Tak samo jak rok temu, na dziedzińcu, zapragnęłam być z nim sam na sam. Ale tak samo nie mogłam.
- Już nie mogę się doczekać.- mruknęłam obejmując mu jedną ręką szyję i przyciągając go do siebie.
Pocałowałam Rosjanina delikatnie, ale on pogłębił pocałunek.
- Dobra dzieciaki.- przerwał nam Abe.- Kończcie te Amory, bo musimy za pół godziny wyjechać, jeśli nie chcemy spóźnić się na samolot.
Oboje spojrzeliśmy na mojego ojca, a później wróciliśmy do siebie, pełni pragnienia i pożądania.
- Gdyby nie oni wszyscy, wziął bym cię tu i teraz.- szepnął i podniósł się ciągnąć mnie za sobą.
Te słowa całą mnie rozpaliły. W dodatku uświadomiłam sobie, że nie miałabym nic przeciwko. Wciąż przytulona do boku mojego mężczyzny, próbowałam unormować oddech.
- To kiedy się znowu spotykamy, na nasz dzień?- spytała zaczepnie Sonia.
- Ale ci dała lanie braciszku.- zaśmiała się Karolina.
- Po prostu woli silniejsze kobiety.- zawtórowała jej Wiktoria.
- Dosyć już.- przerwał im Dymitr.- Abe ma rację trzeba się szykować.
- WOW! Skarbie, przyznałeś staruszkowi rację. Trzeba to gdzieś zapisać.- dołączyłam do jego sióstr.
- Bardzo śmieszne Roza. A teraz chodź. Trzeba się odświeżyć po walce.
Nie wiem, czy mi się wydawało, czy w tym zdaniu usłyszałam obietnicę?

poniedziałek, 26 września 2016

ROZDZIAŁ 267

- Dzień dobry wszystkim.- przywitałam się wchodząc do jadalni.
Abe prawie że podskoczył na dźwięk mojego głosy. Jednak szybko się ogarnął i zachował twarz. Janine siedziała i popijała kawę. Nic by nie świadczyło o tym, że do czegoś między nimi zaszło, gdyby nie jej delikatny uśmiech, ukradkowe spojrzenia rzucane ojcu i to, jak moroj ckliwie głaskał jej dłoń. Reszta w spokoju jadła jajecznicę. Pod ścianą, pochylona nad miską stała suczka. Oddaliśmy Soni syna, a sami dostaliśmy dzieci od Karoliny i Wiktorii. Usiedliśmy obok Lili, która dłubała widelcem w swoim talerzu. Wydawało się, że nic nie jadła.
- Coś się stało Lili?- zaniepokoiłam się.
- Nie.- wyprostowała się na krześle i zaczęła jeść.- Po prostu myślę.
- Ciocia nie myśl tyle, bo ci będzie dymek z głowy leciał.- szczerze zmartwiła się Zoja.
Wszyscy zdziwieni popatrzyli na nią, a mała, jakby nigdy nic, wróciła do jedzenia.
- Nie wiem, skąd ona bierze te pomysły.- starsza siostra Dymitra opuściła ręce zrezygnowana.
- Kiedyś jak byłam na spacerze z Ciociom Soniom, to jakiemuś panu leciał dym z ust. A jak jakaś kobieta spytała go co robi, to powiedział, że myśli.
Wszyscy zachichotali.
- A wuja i ciocia zgodzyli sie być śmokami.
- Ale ja dosłam do wniosku, ze nie mogę być zamknienta w wiezy.- oznajmiła Zoja.
- Czemu?- zdziwił się Pawka.
- Bo ksienznicki zamkniente w wiezy nie chodzam do kosmetycek.
- Kobiety.- powiedzieli równocześnie Pawka i Łuka.
- Ona ma rację.- poparła ją moja siostra.
- O Boże. To możesz udawać, że mieszkasz z kosmetyczką.
- Osalałeś?!- mała skrzywiła się.- To nie pzystoi.
- To niech śmoki puscajom cie do śpa raź w tigodniu.- zaproponował młodszy z Bielikowów.
- Nie. To zbyt skomplikowane. A pozia tym, ciemu nie moziemy uratować sie same?
- Bo księżniczki czekają na swoich książąt na białych rumakach.
- Ja nie chcie bialego konia. Som źbit dziewciencie. I nie jeśtem ksiencem, a wojownikiem jak wuja Dimka.- zaprotestował Łuka.
- Ja umiem siama sie obronić.- uznała jego kuzynka.- Tydzen temu pzegoniłam chłopcia, który ziabrał mi śiamochodzik. I kiedyś bede takom wojownickom jak ciocia Rose.- wypieła do przodu pierś.
- Tio jak sie bedziemy bawić?- spytał załamany Łuka.
Wpadłam na pewien pomysł.
- Zrobimy dwie drużyny. Wszystkie kobiety, na wszystkich mężczyzn.- zaproponowałam.- No oprócz naszych dzieci. Pobawimy się w bitwę o flagi. Ogród jest duży. Oczywiście, jeśli pan Abe pozwoli.
- Tak. To świetny pomyślę. Bawmy się.- wołali jedno, przez drugie.- Prosimy!
Cała czwórka wlepiła gałki w mojego ojca.
- No dobrze.- uległ i pochwali był obściskiwany przez całą gromadkę
- Tak!!!
- No już dobrze.- zaśmiał się Abe.
- Dzieci, wystarczy kończyć jeść, bo na zabawę trzeba mieć dużo siły.- upomniała je Karolina.
- Dobrze.- usiadły grzecznie i w ciszy skończyliśmy śniadanie.
Na werandzie ustalaliśmy reguły gdy.
- Więc tak. Dzielimy się na dwie drużyny. Dziewczyny, kobiety i chłopcy, mężczyźni.- zarządziłam.
Jako jedyna znałam zasady bo graliśmy w to z naszą stałą ekipą, w rodzinnym mieście Lissy.
- Ale to nie fair.- zaprotestował Pawka.- Wsa jest osiem, a nas czterech.
- To do bierzcie cobie strażników.- zaproponowała Janine.
- Więc tak. Po obu bokach ogrodu będą tyczki z flagami. Jedna nasza, druga wasza. Muszą się różnić kolorami. Wokół nich zrobimy kółka, nawet liną. To będą bazy. Wygrywa ta drużyna, której zawodnik pierwszy doniesienia flagę przeciwników do swojej bazy. A i każdy ma życia. Umówmy się, że traci się je w chwili, gdy przeciwnik powoli go na ziemię. Wszystko jasne.
- Tak.- przytaknęli.
- Gramy do trzech wygranych.- dodałam.
- Jaka jest nagroda.- spytał mój ojciec.
Wszyscy zaczęli się zastanawiać.
- Jeśli wygramy...- zaczęła moja mama, ale chyba nie miała pomysłu.
- To podczas naszego kolejnego spotkania w tym składzie, zrobicie nam dzień boskości.- wymyśliłam.- Będziecie spełniać każdą naszą zachciankę, wręczać nas we wszystkim, a my będziemy tylko się relaksować i pachnieć.
Wszystkie mnie poparły, poza Oleną. Ona nie lubi nic nie robić.
- Mamo to dobry pomysł. Od zawsze całe dnie myślisz, co komu potrzeba i o wszystkich, tylko nie o sobie. Nawet tutaj coś robisz. Taki dzień ci się przyda i należy. Niech choć raz oni zobaczą, jak to jest pracować w domu, a nie tylko czekać na gotowe.- przekonywały ją córki.
- No zgoda.- odparła.
- A co jak my wygramy?- spytał Pawka.
- Nie musicie się tym kłopotać, bo nie dopuścimy do takiego stanu rzeczy.- odpowiedziałam, a dziewczyny przybiły mi piątki.
- A jeśli my wygramy, zabierzemy was na mecz.- zaproponował Bielikow.
Reszta zaczęła się cieszyć.
- O nie. Tylko nie to.- zaoponowała Karolina.- Ostatnio jak oglądałeś mecz, i to mojej szkoły, wbiegłeś na boisko i strzeliłeś trzy bramki, drużynie przeciwnej.
- Bo ten twój laluś w ogóle nie umiał grać. Nawet nie powinnaś się chwalić, że chodziłaś z kapitanem drużyny, bo aż wstyd. Już siedmioletnie dziecko lepiej grało od niego. Nic dziwnego, że cała drużyna biegała i "Gdzie ta piłka? Gdzie ta piłka?"
- Co było później, spytałam, powstrzymując śmiech.
- Chcieli go w swojej drużynie, ale że był za młody, dostał zakaz oglądania ich meczów, bo jeszcze znowu by tak zrobił.- teraz to z Wiki prawie padłyśmy ze śmiechu. Gdy się uspokoiłyśmy, kontynuowała.- A trzy lata później, gdy poszedł do tego liceum, bez castingu wzięli go najpierw do zespołu, a miesiąc później został kapitanem.
- I to były chyba najlepsze cztery lata w historii szkolnej drużyny. Same mistrzostwa większych miast, aż awansowaliście do mistrzostw juniorów Rosji. Mieliśmy o tym godzinny wykład na w-fie, gdy tylko trener się dowiedział, że jestem twoją siostrą.- przypomniała sobie Wiki.
-Ale niestety zdobyliśmy tylko wicemistrzostwo, bo na meczu, który przepuścił nas do finału, złamałem sobie nogę i nie mogłem zagrać następnego dnia. Trener prosił o przesunięcie terminu, ale nie zgodzili się i przegraliśmy 23:25. Ale i tak chłopaki sobie dobrze radzili.- mój mąż zanurzyć się we wspomnieniach. Jednak zaraz wrócił do rzeczywistości.- A co do nagrody, to nie narzekajcie, bo wy będziecie rozpieszczane cały dzień, a my chcemy zabrać was na cztery godzinny meczu z tydzień.
- To jest bardzo ważne. Będą grali FC Barcelona i Real Madryt. - wtrącił Abe.- Osobiście kibicuję Barcelonie.
- Przecież i tak wiadomo, że wygra Madryt.- podsumował mój ukochany.
- Chyba sobie żartujesz?!- mój ojciec spojrzał na niego krzywo.
- Możecie przestać.- przerwała im Janine.- I tak pewnie będziecie mogli pomarzyć o tym meczu, a pokłócić możecie się później. Lepiej wybierzcie sobie graczy.
- No tak. Weźmiemy Deva, Larego, Hansa i Kaya.- uznał pan domu i zaczęliśmy grę.

niedziela, 25 września 2016

ROZDZIAŁ 266

W oczach ojca widziałam napięcie. Janine stanęła obok mnie i również patrzyła na niego ostro. Abe przełknął ślinę, czekając na cześć dalszą.
- Tylko nie wiem, czy mama powinna przy tym być, bo będę poruszać jej sprawę.
Strażniczka zrozumiała i chciała odejść, ale zatrzymało ją błagalne spojrzenie ojca. Ostatecznie została.
- Powiedz mi, jak to jest, że ciągle siedzisz w tym biurze.- zaczęłam dość spokojnie. Abe chciał się wtrącić, ale mu nie pozwoliłam.- A pomyślałeś co czuje twoja narzeczona? Wprowadziła się tu, mieszka dla ciebie, a ciebie wiecznie nie ma, bo interesy ważniejsze. Po co ci żona, skoro nie masz dla niej czasu. Kiedy ostatnio ją pochwaliłeś, przytuliłeś, pocałowałeś lub kiedy ostatni raz uprawialiście sex?- podniosłam głos.- Chyba sam już nie pamiętasz. Co, myślisz, że jak raz zrobiłeś jej dziecko, widzicie się po osiemnastu latach, odkrywacie, że dalej was coś łączy i postanawiacie razem zamieszkać oraz wziąć ślub, to nic nie trzeba robić?! Miłość sobie istnieje i nie trzeba o nią dbać, tak?! To ja ci powiem, że nie! Miłość jest wieczna, gdy się ją pielęgnuje. A moja matka czuje się przez ciebie zaniedbana i nie kochana. Czemu? Bo dla ciebie nie liczy się nic, po za pracą. To czemu tak bardzo nalegasz na ślub. Pomyślałeś, jak czują się osoby, które cię kochają, a nie mogą na ciebie liczyć. Nie chodzi o mnie, ale o mamę. Kiedy ostatni raz powiedziałeś, że ją kochasz.
Byłam wściekła. Abe patrzył zdezorientowany i w szoku na mnie, po czym przeniósł spojrzenie pełne skruchy i miłości na moją matkę. Podszedł do niej i upadł na kolana, łapiąc ją za ręce.
- Przepraszam, kochanie. Rose ma rację, jestem okropny. Przez pieniądze nie myślę o innych, bliskich mi osobach. Kocham Cię.- pocałował jej dłonie.- Kocham Cię najmocniej na świecie i obiecuję poświęcać ci więcej czasu. Codziennie będę mówił, jak to twoja uroda, onieśmiela gwiazdy i księżyc, jak bardzo jesteś cudowna, jak moja miłość do ciebie nie zna granic. Nie umiem okazywać uczuć, ale nauczę się. I pokaże ci jak bardzo Cię kocham.- podniósł się i wziął Janine na ręce.
Zaczął się z nią kręcić, po czym zaniósł ją do domu. Mama posłała mi wdzięczne spojrzenie, pełne radości i miłości. Ojciec zaskoczył mnie swoim zachowaniem, ale w pozytywnym znaczeniu. Mam nadzieję, że nie będą za bardzo hałasować. Uśmiechnięta wróciłam do domu chwilę po nich. Przez jeszcze kilka minut oglądałam ogród, wyglądający przepięknie o zachodzie słońca. Weszłam do sypialni, gdzie moi chłopcy jeszcze spali. Ostrożnie wróciłam na swoje poprzednie miejsce. Dymitr jakby poczuł moją obecność i objął mnie w pasie ręką. Podsunęłam się wyżej i bliżej niego, a ukochany, położył swoją głowę, na mojej piersi, dodając nogę, na moich, także teraz mogłam pomarzyć o ucieczce. Sama go objęłam i poprawiłam, tak żeby było mu wygodniej. Wtulił się bardziej we mnie, tak samo jak w namiocie, podczas naszej ucieczki. Jednak tym razem się przebudził. Otworzył zaspane oczy, przeciągnął się, ziewając i ścisnął mnie jeszcze bardziej. Dłonią odnalazł brzeg mojej koszulki i zaczął głaskać mój brzuch. To było bardzo przyjemne i odprężające. Nie chciałam być dłużna i drapałam go po głowie, delektując się miękkością jego włosów, na co mój mąż zaczął mruczeć.
- Dzień dobry, Roza.- mruknął patrząc na mnie, pięknymi oczami.
- Dobroye utro (Dzień dobry), tovarishch.- odpowiedziałam, co sprawiło, że uśmiechnął się jeszcze szerzej.- Śpij jeszcze.- poprosiłam.- Dopiero co słońce zaszło, jest ósma rano, a ty do późna przy mnie czuwałeś.
- A zostaniesz przy mnie?- spytał, robiąc słodkie oczka.
Musiał być wciąż zmęczony, skoro nie zaprotestował.
- Nigdzie się nie wybieram.- pogłaskałam go po głowie.
Rosjanin wtulił się we mnie mocno i pocałował mój odsłonięty dekolt.
- Ja tiebia liubliu Roza.- powiedział cicho.
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- również wyszeptałam.
Po kilku minutach, jego oddech się uspokoił, co znaczy, że zasnął. Sama też próbowałam, ale mi to nie wychodziło. Nie zostało mi nic innego jak patrzeć na śpiących Bielikowów. Delikatnie objęłam Łukę i przyciągnęłam do siebie. Chłopiec próbował mnie objąć, ale był za mały, więc po prostu skulił się w pozycji embrionalnej, wtulony w moje ciało. Przykryłam go kołdrą, żeby nie zmarzł i myślałam, co tu porobić. Spojrzałam w górę i po raz pierwszy podziękowałam za półkę, którą przeklinałam, ilekroć uderzyłam o nią głową. Leżały na niej książki. Wyciągnęłam się ostrożnie i sięgnęłam po jedną. Ale mam cela. Ze wszystkich książek, wybrałam akurat coś, co nie jest westernem. To chyba jedyna taka książka. Trafiło się jak ślepej kurze ziarno. Gdy wróciłam do poprzedniej pozycji, strażnik lekko się poruszył.
- Cii... śpij spokojnie.- szepnęłam mu do ucha, na co się jeszcze bardziej wtulił, a na jego ustach pojawił się uśmiech.
Spojrzałam na tytuł książki. "Ania z Zielonego Wzgórza.". Słyszałam o niej, ale jeszcze nigdy nie czytałam. Więc zaczęłam. Bardzo mnie wciągnęła i dopiero w połowie książki się oderwałam, bo poczułam jakiś ruch na sobie. Włożyłam zakładkę, która była w każdej książce u mojego ojca i popatrzyłam na ukochanego. Przyglądał mi się uważnie z uśmiechem. Lubię jak ma dobry chumor.
- Hej.- przywitałam się, znowu ciągnąć rękę do jego włosów. Zamruczał przyjemnie.
- Witaj niebiańska istoto. Nie widziałaś, gdzieś mojej żony? Taka piękna, trochę uparta i nigdy nie czyta książek.
- Dla twojej wiadomości, podczas ciąży zwiększyłam listę przeczytanych lektur.
- Och!- udał zaskoczenie.- A kto cię do tego zmusił?- i zaczął się śmiać.
- Nuda.- zawtórowałam mu.- Wyspany?
- Jak mało kiedy. Jesteś bardzo wygodna.- podniósł się do siadu, przeciągnął i położył na swojej połowie, popierając głowę na ręce, tak by móc na mnie patrzeć.
- Och, dziękuję.- udałam, że zasłaniam rumieniec i znowu się zaśmialiśmy.
- Tylko dziwi mnie, że dzieci jeszcze nie są głodne.- zastanawiał się mój mąż.
- Bo zanim obudziłeś się pierwszy raz, zajrzałam do nich, Lili i jeszcze nawrzeszczałam na ojca w ogrodzie, o psa i zaniedbanie mojej mamy, skutkiem czego, pewnie ostatnie godziny spędzili w sypialni.- skrzywiłam się, gdy wyobraziłam to sobie.- Mam nadzieję, że nie będę miała więcej rodzeństwa.
- Długo nie spisz?- spytał ukochany.
- Od jakiejś siódmej.- wzruszyłam ramionami.
- To może wstaniemy i zobaczymy, kto jeszcze jest na nogach.
Pokiwałam głową na zgodę. Uwolniłam się z objęć siostrzeńca, a Dymitr zaczął go budzić.

ROZDZIAŁ 265

Rano obudziłam się przed naszymi budzikami. Byłam wyspana, może to dlatego, że wcześniej jeszcze trochę spałam. O dziwo wstałam nawet wcześniej od męża. Spojrzałam na niego. Słodko wygląda kiedy śpi, ale tak rzadko mam okazję się o tym przekonać. Wargi miał lekko rozchylone, aż musiałam się powstrzymać, zeby nie musnąć ich palcami, a co dopiero ustami. Poczochrane włosy wiły mu się na brzegach buzi, prosząc się o zsunięcie na poduszkę. Po mojej drugiej stronie spał Łuka. Następny słodziak. Okazało się, że trzyma moją rękę i mocno się do niej przytula. Jednak nie na tyle mocno bym czuła się uwięziona. Pomyślałam, że jeśli zajrzę do dzieciaków, chłopcy i ogólnie wszyscy domownicy bardziej się wyśpią. Ostrożnie wyplątałam się z objęć chłopca i wyszłam z łóżka. Maluch poruszył się niespokojnie i myślałam, że się obudzi, ale on tylko obrócił się na drugą stronę i spał dalej. Poszłam do pokoju naprzeciwko i zajrzałam do dzieci.
- Co maleństwa? Zdziwione, że nie obudziły mamusi?- podniosłam Felixa i usiadłam na bujanym fotelu, aby go nakarmić.
Gdy się najadł, położyłam go w łóżeczku i wzięłam Nastkę. Zaczęłam się zastanawiać, co się stało wczoraj i jaka byłam przez okres ciąży. Nie chodzi mi o uzdrowienie łani, tylko to jak się zachowałam, gdy ją zobaczyłam i później. Przecież ja rzadko płaczę, a jednak przez ostatnie dziewięć miesięcy zdarzało mi się to częściej niż powinno. Nie spodobało mi się to. Czemu nagle stałam się taka wrażliwa i delikatna? Do cholery! Ja muszę zabijać. Może za jakiś czas mi to przejdzie? Mam nadzieję. A jeśli nie, będę wyżywała się na manekinach, póki nie nauczę się na nowo zabijać. Nie mogę pozwolić, aby odwołali mnie ze służby. Moja matka nadal jest strażniczką, chociaż nie wiem, jak to z nią było. Skończyłam karmić małą i włożyłam ją do łóżeczka. Oboje przykryłam i dałam pluszaki, które im wypadły.
- Teraz leżcie dzieci i nie budźcie innych, a ja zajrzę do cioci Lili. Tylko ciii.. Bo zepsujecie niespodziankę.- miałam nadzieję, że to je powstrzyma przed płaczem.
Wyszłam z ich pokoju i zajrzałam do sypialni Lili. Pies na łóżku od razu podniósł głowę, a ja przyłożyłam palec do ust. Trochę pomerdał ogonem, ale stracił zainteresowanie i przytulił się do swojej pani. Ta spała w połowie odkryta i coś się we mnie odezwało, co kazało mi podejść i ją poprawić. Gdy to zrobiłam wyszłam na korytarz, cicho zamykając drzwi.
- Ładnie to się tak składać?- aż podskoczyłam na głos matki.
- Ja chciałam tylko sprawdzić co u dzieci i Lili.- nagle o czymś pomyślałam.- Abe śpi?
- Nie.- kobieta potarła dłonią czoło.- Od dwóch godzin załatwia jakieś sprawy w gabinecie. Powoli mnie to meczy. Interesy są dla niego najważniejsze.
- A dla ciebie służba.- zauważyłam z przekąsem. To mi się rodzina trafiła.
- Ale mam czas dla niego. W przeciwieństwie do twojego ojca.
- W takim razie nie zaszkodzi, jeśli na chwilę zrobi sobie przerwę.
Nie słuchając odradzeń mojej matki, weszłam do gabinetu bez płukania. Ojciec rozmawiał przez telefon. Gdy mnie zobaczył, zakrył mikrofon i zwrócił się w moją stronę
- Coś się stało, Różyczko?- w tym samym czasie przez drzwi weszła Janine.
- Nie, ale musimy porozmawiać.- położyłam ręce na biodrach.
- A to ważne córuś? Jestem teraz lekko zajęty, przyjdź później.
- Tak to bardzo ważne.- oparłam dłonie o jego biurko i popatrzyłam na niego jadowitym wzrokiem.- Albo teraz grzecznie pożegnasz się ze swoim rozmówcą, albo wyrzucę tą twoją komórkę przez okno, tak daleko, że nigdy jej nie znajdziesz.- syknęłam.
Abe patrzył na mnie w szoku i szybko powiedział kilka zdań w obcym języku, zaśmiał się i odłożył komórkę. Chyba domyślił się, że nie żartuję. Poprawił sobie krawat i usiadł na krześle po swojej stronie.
- Więc co jest takie ważne?- spytał z lekkim grymasem.
- Nie mam zamiaru rozmawiać z mafiozem, czy też szefem korporacji, wynajmującej zabójców, tylko ojcem. I nie tutaj, gdzie wszyscy śpią, pomijając fakt, że ty też powinieneś. Idźmy gdzieś, gdzie nikt nas nie usłyszy.
- To możemy do ogrodu, daleko od domu?- mi się wydaje, czy on jest zestresowany.
Wyprostowałam się, podniosłam dumnie głowę i wyszłam, nie czekając na rodziców. Wiedziałam, że idą za mną. W ciszy wyszliśmy do ogrodu i po jakimś kawałku, Abe podbiegł do mnie.
- To o czym chciałaś rozmawiać.
- Nie tu.- warknęłam.
- Może nie tym tonem, młoda panno.- upomniał mnie, a ja stanęłam w miejscu.
- Jestem na ciebie wściekła, więc jeśli nie chcesz, aby domownicy mieli widowisko, nie pouczaj mnie.- ostrzegłam i ruszyłam dalej. Uznałam, że jesteśmy odpowiednio daleko, w sadzie. Zatrzymałam się i oparłam o jedno z drzew. Staruszek zrobił to samo, naprzeciwko mnie. Jednak wtedy ja podeszłam do niego i zaczęłam krzyczeć.
- PIES?! Czy ty sobie żartujesz?! Mogłeś chociaż nas uprzedzić, lub spytać o zdanie! Nawet nie mieliśmy domu przygotowanego! Wiesz ile to obowiązków?! A my mamy jeszcze małe dzieci! Pilnowanie, żeby nigdzie nie nasikał, szczepienia, mycie go! Nie robi się takich prezentów! Jak chciałeś uszczęśliwić Lili, to powinieneś nas uprzedzić, żebyśmy byli z Dymitrem przygotowani na to! A ty co? Robisz sobie samowolkę i dajesz jej psa! A pomyślałeś, co będzie, gdy na przykład będziemy musieli pojechać na misję?! Albo gdy oboje będziemy na służbie. Pies to obowiązek, a nie tylko zabawa. Ale co ty możesz wiedzieć? Dla ciebie jest to tylko kupić, tak? Wydać swoje pieniądze, które mają nieskończoną ilość zer na końcu, dać problem innym i cieszyć się, jaki to nie jest dobry tatuś, bo umie operować milionami, a co się dzieje później, to już go nie obchodzi! Ich sprawa! Bo miałem taki kaprys! Masz szczęście, że Lili go pokochała i jej go nie zabierzemy! Ale zapamiętaj, żeby o takich rzeczach z nami rozmawiać!- zakończyłam swój monolog.
Cale napięcie ze mnie zeszło i poczułam się o wiele lepiej. Zadowolona z siebie, oparłam się o to samo drzewo i z wyższością oraz złośliwym uśmieszkiem patrzyłam na ojca. Abe był przerażony moim wybuchem. Widziałam strach i skruchę w jego oczach. Wyprostował się i poprawił krawat, przełykając ślinę.
- Nic dziwnego, że Bielikowa nie da się zastraszyć.
- W końcu Ibrahimie to nasza córka. Pomieszanie naszych wybuchowych charakterów. Mi nie raz dała w kość.
- No cóż. Z trudem przyznaję, że nie pomyślałem o tym. Zapamiętam na przyszłość. Czy to wszystko, bo chciałbym wrócić do pracy?- nie czekając na odpowiedz, odwrócił się.
- O tym, też chciałam z tobą porozmawiać.- zatrzymał się i wolno wrócił pod drzewo..

sobota, 24 września 2016

ROZDZIAŁ 264

Obudziłam się o wiele bardziej wypoczęta niż kiedykolwiek od ostatniego miesiąca. Przeciągnęłam się, szukając męża, ale go nigdzie nie było. Rozejrzałam się dookoła. Pokój był znajomy, ale nie mogłam sobie przypomnieć skąd. Uspokoiło mnie to, że jestem w ubraniu. Wróciły do mnie wspomnienia z... no właśnie, która jest? moją uwagę przykuł nagły ruch i zobaczyłam męża, wstającego z fotela.
- Jak się czujesz Roza?- spytał z troską, siadając na brzegu łóżka.
- O wiele lepiej bym się czuła, gdybyś był tu ze mną.- odpowiedziałam unosząc się na łokciach.- Ile tak spałam?
- Skoro masz siłę na żarty, to znaczy, że dobrze.- zaśmiał się.
- Ale to nie był żart.- udałam obrażoną.
- Wiem, skarbie, ale nie mogło mnie tu być, bo musiałem wszystko wytłumaczyć twojemu ojcu. A później wolałem na ciebie popatrzeć. Bałem się, że zasnę, a wiedziałem, że będziesz chciała porozmawiać.
- To teraz wytłumacz to mi. Jak siedmiotygodniowe dziecko mogło uzdrowić śmiertelnie ranną sarnę? Co one jeszcze potrafią?
- Nie wiem Roza, ale cokolwiek się będzie działo, będę przy tobie.- ukochany przytulił mnie do siebie, a ja objęłam go w pasie.
- Kocham Cię, towarzyszu.
- Ja ciebie też Roza. A teraz chodź coś zjedz.
- Dobrze, tylko powiedz mi ile tu jestem.
- Śpisz od ośmiu godzin.
- To długo.- nagle coś mi się przypomniało.- A co z dziewczynami i dziećmi? Już pojechali?- posmutniałam na myśl, że się z nimi nie pożegnałam.
- Spokojnie, jeszcze są. Przebukowali sobie bilet na rano, żeby móc się z tobą pożegnać.
- Och! Nie musieli sobie robić problemu.- jednak zrobiło mi się jakoś tak ciepło na sercu, że chcieli na mnie poczekać.
- To żaden problem. Po za tym dzieciaki uparły się, że nigdzie nie pojadą, bez pożegnania z tobą.
Zaśmiałam się. One są kochane. Nagle ktoś wbiegł do pokoju. O wilku mowa.
- Ciocia Lous, Ciocia Lous.- wolał Łuka, podbiegając do łóżka z jakąś kartką.
- A na dole już tak pięknie mówiłeś "r".- Bielikow podniósł blondynka.
- Rrrrrrrrrry.- pochwalił się chłopiec.
- To powiedz ciocia Rose, a cię do niej puszczę.
- Ciocia Rlous. Ciocia Lrous. Ciocia Rose.- mały się ucieszył, gdy wylądował na moich kolanach.
- Pięknie skarbie.- pocałowałam go w czułko.
- Ciocia, a ja źrobiłem rysiuńek.- podał mi kartkę papieru.
Było na niej dużo ludzików. Mały zaczął pokazywać i mówić, kto kim jest.
- To jeśt mama, to babcia, to ciocia Karolina z Pawkom i Źoją, to wujek Dimka i ti ciociu z Anaśtaźjom i Feliksiem i Lili. Lili jeśt kolo Pawki bo kiediś babcia mówiła, ze na pewna beda sie kochać tak moćno jak ti i wuja. A to pań Abe i jego dźewcyna. To twoja mama?
- Tak aniołeczku.- dziwnie zabrzmiało nazywanie jej czyjąś dziewczyną. 
- Nie jeśt do ciebie podobna. Baldzej pan Abe.
- Czemu tak uważasz?- wtrącił się mój mąż.
- Bo ma takie siame wlosy i ogólnie som podobni. Ja nie zniam śwojego taty.- posmutniał.
- Ja nie znałam go osiemnaście lat.- powiedziałam.
- A niekiedy lepiej nie znać swojego ojca.- w głosie Rosjanina dało się wyczuć smutek, żal i złość.
- Ciemu?- zapytał malec.
- Bo twój dziadek był bardzo nie dobry i bił babcię. Nie chciałbyś go poznać.
- Tio nie wsysci sią tak zakochani jak ti i ciocia.
- Niestety nie każdy ma takie szczęście. Ale teraz nie męczmy cioci, bo na pewno jest bardzo głodna.- mój ukochany wstał i wziął malucha na barana.
- O tak! Ciocia jest głodna.- wstałam, założyłam buty i wyszliśmy razem z pokoju.
- Wuja? A pobawiś się ź nami. Źoja źgodziła się być księznićką w wiezi, Pawka moim giemkiem,a ty moźeś być straaaaasnym śmokiem.
- A czemu ja mam być smokiem?- udał oburzenie.
- Bo jeśteś niepokońani. Alw ja cię pokońiam.- chłopiec wypiął do przodu pierś.
- A co ja będę robić?- spytałam.
- Ti ciocia mozieś paceć na moje zwycieńśtwo i bić brawo.
- A może ciocia będzie drugim smokiem, pilnującym w wierzy Lili, którą będzie musiał uratować Pawka.- uśmiechnął się strażnik.
- Tio nie fier.- obruszył się.
- A to czemu?- zdziwiłam się.
- Bo Pawka jeśt stalsy, a bedzie mieć śłabsiego pźeciwnika.
- Ej, nie jestem wcale słabsza. Dwa razy pokonałam wuja.- broniłam swojego honoru.
- A ile raźy wuja pokońiał.
Nie odpowiedziałam, a ukochany zaczął się śmiać.
- Śpokojńie ciocia. Kiediś bedzieś tak siamo dobria ćo wuja.- pocieszył mnie blondynek.
- O nie! Ja będę lepsza niż wuja.- zawołałam, gdy weszliśmy do kuchni.
Nikogo oprócz nas nie było. No tak jest środek nocy.
- Usiądź Roza.- polecił mi ukochany, sadzając Łukę na krzesełku do karmienia.
Chciałam zająć miejsc naprzeciwko chłopca, ale mi nie pozwolił.
- Tu ciocia.- pokazał na krzesło najbliżej siebie.
- Dobrze.- usiadłam tam gdzie mi polecił.
Dymitr krzątał się po kuchni, ogrzewając coś z lodówki. Już po chwili po kuchni rozniósł się zapach sosu pomidorowego.
- A tak właściwie, to czemu nasz rycerz nie śpi?- spytałam, czochrając malca po blond czuprynie.
- Bo jeśt dzień. Mama śpi, ale ja nie mogę. I obiecali mi, ze jeśli śie zgodziś, bede mógł z tiobom i wujom śpać. Bede mógł?- popatrzył na mnie błagalnie.
- Jeśli wuja nie będzie miał nic przeciwko.
Oboje popatrzyliśmy na Rosjanina. Czując nasze spojrzenia, odwrócił się, oblizując łyżkę. Gdyby miał na sobie tylko bokserki... O czym ja myślę? Boże, obok jest dziecko.
- Dobrze, tylko nie wiem, czy ciocia zaśnie, jeśli ledwo co wstała.
- To moziemi się pobawić. Zioja teź nie mozie śpać.- zaproponował wesoło chłopiec.
- Nie jestem pewna. Założę się, że wuja przez cały czas nie spał.
- Rose.- odwróciłam się na dźwięk znajomego głosu i wstałam, w ostatniej chwili, aby chwycić w ramiona przyjaciółkę.- Tak się o ciebie martwiłam. To co się stało, widziałam wszystko. Nie mogłam nie przyjechać.- uprzedziła moje pytanie.
- Spokojnie Liss, nic mi mie jest, a ty w swoim stanie powinnaś zostać i się oszczędzać.- pouczyłam ją.
- Wiem, ale nie mogłam. Ty na moim miejscu zrobiłabyś to samo.
Musiałam przyznać jej rację.
- Dziękuję, że jesteś.- przytuliłam ją.- Co nie znaczy, że to popieram. Hm.. chyba wiem jak czuje się Dymitr.- zaśmiałyśmy się.
- To znaczy, że teraz będziesz się mnie słuchać?- ukochany objął mnie w pasie.
- Nie liczyłabym na to towarzyszu.- teraz roześmialiśmy się wszyscy.- A czy lord od siedmiu boleści Ozera, jest z tobą.- spytałam, wracając na swoje miejsce.
Dymitr nałożył na talerze spaghetti, położył przed każdym i usiadł naprzeciwko mnie. Lissa zajęła miejsce po mojej prawej, przy Łuce i zaczęliśmy jeść.
- Nie.- posmutniała.- Musiał coś załatwić.
Zmartwiłam się tą nagłą zmianą jej nastroju. To nie mogło być spowodowane tylko jego nie obecnością tutaj. Sprawdziłam jej wspomnienia. Okazało się, że Christian ma dla niej coraz mniej czasu. Ciągle coś załatwia. Z jednej strony pomaga jej i obciąża ją z obowiązków, ale z drugiej morojka czuje się zaniedbana. Oj będę musiała z nim porozmawiać.
___________________________________________________________
Mam nadzieję, że wam się podoba. Wczoraj bardzo miło mnie zaskoczyliście. Przez ostatnie dni były po dwa, góra trzy komentarze, a wczoraj sześć, dzisiaj siedem. Rozumiem, że spadek wywołany był szkołą i prz tym zostanę. Dziękuję wam bardzo. Kocham was💖💖💖💖
Chciałabym wam jeszcze zareklamować nowego bloga. Należy do mojej koleżanki. Nie jest kontynuacją AW. W sumie sama nie wiem, o czym jest.😂😂😂 Jeśli kogoś zainteresuje, zapraszam.
http://rosetka009.blogspot.com/?m=1

ROZDZIAŁ 263

Ja wzięłam Nastkę, a mój mąż Felixa.
- Hej, Abe...- usłyszała z boku, ale nie przysłuchiwałam się rozmowie.
Nastka rozglądała się dookoła, gdy delikatnie podskakiwałam z nią, dopóki jej wzrok nie padł na konającą łanię. Wyciągnęła do niej rączki krzycząc.
- Nie skarbie. Tam nie pójdziesz.
Popatrzyła mi w oczy. Nie wiedziałam co zrobić. Ta sarna jeszcze żyje. Ledwo. Nie lepiej byłoby skrócić jej cierpienie. Znowu popatrzyłam na córkę. Nie spuszczała ze mnie wzroku. Podeszłam do sarny i schyliłam się. Anastazja wyciągnęła do niej rączkę.
- Dobrze, to czekamy.-mój ukochany skończył rozmowę.- Twój ojciec przyjedzie za... Roza co ty robisz?!- krzyknął wystraszony.
Jednak nie zareagowałam. Nie wiem czemu. Pochylałam się patrząc ślepo przed siebie. Rosjanin chciał podbiec i zabrać mi córkę, ale nie zdążył. Gdy mała rączka dotknęła ciała rannego zwierzęcia czas jakby się zatrzymał, a ja poczułam się, jakbym była zahipnotyzowana i nagle ktoś pstryknął mi przed nosem. Szybko się podniosłam, a obok nas stanął Bielikow. Byłam pewna, że będzie na mnie krzyczał, ale przeszkodziło mu to, że... sarna wstała. Patrzyliśmy w szoku na jeszcze przed chwilą chwilę martwą łanię. Podeszła, polizała naszą córkę i pobiegła w las.
- CO TO BYŁO?!- pierwsza się odezwałam.
- Czy... to.... ona....jak?- pierwszy raz widzę Dymitra w takim stanie. Nie umiał skręcić ani jednego zdania.
- Nasza córka właśnie uzdrowiła ranną sarnę.- podsumowałam.
- Ale czemu Roza do niej podeszłaś?- patrzył na mnie wystraszony.
Już chciałam odpowiedzieć, ale zrozumiałam że nie umiem.
- Nie wiem.- pokręciłam głową, patrząc ślepo przed siebie.- Nie umiem tego wytłumaczyć. To tak jakbym nad niczym nie panowała. Popatrzyłam w oczy Anastazji i coś mi mówiło, że muszę to zrobić. Byłam jak w transie.- spojrzałam ze strachem na ukochanego.- Co się stało?
Widząc w jakim jestem stanie, wzrok mu złagodniał. Wsadził Felixa do samochodu, a następnie zabrał mi małą i z nią zrobił to samo. Następnie mnie przytulił i tak trwaliśmy. Mąż głaskał mnie po włosach, co jakiś czas całując czubek mojej głowy. Nie płakałam. Potrzebowałam tylko jego bliskości.
- Dziecko obezwładniło mój umysł, tylko na mnie patrząc. Lissa nawet tego nie potrafi, a ona zrobiła to z taką łatwością. Jestem bezbronne.
- Spokojnie Roza. One nie są zwykłe. Mam wrażenie, że to mała część ich tajemnicy. Ale musimy je nauczyć to dobrze wykorzystywać. Tak jak teraz. Pomogła zwierzęciu.
- Ona powinna umrzeć, a pobiegła w las.- wciąż byłam w szoku.- Myślisz, że władają mocą Ducha?
- Gdyby nie ta magia, nie byłoby tu dziś ciebie, mnie, ani naszych dzieci. Ale wątpię. Nie są morojami. Mogą umieć inne rzeczy.
- Boję się.- przyznałam.
- Naszych dzieci?- spytał zaskoczony.
- Nie. Tego wszystkiego. Nasze życie toczy się tak szybko. Za szybko. Ja chciałam tylko być strażniczką swojej przyjaciółki, a później jeszcze być z mężczyzną swojego życia. Ale to za szybko. Nie mam nawet dwudziestu lat, a już jestem matką. Ja sobie z tym nie radzę. To za dużo.- nie zauważyłam, kiedy z moich oczu zaczęły lecieć łzy.
- Cii... Roza. Spokojnie. To normalne po ciąży. Spokojnie, jestem tu. Wszystko będzie dobrze.
- Jestem beznadziejna. Nawet dziecka nie umiem przypilnować. Nie nadaję się. Jestem za młoda, nie odpowiedzialna i nic nie umiem sama zrobić, a ty mnie zostawisz, bo pokochasz kogoś innego.- szlochałam.
- Roza... Roza popatrz na mnie.- podniosłam głowę. Strażnik patrzył mi głęboko w oczy, ocierając moje łzy.- Nie jesteś beznadziejna, jesteś cudowna, dojrzała, wspaniała i nigdy nie pokocham nikogo innego oprócz ciebie, dzieci i reszty naszej rodziny. Ale przede wszystkim ciebie. Kocha cię skarbie, nie ważne co by się stało. Rozumiesz, Kocham Cię. I nie chcę nigdy więcej tego od ciebie słyszeć. Tyle razy ci to powtarzałem. Jesteś jedyną na całym świecie, którą chcę tylko dla siebie i nikt inny mi cię nie zastąpi. Dlatego, jeśli ty odejdzie, zabierzesz ze sobą moją duszę, sens życia i całe życie. Nie wypuszczę cię nigdy od siebie i zawsze cię znajdę. Bo jesteś moja Roza. Tylko moja.- sam zaczął płakać i wtulił się we mnie.
Jego słowa sprawiły, że jeszcze bardziej się rozpłakałam. Bielikow klęczał by do mnie dosięgnąć i ja sama teraz opadłam na kolana. I tak kucaliśmy wtuleni w siebie.
- Dymitr.- odezwałam się po chwili.
- Tak Różyczko.- popatrzył na mnie czerwonymi oczami.
- Kocham Cię. Przepraszam za to po prostu...- zaczęłam się tłumaczyć, ale mi przerwał. I dobrze, bo i tak nie wiedziałam co powiedzieć.
- Już nic nie mów. Najważniejsze, że jesteś ze mną. Kochasz mnie?
- Całym sercem.
- Też cię kocham. Najmocniej na świecie.- pocałował mnie namiętnie, przekazując całą swoją miłość.
- To kiedy ma przyjechać mój ojciec.- spytałam, gdy zaczęliśmy się podnosić.
- Za jakieś dziesięć minut.- nagle się zachwiałam i gdyby nie mąż, upadła bym.- Rose,  co się dzieje?
- Nic nic. To pewnie od tej histerii.- zrobiło mi się głupio, że zrobiłam takie przedstawienie.- Przepraszam, nie wiem co we mnie wstąpiło.
- To już nie ważne. Ale widzę, że coś się dzieje.
- To pewnie od zmęczenia.
Na raz poczułam się zmęczona, tak, ze mogłabym zasnąć na stojąco. Znowu zaczęłam upadać, a ukochany wziął mnie na ręce i zaczął nieść w stronę samochodu.
- Jesteś zmęczona?- zdziwił się.
- Tylko trochę.- ziewnęłam, zamykając oczy.
- Trochę?- w jego głosie słyszałam po wątpienie i wiedziałam, że mi nie uwierzył.
- No może trochę bardzo. Jestem wykończona, jakby ktoś zabrał mi całą energię.
Prawie zasypiałam, ale nie mogłam. Nie wiem, czemu. Poczułam, że Dymitr kuca
- Myślę, że ten ktoś siedzi w aucie. Tak skarbie, zobacz jak wyleczyłaś mamusię.- nie mogłam się nie uśmiechnąć. Usłyszałam też chichot i gaworzenie dzieci.- Roza, spisz?
- Nie.- wyjęknęłam z trudem.- Choć bardzo chcę.
- Spokojnie, już widzę światła. To twój ojciec.
Po chwili usłyszałam hamowanie samochodu i zamykane drzwi.
- Bielikow, co się dzieje?- rozpoznałam głos staruszka.- Mówiłeś, że oprócz sarny nikt nie ucierpiał. Więc co jest z moją córką? Poczułam, że strażnik kładzie moje plecy sobie na kolanach i uwalnia jedną rękę. Usłyszałam, że odpina pasy, podnosi nosidełka z dziećmi i przenosi je.
- To dość trudne do wyjaśnienia. Rose jest cała, tylko zmęczona. Wszystko opowiem na miejscu. Weźcie dzieci, a ja wolę zostać z nią w tym samochodzie.- odezwał się. 
Następnie podniósł mnie i położył na tylnym siedzeniu.
- No dobrze. Weźmiemy was na holowanie.- westchnął Abe i usłyszałam kroki.
Następne należały do mojego męża. Otworzył drzwi i usiadł obok. Podniósł moją głowę i położył na swoich kolanach,głaszcząc mnie po całym boku.
- Śpij Roza.- szepnął mi na ucho.
-Yhym...- tylko na tyle było mnie stać.
Poczułam lekkie kołysanie, co świadczy o tym, że jedziemy. Obecność ukochanego, jego dłoń sunąca w tą i z powrotem po moim ramieniu, a zwłaszcza włosach, do których miał ogromną słabość, zapach wody kolońskiej i słodki dźwięk rosyjskich słów z ojczystym akcentem bardzo skutecznie mnie odesłało w objęcia morfeusza.

piątek, 23 września 2016

ROZDZIAŁ 262

Patrzyłam na ogród i już to widziałam. Fajnie by było gdyby po lewej, gdzieś tak dwadzieścia metrów od domu stał staw, otoczony kwiatami w kamieniach. Na przeciwko tego, po drugiej stronie drzwi do domu, będzie stał basen. Między nimi sto metrów od domu będzie plac zabaw. To jakieś dziecię metrów od domku na drzewie. Kwiaty przy samym domu i porozrzucane na grządkach w różnych miejscach. Drzewa owocowe po prawej. Po lewej jakiś kawałek od stawu, bieżnia i sala treningowa. wszystko zaczęłam umieszczać na kartce. Stajnia jeszcze dalej na lewo. Pięć metrów od drzwi, stolik, a odwrócona do niego przodem, kilka metrów na prawo, duża huśtawka. To za nią będą kwiaty. Składzik na narzędzia między huśtawką, a basenem jeszcze bardziej za nimi. A daleko z tyłu, osłonięta różnymi drzewami duża polana z kwiatami, pergolą z różami i małym oczkiem wodnym. To będzie coś pięknego.
Spojrzałam na swój plan. Nie był idealny, ale mi się podobał. Nagle dzieci zaczęły płakać. Podeszłam do nich, podniosłam Nastkę, posadziłam ją w wózku, a obok niej brata i zaczęłam się z nimi bawić. Nagle na biodrach poczułam ręce.
- Co tam aniołki?- mój mąż pochylił się do dzieci przez moje ramię.- znudziły się zabawki i męczycie mamusię?
Oboje się zaśmiali. Dziewczynka wyciągnęła do przodu rączki i uderzyła w brzeg, ciągle się uśmiechając. Dymitr podniósł ją i usiadł po turecku na ziemi. Mała rozglądała się wszędzie i wyginała, gdy strażnik położył ją sobie na nogach, brzuchem do góry. Też usiadłam z Felixem, ale go po sądziłam, między udami. Chłopiec oparł się o mnie, a rączki położył mi na skrzyżowanych łydkach.
- I jak Roza?- spytał mąż.
- Mam już względny plan. Ale o tym później. Bo telaź cieba po ciocię Lili jechać, prawda?- ostatnie zdanie powiedziałam do synka, który patrzył na mnie pięknymi oczkami, tak podobnymi do moich.
Z mężem podnieśliśmy się i włożyliśmy dzieci do wózka. Wróciliśmy do mieszkania, gdzie się umyliśmy i przebraliśmy, bo cali byliśmy brudni od pracy. Później umyliśmy dzieci i je przebraliśmy w ubranka od naszych rodziców. To znaczy jedno, niebieskie od Abe'a z napisem "Tata wie duża, ale dziadek wie więcej.", a beżowe od Oleny, mówiące, że " nie ma fajniejszego miejsca na mapie, niż na rękach u babci na kanapie.". Postanowiliśmy, że pies pojedzie z nami. Niech Abe zobaczy, co to znaczy mieć psa. Na szczęście rano Dymitr porozkładał na dywanach i drewnie gazety, a na meble suczka jeszcze nie umie wskakiwać, więc było łatwiej posprzątać. Dzieci włożyliśmy do fotelików w samochodzie, a psa na przygotowane miejsce w bagażniku z wodą i gazetami.
- Towarzyszu, włącz klimatyzację, jeśli nie chcesz, żebyśmy się tu udusili.- odezwałam się.
- Z chęcią bym to zrobił, ale wczoraj się zepsuła. Muszę zajrzeć co się stało.
- Wiesz, przypomniało mi się jak jechaliśmy na mój egzamin do Artura Schoenburga.- mój mąż lekko posmutniał. To była wielka tragedia.- Aż się modliłam, aby zepsuł nam się samochód. Wtedy nie miał byś wyboru i musielibyśmy się przytulić. Chyba, że wolałbyś zginąć.
- Zawsze chciałem cię przytulać, nie tylko pod groźbą śmierci. Ale wiedziałem, że nie mogłem. A gdyby nas znaleźli, zamarzniętych i przytulnych do siebie?
- Śmierć w twoich ramionach, z tobą? Najpiękniejsza, jaka mogła by mnie spotkać, na równi ze śmiercią podczas walki w obronie najbliższych. A gdyby ktoś nas znalazł, byłoby nam bez różnicy.
- Kocham Cię Roza.
- Ja ciebie też towarzyszu. A powiedz mi, co cię łączyło z taką legendą jak Artur? Pamiętam, że nazwałeś go "Art".
- Był raz u mnie na lekcji, prowadził wykład. Zainteresowany, zostałem po lekcjach i trochę rozmawialiśmy. On mi opowiadał dodatkowe rzeczy i swoje przygody. Wtedy był dla mnie jeszcze strażnikiem. Kimś, kim trudno być. Po ukończeniu szkoły przez jakiś czas mieliśmy razem służbę. Gdy mieliśmy wolny czas, tak samo mi opowiadał, ale wtedy to już była rozmowa. Ja mówiłem mu o swoich przeżyciach, on mi doradzał. Wiedział o mnie wszystko, a ja o nim. Byłem dumny, że znam, a nawet przyjaźnię się z taką osobą. A teraz to czas przeszły.
Głos mu lekko drżał, a oczy się zaszkliły. Położyłam mu na kolanie rękę, a drugą starłam łzę.
- Wiem co czujesz. Sama straciłam przyjaciela. Jednak ty byłeś bardziej opanowany, niż ja po.... śmierci Masona.- mimo że było to dawno, a dampir żyje, to i tak ledwo wypowiedziałam te dwa słowa.- W tym domu też nie wykazałam się opanowaniem.
- Zachowałaś się, jak każdy, kto nie widział wcześniej takiej śmierci. Nie byłaś na tyle doświadczona i nikt nie wymagał tego od ciebie. Ten pierwszy raz zawsze jest najgorszy. Ale Roza, obiecaj mi, że nigdy nie pozwolisz, ani sobie, ani mi na założenie, jak ty to nazywasz, "maski strażnika". Już nigdy więcej nie chcę przed tobą niczego ukrywać, bo to zły nawyk. Wpaja nam obojętność na piękno świata i rani osoby, które chcą nam je pokazać.
- Wiesz, że będziemy musieli je mieć.- przypomniałam.
- Ale tylko podczas służby.- zauważył.
- Zgoda.- ukochany wyciągnął do mnie mały paluszek.- Żartujesz sobie?
- To dla mnie bardzo ważne.- przekonywał mnie.- Nie chcę nigdy być taki jak przed twoim pojawieniem się w moim życiu. Obudziłaś mnie z wieloletniego snu.
Uległam i zahaczyłam mały paluszek o jego wciąż wyciągnięty.
- Obiecuję nie dopuścić do założenia przez nas maski strażnika na zawsze.- jednak potraktowałam to bardzo poważnie.
Jechaliśmy przez las, kiedy w światłach zobaczyłam ciemny kształt, a następnie w coś uderzyliśmy. Rosjanin zatrzymał samochód i chwilę siedzieliśmy w szoku. W tym samym czasie odpięliśmy pasy i wręcz wypadliśmy z auta. Mój mąż zapalił latarkę i oświetlał okolice. Na poboczu leżała w kałuży krwi sarna. Jeszcze oddychała, ale ciężko.
- O matko!- zasłoniłam ręką usta.
- Już nic się nie da z nią zrobić.- uznał Dymitr.
- I co teraz.- spytał w szoku.- To mógł być ktoś taki jak Luna. Ona mogła dalej żyć.- zaczęłam się trząść.
Ukochany widząc to, przytulił mnie.
- Ci spokojnie Roza. Taka jest kolej życia. Nic na to nie poradzisz.
Trochę się uspokoiłam, ale już nie patrzyłam w tamtą stronę. Strażnik zajrzał pod maskę. Buchnęła w niego chmura dymu.
- No i Roza twoje modły zostały wysłuchane.- powiedział, patrząc na wnętrze samochodu.- Dalej nie pojedziemy.
- Trochę nie odpowiednia chwila.- uznałam z grymasem.
- Wyciągnijmy dzieci z auta i zadzwonię do twojego ojca.


czwartek, 22 września 2016

ROZDZIAŁ 261

Obudziło mnie przyjemne łaskotanie...
Ta. Chciało by się. Marzę o tym od ponad miesiąca, jednak od tego samego czasu nasz dzień zaczyna się tak samo.
- Śpij jeszcze kochanie, ja zajrzę do dzieci.- poczułam pocałunek na ustach.
- I tak nie zasnę.- ledwo mówiłam z wciąż zamkniętymi oczami.
Zakryłam głowę poduszką, aby zmniejszyć hałas, docierający do moich uszu, ale to i tak nic nie dało. Ociężale wstałam, założyłam kapcie oraz szlafrok i poszłam do pokoju dzieci. Dymitr właśnie pochylał się nad płaczącą dampirzycą.
- Choć Księżniczko do tatusia. Zaraz się tobą zajmiemy.- podniósł córkę i odsunął jak najdalej od siebie, odwracając głowę w drugą stronę.- Uch... Wasze pieluchy można używać zamiast bomb gazowych.
Zaniósł Nastkę na przewijak. Ja za to zajrzałam do nad wyraz spokojnego Felixa.
- Choć do mamusi. Co się dzieje?- zmartwiłam się.
- Pytasz o to dziecko, które nie płacze i jest spokojne?- zdziwił się mój mąż.
- A nie wydaje ci się, że aż za spokojne? Przecież gdy płacze jedno, to płacze drugie.- zauważyłam.
- Może powoli z tego wyrastają. Odróżniają kiedy to jedno coś chce, a kiedy to drugie.- podszedł z małą dampirzycą na rękach.
- Może masz rację.- wzruszyłam ramionami, jednak wciąż nie byłam przekonana.
Chłopiec wyciągnął rączkę do taty, więc zbliżyłam się do niego.
- Co maluszku?- strażnik złapał za malutką dłoń dampira, a ten się uśmiechnął.- Jesteś piękna Roza.- powiedział nagle.
Zdziwił mnie tą nagłą zmianą tematu. Dopiero teraz zauważyłam, że mi przygląda. Spojrzałam na siebie. Pospiesznie założony szlafrok, na głowie pewnie mam siano i podpuchnięte od nie wysłania oczy.
- Na pewno wyglądam okropnie.
Ukochany dostrzegł zmianę mojego humoru.
- Wcale, że nie. Gdyby tak było, nie powiedziałbym, że jesteś piękna. A skoro tak mówię to taka jest prawda.- w tym momencie córeczka się zaśmiała.- Widzisz. Nawet nasza księżniczka to potwierdza.
- Och! To nie mogę się kłócić z damą i królem, prawda mój Draculo?- cmoknęłam go przelotne w usta.
- No pewnie słońce. A teraz ja zrobię jakieś śniadanie, a ty przebierz dzieci, nakarm je i razem zejdzie. Po śniadaniu jedziemy do twojego ojca.
- Nie tak szybko, towarzyszu. Do staruszka pojedziemy po obiedzie, bo i tak twoja rodzina ma samolot wieczorem. A trzeba jeszcze dokończyć domek.
- No dobra.- wyszedł.
- To teraz ubierzemy nasze skarby, tak?- połaskotałam synka, a ten się zaśmiał.
Założyłam mu białe body z zielonymi rękawami. Na środku był pasek ładowania z komputera i napis "Ładowanie pieluchy...". A córeczce wybrałam idealne na dzisiejszą sytuację. Zielone, z rękawkami w paski i napisem "Dziś pieluchy zmienia tata, najlepszy saper świata." Następnie nakarmiłam oboje i położyłam je na brzuchu w kojcu. Dałam kilka zabawek i poszłam do łazienki. Nie wyglądała jednak najgorzej. Ułożyłam włosy i zrobiłam sobie lekki makijaż. Następnie skierowałam się do garderoby. Ubrałam czerwoną bluzkę i jasne dresy. Wróciłam po dzieci, ale obojga na ręce nie wezmę. Muszę pojedynczo. Włożyłam Felixa do łóżeczka, poskładałam ogrodzenie i podniosłam dziewczynkę, bo bardziej się niecierpliwie niż brat. W salonie posadziłam małą na podłodze i rozłożyłam ogrodzenie. Wróciłam po synka i zabawki. Pogłaskałam po drodze suczkę, biegającą po domu. Wpuściłam ją do kojca, żeby oswoiła się z dziećmi i one z nią. Ani jedno, ani drugie nie miało z tym problemów. Gdy oni już się bawili, poszłam sprawdzić, czy pomóc w czymś mężowi. Jednak on właśnie podnosił talerz ze stertą pachnących naleśników. Sama wzięłam dwa talerze i zniosłam do jadalni. Znosiliśmy różne dodatki do jedzenia, a na koniec napoje. W miskach była już świeża woda i ciepłe jedzenie, zrobione przez Bielikowa. Usiedliśmy tak, aby mieć na oku maluchy, co było możliwe dzięki szklanym drzwiom. Do śniadania, mój mąż standardowo miał kawę, a ja tą magiczną, napełniająca energią miksturę od Oleny. Po śniadaniu, zabraliśmy dzieci do ogrodu. Znaleźliśmy miejsce najbezpieczniejsze dla nich, rozłożyliśmy koc i kojec z zabawkami. Ogród już wyglądał tak jak powinien. No prawie. Teren został wyrównany i cały przekopany.
- Dobra podstawa do sadzenia kwiatów.- próbowałam się przekonać.
- Zobaczysz Roza. To jeszcze będzie nasz ogród marzeń.- ukochany objął mnie w pasie.- A teraz idziemy po rzeczy i kończymy domek.
Tak też zrobiliśmy. Dymitr pierwszy wszedł na górę z drabinką sznurową. Wyciął w podłodze dziurę i spuścił drabinkę. Przymocował ją, a ja po niej weszłam. Gdy Rosjanin robił klapę do wejścia,  wzięłam się do malowania. Na całość położyłam orzechową farbę. Bielikow pomagał mi, gdy skończył. Koń na jednym oknie był brązowy z hebanową grzywą, korona i słońce żółte, chmury i sztylety białe, tło słońca niebieskie. Przypomniał mi się pomysł z tabliczką i powiedziałam o tym ukochanemu.
- A zrobisz na moje specjalne zamówienie różę?- spytał z pięknym uśmiechem, kładąc przede mną kawałek drewna.
- Czego ty ode mnie wymagasz?- spojrzałam na niego krzywo.
Ale i tak zaczęłam rysować kwiat. Gdy skończyłam wycinać, Dymitr patrzył na to niepewnie.
- Nic nie mów.- uprzedziłam i sięgnęłam po szlifierkę, jak nazwałam moją maszynkę.
Dopiero po byłam zadowolona ze swojej pracy.
- Roza to jest.... nie mam słów.
- To teraz trzeba to pomalować i powiesić.
- To niesamowite.
Róża oczywiście była różowa, a tabliczka orzechowa. Gdy wszystkie warstwy wyschły, ułożyliśmy dywany, stolik, krzesła i pudełka. Zapytałam męża o jakieś krótkie, metalowe rurki, a sama znalazłam stare firanki z zielonymi końcami. Ucięłam kawałki i założyłam na przyniesione przez ukochanego rurki. On przymocował to nad oknami. Na stoliku i oknie postawiliśmy sztuczne kwiatki. Znaleźliśmy jakieś nie użyte meble dla dzieci i w domku poskładaliśmy regał. Postawiliśmy na nich pluszaki i kredki.
- Pięknie wygląda, Roza.
- Muszę przyznać, jak mało co. Myślisz, że im się spodoba? Dodałbym jakieś plakaty.
- Na pewno Lili ma jakieś w swoich gazetkach.
- Ile nam zostało czasu?- spytałam.
- Jeszcze trochę, a co?
- Myślę, żeby ogrodzić to wszystko i zaplanować, co gdzie będzie.
- To ja zajmę się tym pierwszym, a ty drugim.
Zgodziłam się.