wtorek, 25 października 2016

ROZDZIAŁ 303

Nie wiem jak długo byliśmy już w tym klubie. Cały czas kręciłam tyłkiem na parkiecie, wtulona w męża. Oboje byliśmy już trochę pijani, bo ja nie przejmowałam się niczym, tylko tym, żeby wywijać i brylować wśród tłumu, a strażnikowi nie robiło problemu trzymanie dłoni na moich biodrach, gdy się o niego ocierałam. Robił się coraz bardziej śmiały i zaczął składać mi na szyi mokre pocałunki. Odwróciłam się do niego przodem, pocałowałam namiętnie i pląsaliśmy dalej. Gdy już się zmęczyłam, wróciłam do baru, a ukochany nie opuszczał mnie nawet na sekundę, więc razem wzięliśmy kolejną kolejkę.
- Wytrzymasz chwilę beze mnie, kocie?- spytałam.- Muszę do toalety.
- Dobrze.- zgodził się, ale gdy miałam odejść, złapał mnie na nadgarstek.- Ale wracaj szybko myszko do kota.- szepnął mi do ucha gardłowym głosem.
- Będę najszybciej jak się da.- wpiłam się w jego usta i po długiej walce naszych języków, poszłam.
Wyszłam z kabiny i podeszłam do umywalek, żeby umyć ręce. Z lustra patrzyłam na mnie lekko upita, potargana i rozmazana kobieta, ale szczęśliwa. Zmyłam swój makijaż i nałożyłam go na nowo, trochę mocniejszy. Poprawiłam sukienkę, przeczesałam włosy palcami i byłam gotowa do powrotu. To co zobaczyłam sprawiło, że krew się we mnie zagotowała. Na moim miejscu siedziała jakaś morojka z kręconym blond sianem na głowie i czerwonej sukience, choć równie dobrze mogłaby być nago. Trzymała rękę MOJEGO Dymitra, sobie na udzie, a swoją dłonią jeździła mu po torsie. A on nawet nie zareagował, co było dziwne. Wściekła podeszłam do tej dziwki i odciągnęłam ją od mojego mężczyzny, za te żółte kłaki, aż upadła na ziemi. Następnie podniosłam ją za sukienkę ma wysokość twarzy i dałam siarczystego policzka.
- Nie wiesz, suko, że nie dobiera się do czyichś mężów, czy jesteś aż tak ślepa, ze obrączki nie widzisz?- warknęłam, plując jej prosto w twarz.- Myślałam, że dziwek nie wpuszczają do takich klubów.
- Czy ty wiesz kim jestem?- zawołała skrzeczliwym głosem.
- Nie obchodzi mnie to. Bo dla mnie jesteś szmatą na moim terenie. A ja nikomu nie odpuszczam. Jeszcze raz zobaczę ciebie w odległości mniejszej niż dziesięć metrów od mojego męża, wyrwę ci te farbowane siano.
- Pff...- fuknęła i odeszła.
Zwróciłam się do Rosjanina. On się tylko głupawo uśmiechał, a wzrok miał nieobecny. Nie wierzę! Ta kurwa użyła na nim wpływu?!
- Skarbie, popatrz na mnie.- zwrócił na mnie uwagę.- wróć do mnie, poprosiłam.
- Przecież jestem.- powiedział wciąż uśmiechnięty.
Westchnęłam i wpiłam się w jego miękkie wargi. Na początku nie zareagował, ale po chwili złapał mnie w talii i odwzajemnił pocałunek.
- Roza co się stało? Pamiętam, że poszłaś do łazienki, a później na twoim miejscu usiadła jakaś kobieta. I... O matko, o czym ja myślałem?! Prawie z nią poszedłem. Jak mogłem?! Roza przepraszam. Nigdy bym cię nie....- ucieszyłam go ruchem ręki.
- Spokojnie. Wiem, że to nie twoja wina. Tak działa magia wpływu. Wiele razy to oglądałam.- aż poczułam dreszcz na samo wspomnienie.
Usiadłam przy barze i powiedziałam, co bym chciała dla nas.
- Ale czemu na ciebie to nigdy nie działało?- spytał ciekawy Bielikow, siadając obok i kończąc swojego drinka.
- Na silne umysły ciężej wpłynąć.- zajrzałam do na wpół już pusty kieliszek i wypiłam wszystko na raz.
- Zawsze mówiłem, że jesteś silniejsza.- uśmiechnął się.
Chciałam mówić dalej, ale impreza na nowo się rozkręciła, więc pociągnęłam ukochanego na parkiet.
- Roza, może już czas wracać?- zaproponował, gdy zaczęłam się chwiać na nogach.
- Nieeee. Jeszcze chwila.- poprosiłam jak małe dziecko.
- Nieee.- naśladował mnie.- Bo ominie cię ostatnia część niespodzianki.- szepnął, całując moje ramię.
Szybko pociągnęłam go do wyjścia. Ciągle się potykałam, więc mąż wziął nie na ręce.
- Czemu nie jesteś tak pijany jak ja?- spytałam.
- Bo mam twardą głowę.
- Przypomnieć ci ostatnie dwa wesela, twoje urodziny i ognisko w Bai? A i tak tego nie pamiętasz.
- Bo tam wypiłem o wiele więcej.- delikatnie wsadził mnie do samochodu.
- Czemu?
- Bo teraz muszę pilnować ciebie i naszej rocznicy.
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy, przytuleni do siebie. Zatrzymaliśmy się po kilkunastu minutach przed bogato zdobionym budynkiem. Był to hotel pięciogwiazdkowy. Wnętrze przypominało to z hotelu w Paryżu. Mąż poprowadził mnie do recepcji, gdzie podał nasze wspólne nazwisko. Odebrał kluczyk, taki sam jak we Francji i zaprowadził mnie do windy. Wejście do pokoju było identyczne jak w stolicy mody i żabich udek.
- Dymitr?
- Tak Słońce?
- Czemu to wszystko wygląda jak podczas naszego awaryjnego lądowania w Paryżu?- zagadnęłam.
- Bo to ta sama sieć hoteli. Ich właściciel jest bardzo bogaty, a wszystkie jego inwestycje mają najwyższy poziom.
Weszliśmy do środka. Widok był niesamowity. Na środku stało WIELKIE bordowe łoże, światła były przyciemnione, a przez okna zaglądał księżyc. Reszta mebli ukryta była w półmroku, wiec widziałam tylko ich zarysy. Ale i tak nie było wiele do oglądania. Jakaś szafa po lewej i biurko na przeciwko niej, pod oknem. No i kominek, który został podświetlony równo z naszym wejściem. Pewnie w zimie płonie żywym ogniem, ale mamy najcieplejszy okres w roku.
- To jest niesamowite.- odwróciła się do Rosjanina i spojrzałam mu w oczy.- Powtórzę to co mówiłam w naszą rocznicę poznania i urodziny. To mój najlepszy dzień życia. Z każdą okazję coraz bardziej zaskakujesz mnie coraz bardziej, towarzyszu. Aż się boję naszych złotych godów.- uśmiechnęłam się.
- Mam w głowie już mnóstwo pomysłów.- w jego oczach zagościły iskierka radości.
Chciałabym tego dożyć i patrząc na wnuki wspominać z moim boskim mężem te czasy, gdy musieliśmy walczyć o naszą miłość, dzięki której będą na świecie. Wiem, że on myślał o tym. Widać to po jego minie, a poza tym, jest taki jak ja.
- Nie myśl sobie, towarzyszu, że w wieku 70 lat dam się zaciągnąć do klubu.
- Już widzę ciebie wywijającą na parkiecie.
- Nie chciałbyś.
- Roza. Pragnę widzieć cię w każdej swojej wizji wyobraźni.- powiedział poważnie.- Ale to daleko. Zajmijmy się tym co tu i teraz.
- A co będzie teraz?- spytałam kusząco.
- Teraz mam zamiar rozmieścić moją wspaniałą żonę, podczas naszych papierowych godów.- oczy mu pociemniały.
Dymitr podszedł do mnie i pocałował namiętnie. Oplotłam go nogami, gdy chwycił mnie za pośladki, a on zaniósł mnie na łóżko, gdzie całkowicie mu się oddałam.

poniedziałek, 24 października 2016

ROZDZIAŁ 302

Siedzieliśmy już tak drugą godzinę, wspominając, śmiejąc się i przytulając. Dymitr co chwila spoglądał na zegarek, jakby na coś czekał. Zauważyłam, że jest jakiś podenerwowany.
- Roza...- zaczął lekko się jąkając.- Ja...
- Spokojnie, towarzyszu.- złapałam go za rękę.- Przecież jeśli chcesz mi się oświadczyć po raz drugi, wiesz jaka jest moja odpowiedź.- zaśmiałam się, a mój mąż lekko się uśmiechnął.
- Mam dla ciebie prezent.- powiedział.
- Ja też.- wyciągnęłam pakunek z torebki.- Ale nie wiem jak to wypadnie przy tym, co dla nas przygotowałeś.- rozejrzałam się wokół nas.
- Na pewno jest wspaniały. To ty pierwsza, bo mój jest trochę długi.- uśmiechnął się zachęcająco.
Podałam mu torebeczkę. W napięciu patrzyłam jak wszystko z niej wyciąga. Woda kolońska, nowy western i dwie kartki z rysunkami. Patrzył na nie z podziwem.
- Sama to narysowałaś?!- spytał zaskoczony strażnik.
Pokiwałam głową z uśmiechem. Bielikow przybliżył się do mnie i pocałował. Tak delikatnie, bez niczego. Tylko miłość.
- A to?- spytał odwracając jedną kartkę.
Spojrzałam na nią i zaczęłam się śmiać.
- To taki dodatek od twojej księżniczki.- wciąż się śmiałam.
- To teraz mam dylemat, którą strona to powiesić.
- Ach! O tym mała nie pomyślała.- Udawałam smutek.
- Teraz moja kolej.
Wzięłam od Rosjanina pakunek. W środku były moje ulubione perfumy, kupon na zakupy za pół ceny i jakieś prostokątne pudełko. Zauważyłam, że to ono jest źródłem podenerwowania Dymitra. Ostrożnie je otworzyłam i zamarłam. Wszystkie wspomnienia wróciły. Na delikatnej, aksamitnej podszewce, obok mojego ulubionego błyszczyka leżał naszyjnik. Ten sam, który dostałam na początku grudnia od Daszkowa.
- Skąd go masz?- spytałam ciekawa.
- Znalazłem go, po naszej rozmowie. Czułem, że przez swoje kłamstwo cię straciłem i to będzie moja druga pamiątka po tobie, zaraz po koszulce. Był dla mnie ważny. Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby ci go dać. Jestem beznadziejny.- odwrócił wzrok.
Podeszłam do niego i przytuliłam go od tyłu, pozwalając jego aksamitnym kosmykom łaskotać moją twarz. Pachniały avocado.
- Nie jesteś beznadziejny. Jesteś najlepszym mężem, jakiego można mieć. Większość zapomina o rocznicy, a na pewno żaden nie robi takiego pięknego tego święta.
- Tym prezentem wszyst...- przerwały mu moje usta.
- Nic nie zepsułeś. To też dla mnie ważne. Dzięki temu jesteśmy tutaj teraz razem. Jednak wolę patrzeć ci w oczy, niż włosy chociaż są cudowne.
Zaśmiał się i przełożył sobie na kolana.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- pocałowaliśmy się namiętnie.- A pomożesz mi zapiąć ten naszyjnik?
Zabrał ode mnie biżuterię, a ja usiadłam do niego tyłem. Po chwili poczułam na dekolcie zimny metal, a na karku ciepłe pocałunki. Spojrzałam na niebo i zobaczyłam spadającą gwiazdę.
- Zobacz towarzyszu!- wskazałam ją, podekscytowana.
- Pomyśl życzenie.- znowu pocałował mnie w kark.
" Aby wszyscy moi bliscy byli bezpieczni i szczęśliwi oraz żeby nasza miłość trwała wiecznie."- pomyślałam.
- Już.- powiedziałam otwierając oczy. Nawet nie wiedziałam, że je zamknęłam.
- I co sobie zażyczyłaś?- mój ukochany spytał zaciekawiony.
- Nie mogę powiedzieć, bo się nie spełni.- posłałam mu chytry uśmieszek.
- To mam nadzieje, że masz więcej życzeń.
Popatrzyłam na niego zdziwiona. Ale on miał wzrok wlepiony w niebo. Podążyłam za jego spojrzeniem i mnie zamurowało. To wyglądało jakby całe niebo spadło. Setki małych, błyszczących punkcików odrywało się od nieba i opadało, zostawiając za sobą jasną smugę. Atmosfera wokół nas zrobiła się tajemnicza, magiczna, mogłabym powiedzieć, że nieziemska.
- Szczęśliwej rocznicy Roza.- Dymitr pocałował mnie w szyję.
Coś mnie męczył. Zaczęłam łączyć ze sobą fakty i doznałam olśnienia.
- Ty to zaplanowałeś!
- Szczęśliwym trafem się zbiegły oba wydarzenia. Szkoda byłoby tego nie wykorzystać. Tak piękna kobieta, że aż gwiazdy spadają.
- Mój poeta.- zaśmiałam się.
- Dla ciebie będę każdy, kim tylko będziesz chciała. 
- Cieszę się, że w końcu mogę cię mieć dla siebie.
- Tak musiało być i będzie na zawsze. Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do ciebie. Mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze.
Wzruszona jego przemówieniem i chwilą, wpiłam się mu w słodkie, pełne usta. Odwzajemnił pocałunek bez wahania, pogłębiając go dodatkowo. Zatopiłam palce w aksamitne włosy męża, on tym czasem zszedł dłońmi na moje pośladki i je lekko ścisnął. Jęknęłam mu w usta, a on uśmiechnął się pod nosem. W końcu się od siebie odsunęliśmy.
- Oj będziesz jeszcze moja Roza. To będzie niezapomniana noc.- podsumował.
- Każda z tobą taka jest.
Jeszcze godzinę siedzieliśmy na kocu, dopóki widowisko się nie skończyło. Następnie, wróciliśmy do powozu, i wsieliśmy, nie puszczając swoich dłoni. Jechaliśmy do najbliższej drogi, a tam przesiedliśmy się do samochodu. Za kierownicą siedział Kay.
- Widzę, że mojego ojca też wkręciłeś w swój szatański plan.- zaśmiałam się, po czym przybyłam z dampirem piątkę.- Hej Iwans.
- Hej Hathaway-Bielikow. Uff... masz bardzo długie nazwisko.
- Wiem.- spojrzałam z miłością na męża, a on odpowiedział tym samym.
Po dwóch godzinach zatrzymał się przed barem Lotos. Kiedyś o nim słyszałam, chyba z jakiejś opowieści Ojca. Co oznacza, że chodzą tu najwyższe i najzamożniejsze osobistości całego stanu.
- Co my tu robimy?- spytałam w szoku.
- Idziemy się zabawić.- ukochany wysiadł i pomógł w tym mi.
- Okey.- złapałam jego dłoń i dałam się pociągnąć do środka.
Spodziewałam się, że pierwsze co nas uderzy to zapach alkoholu, papierosów i potu. A jednak nie. W powietrzu czuło się przyjemny, lekko drażniący nos zapach drogich perfum. Byliśmy na wyższym poziomie. Pod nami widziałam tłum skaczący na kolorowym parkiecie, podświetlanym od dołu. Z specjalnych maszyn wylatuje co jakiś czas dym, a to wszystko oświetla mnóstwo reflektorów z kolorowymi światłami, migającymi w rytm muzyki. Na przeciwko nas przy parkiecie stoi stanowisko DJ-a, a po lewej długi bar z wieloma rodzajami alkoholu. Na górze, gdzie właśnie jesteśmy, stały stoliki z kanapami i fotelami. W większości siedzieli tu ważni biznesmeni, z kieliszki w dłoni. Między nimi utworzone były dwie drogi do schodów. Po lewej i po prawej. Poczułam się w swoim żywiole, jako dawna imprezowiczka i pociągnęłam strażnika za rękę na lewo. Szybko zbiegliśmy na dół i zatrzymaliśmy się przy barze, siadając na stokach.
- Coś lekkiego, dwa razy.- rzuciłam do barmana, który uśmiechnął się uwodzicielsko.
Nie uszło to uwadze Dymitra i położył na blacie nasze splecione dłonie tak, że chłopak nie byłby w stanie ich nie zauważyć. Lubiłam gdy Bielikow był zazdrosny. Stawał się wtedy zaborczy i bardziej śmiały, aby pokazać, że jestem tylko jego. Chłopak podał nam alkohol, który wypiliśmy na raz i pociągnęłam Rosjanina w tłum. Teraz już go stąd nie wypuszczę.

niedziela, 23 października 2016

ROZDZIAŁ 301

- WOW!- tylko tyle umiałam z siebie wydusić.
Przede mną stała najprawdziwsza bryczką z końmi. Była różowo-błękitno-biała, ozdobiona chyba wszystkimi odmianami róż. Oświetlona została zielonymi lampionami, przywiązany do rogów i lampami ma świeczki, powierzonych na ścianach powodu. Ciągnęły go cztery białe konie i jeden czarny. Ale.... zaraz zaraz... czy to....
- Gwiazdka.- podeszłam do karej klaczy i ją przytuliłam.
Ona brodą głaskała mnie po plecach i zaczęła skubać moje włosy.
- Ty to wszystko w przygotowałeś?- spytałam męża, przytulając go.
- To dopiero początek, skarbie.- pocałował mnie, co oddałam z wielką przyjemnością.- Zapraszam do środka.
Jak dżentelmen utworzył drzwiczki i podał mi dłoń. Korzystając z jego pomocy, weszłam do środka, a on za mną, nie puszczając mojej ręki. Dorożkarz wstrząsnął lejcami i konie ruszyły. Wtuliłam się w ukochanego, a on objął mnie ramieniem. Nasze dłonie z dalszym ciągu były splecione.
- Kocham cię.- wyznałam w końcu.
- Ja ciebie też Roza. Jesteś najlepszym co mnie w życiu spotkało.- po raz kolejny złączyliśmy nasze wargi.
Z trudem oderwałam wzrok od Rosjanina i podziwiałam otoczenie. Słońce już dawno zaszło. 
Tak, słońce. Z powodu przyjazdu dzieciaków, przestawiliśmy się na dzienny tryb życia. Dzięki temu mogłam z nimi chodzić nad wodę i bawiły się tak jak u siebie. A Dymitr zaczął brać nocne zmiany, dlatego wrócił po zachodzie słońca. W czasie morojskiej nocy, też trzeba pilnować Dworu.
Wszystko wyglądało tak pięknie, mrocznie i tajemniczo. Drzewa ukryte w mroku szeleściły, poruszane wiatrem, z lasu dochodziły odgłosy zwierząt i pohukiwanie sów, a stukot końskich kopyt, odbijał się w ciszy echem. Ale choć brzmi to przerażająco, wcale takie nie było. Bo nie tylko umiałabym się obronić, ale wiem też, że Dymitr nie da mi zrobić żadnej krzywdy. Nikomu. Między gałęziami przewidywało bezchmurne niebo i gdzie nie gdzie widać było pierwsze gwiazdy.
- Pogodę też załatwiłeś.- zażartowałam.
- Można tak powiedzieć.- strażnik uśmiechnął się tajemniczo.
Zaintrygowało mnie to. Ciekawe co jeszcze wymyślił? Gdy tylko opuściliśmy las, konie skręciły i pojechaliśmy przez pole.
- A powiedz mi, czemu aż tak duży bukiet kupiłeś? To znaczy, nie żebym miała jakieś pretensje, czy co, ale czuję, że to ma jakieś znaczenie.
Rosjanin roześmiał się, a ja rozpływałam się pod wpływem tego dźwięku.
- Masz rację. Jest ich dokładnie 689. Czyli dokładnie tyle, ile dni temu moje życie nabrało sensu. W bukiecie dostałaś ich 121 róż, oznaczających liczbę dni, odkąd nasza rodzina jest pełna. Reszta jest tutaj. To dzięki tobie jestem najszczęśliwszym mężczyzną na świecie.- pocałował mnie w dłoń, nie spuszczając wzroku z moich oczu.
Niby drobny, skromny gest, a jednak moje serce zabiło szybciej, rozlewając po moim ciele fale ciepła. Tyle w nim miłości.
Dalej jechaliśmy w ciszy, patrząc na siebie z miłością. W ciemności i przy zielonkawym świetle, tęczówki mojego ukochanego nabrały niezwykłej barwy. Mogłam w nich utonął. W ogóle cały wyglądał bosko, w tej tajemniczej poświacie. Usiadłam na kolanach Bielikowa i wtuliłam się w jego tors, a on zamknął mnie w szczelnym uścisku. Napawałam się zapachem jego wody kolońskiej, myśląc o ostatnich prawie dwóch latach. Czułam, że ręką głaszcze moje włosy, napawając się ich dotykiem.
- A zdradzisz mi wielką tajemnicę naszej podróży towarzyszu?- spytałam,podnosząc wzrok na niego twarz.
- Nie.
- Aha. Rozumiem tajne/poufne?
Oboje się zaśmialiśmy.
- Och Roza! Takich jak ty to ze świecą szukać.- westchnął, rozmarzony.
- Ty jej nie potrzebowałeś, aby nas znaleźć.- zauważyłam.
- Tylko szkoda, że mi ciągle uciekałaś.- zaśmiał się.
- Sam mi kazałeś biegać.
Naraz zaczęliśmy śmiać się oboje.
- Trochę czuję się jak księżniczka w tej dorożce.- odezwałam się po kilku minutach ciszy.
- To chyba dobrze, nie?- spytał z uśmiechem.
- Nie wiem.- wzruszyłam ramionami.- Zawsze byłam przygotowywana na chronione Lissy i szukanie we wszystkim zagrożenia, a nie jeżdżenie piękną karocą, w cudną noc z boskim księciem.- dłonie przyłożyłam mu do torsu i w patrzyłam się w jego oczy.
- Ja mam być tym "boskim księciem"?- spytał przez śmiech.
Pokiwałam głową, na co znowu wybuchł śmiechem.
- Tylko ty Roza umiesz tak łatwo mnie rozśmieszyć. Dlatego chcę być na zawsze z tobą. Bo jesteś inna, jedyna, wyjątkowa.
- Myślisz, że kiedyś będziemy mieli swoje żyli długo i szczęśliwie.
- Przecież teraz jesteśmy szczęśliwi.- zauważył.
- Do czasu. Mówię ci, prędzej czy później coś się wydarzy. Takie nasze szczęście.
- Ale cokolwiek by to nie było, przejdziemy to razem.
- Bo nawzajem dodajemy sobie siłę.- dokończyłam.
- Dokładnie. A teraz wysiadka.
Rozejrzałam się dookoła i dopiero teraz zauważyłam, że stoimy. Pierwszy wysiadł mój mąż i pomógł mi wysiąść. Stanął za mną, po czym zakrył mi oczy dłońmi.
- Serio?!- westchnęłam.
- Zaufaj mi.- szepnął do mojego ucha.
- Zawsze.- odpowiedziałam.
Ukochany prowadził mnie w sumie nie wiem gdzie i jak daleko. Czułam tylko, że się idziemy pod górkę, aż w końcu się zatrzymaliśmy.
- Gotowa?- spytał.
Kiwnęłam na zgodę, a on odsłonił mi oczy. Oniemiałam. znajdowaliśmy się na wzgórzu, z którego było widać las i nasz dom z palącymi się światłami. Na środku rozłożony był koc, a wokół unosiły się, przywiązane balony w kształcie serc i lampiony. Widok był niesamowity. Tym bardziej, że niebo jaśniało tysiącami gwiazd, otaczając wielki, pomarańczowy księżyc.
- WOW!- po raz drugi dzisiaj nie mogłam nic więcej wydusić.
- Coś mi mówi, że tych WOW będzie jeszcze trochę dzisiaj.- zaśmiał się Rosjanin.- A teraz zapraszam do stołu.
Z ramienia ściągnął plecak i wyciągnął z niego pojemniki z ciastem, babeczkami, ciastkami i... szampan. Tak dawno nie piłam żadnego alkoholu.
- Myślisz, że to dobry pomysł?- patrzyłam niepewnie na napój i dwa kieliszki.
- Jeśli nie będziesz jutro karmić dzieci piersią, to tak.- podszedł do mnie i lekko popchnął w stronę pikniku. Wciąż byłam w szoku.- Nawet nie myśl, że się wymigasz, bo później zabieram cię do najdroższego, najbardziej ekskluzywnego i najlepszego klubu w całym stanie. A na nasze szczęście jest tylko dwie godziny jazdy od naszego domu.
- Już rozumiem.- usiedliśmy bardzo blisko siebie.- Chcesz mnie upić, a później zabrać do łóżka.
- I bez tego mogę cię do niego zabrać.- uśmiechnął się, pewny siebie.- Ale nie chcę, żebyś za bardzo się upiła, bo nic nie będziesz pamiętała z ostatniej rozrywki na dziś.
- Już nie mogę się doczekać.- uśmiechnęłam się, sięgając po kawałek sernika.- Umm... pycha! Kiedy ty to zrobiłeś?
- Magik nie zdradza swoich sztuczek.- mój ukochany za to poczęstował się ciastem.
- Ale ty jesteś kucharzem.- zauważyłam.
- To tym bardziej- wystrzelił korkiem od szampana i rozlał do kieliszków.
- Za szczęście nasze i naszych dzieci.- podniosła swój.
- I kolejny rok, a nawet całe życie pełne miłości i radości.
Stuknęliśmy się szkłem, spletliśmy swoje ręce w łokciach i wypiliśmy na raz. Ale pali. Odzwyczaiłam się. Musiałam mieć komiczną minę, bo strażnik zaczął się śmiać. Tak zaczęliśmy piknik.

ROZDZIAŁ 300

- Berek.
Siedziałam przy laptopie na podwórku, popijając herbatę i patrzyłam na bawiące się dzieciaki. Lili bawiła się z Pawką w ganianego, Zoja znalazła kompanów do zabawy na kocyku z zabawkami, a Łuka siedział mi na kolanach i grał w grę w internecie. Co jakiś cza Bianka podbiegała do kogoś z nas, żeby rzucać jej piłkę. Kochana psina.
- Ciocia.- zwrócił moją uwagę siostrzeniec.- Tutaj.
Kliknęłam tam gdzie wskazał i dostaliśmy +100 punktów.
- Brawo!- przytuliłam chłopca.- Ale ty spostrzegawczy jesteś. Wyrośniesz na wspaniałego strażnika.
- Bende takim straznikem jak ciocia i wuja i nikt mi nie podskocy. Tak siamo jak Pawka.
- Na pewno. A może dołączymy do Zoji, Nastki i Felixa?- zaproponowałam.
- Taak!- blondynek zaskoczył z moich kolan i pobiegł do kuzynostwa.
Z uśmiechem pokręciłam głową i wyłączyłam sprzęt. Gdy opuściłam klapkę usłyszałam płacz. Łuka leżał na brzuchu w połowie drogi. Szybko podbiegłam do niego, podniosłam i zaczęłam tulić.
- Już ciii..- kołysałam go wtulonego w moje ramię.- Spokojnie nic się nie stało. Przestań płakać. Jestem tu, nic się nie stało.
Po chwili chłopiec tylko pochlipywał. Posadziłam go na trawie i oglądnęłam uważnie. Miał tylko przetarcie na kolanie.
- Widzisz, nic ci nie jest?- uśmiechnęłam się do niego, co odwzajemnił.- Poczekaj tu, a zaraz to przeczyścimy, dobrze.
Pokiwał głową. Poprosiłam starsze dzieciaki, o pilnowanie reszty, a sama poszłam do kuchni. Gdzieś tu powinna być apteczka. Znalazłam ją nad zlewem. wzięłam gazę, wodę utlenioną i plaster, po czym wróciłam do ogrodu. Usiadłam na przeciwko mojego "pacjenta" i nalałam na gazę wody utlenionej.
- Może trochę piec.- uprzedziłam.
- Ja nicego sie nie boje.- chłopiec wypiął dumnie pierś, ale skulił się, gdy przyłożyłam wacik do rany.
Złapał się pod kolanem i zaczął bujać. Oczyściłam dokładnie przetarcie.
- Jeszcze muszę ci na to polać.- ostrzegłam.
- Nie tzeba.- zabrał szybko nogę.
- Ty, dzielny wojownik. Nawet najlepsi muszą dać się uleczyć, aby dalej być najlepszymi.
Z wahaniem młody wyciągnął nogę w moim kierunku.
- Gotowy?- pokiwał głową.
Nalałam trochę płynu na ranę. Po chwili zaczął się pienić, a mój siostrzeniec zacisnął zęby. Chwilę dmuchałam mu na kolano, aż się odprężył. Nakleiłam na ranę plasterek z myszką Mickey.
- Był pan bardzo dzielnym pacjentem. O to nagroda.- dałam mu cukierka, który wzięłam po drodze z miski w kuchni.
Takie same dałam reszcie, nie licząc moich dzieci, bo są za małe. Po kilku godzinach wróciliśmy do domu. Dzieci poszły się myć, a ja w tym czasie wykąpałam nasze maluszki. Gdy zeszłam z nimi na dół, wszyscy siedzieli na sofie i oglądali bajki. Zostawiłam im maluszki i poszłam odgrzać obiad, zrobiony wczoraj przez męża. Powinien być za jakieś cztery godziny. Tak, wciąż bierze nadgodziny. A dzisiaj nasza rocznica. Moje rysunki już gotowe czekają w torebce z resztą prezentów. Myślałam, że spędzimy ją razem. Mam nadzieję że chociaż będzie miał na tyle siły, aby przyjąć prezent. Zamieszałam na patelni i w garnkach. Zawartość jednego dałam psu do miski, po czym zawołałam suczkę. Zaniosłam pełne talerze do jadalni.
- Obiad!- krzyknęłam.
Po chwili do pokoju wpadła szóstka głodnych potworków. Pawka i Lili nieśli najmłodsze dzieciaki. Włożyli je do krzesełek, a ja postawiłam tak kaszki.
- Spaghetti!!- zawołały szczęśliwe dzieciaki, zajmując swoje miejsca.
Zaczęliśmy jeść. Ja między kęsami musiałam karmić blondynka i go wycierać. 
- Ale się najadłem.- westchnął brunet, poklepując się po brzuchu.
- Było pyszne.- dodała Lili.
- Ciocia, mogę pzyjezdzać tu na obiady?- spytała Zoja.
- A babcia nie dobrze gotuje?- zdziwiłam się.
- Dobze, ale pzy okazji pobawiła bym sie ź wasimi dziećmi.- wytłumaczyła.
- To korzystaj, póki możesz.
Zebrałam wszystkie naczynia i zaniosłam je do zmywarki. Następnie wyczyściłam buźki niemowlaków i dałam je przed telewizor. Nie były nim zainteresowane, ale reszta zwróci na nie uwagę, w razie co. Ja usiadłam na fotelu i zaczęłam rysować, to co widzę. Łuka i Zoja siedzą na podłodze wpatrzone w bajkę, Lili z Pawką poziom wyżej na sofie, niekiedy komentując coś i śmiejąc się z tego. To był ładny widok. Nagle poczułam obecność Lissy.
- Ładne.- przyznała.
Szybko obróciłam kartkę.
- Nie wiesz, że nie ogląda się rysunku przed jego skończeniem?
- Myślę, że już go nie skończysz. Masz godzinę na wyszykowanie się.- zdziwiła mnie.
- Gdzie?- spytałam zbita z tropu.
- Nie wiem, ale masz wyglądać trochę elegancko, trochę młodzieżowo. Po ostatnim zdaniu po prostu się wycofała. Chciałam ją dopytać o co chodzi, ale odprawiła mnie z kwitkiem. Pozostało mi się dostosować. Poszłam na górę, mówiąc siostrze, żeby uważali na dzieci. Mam godzinę. Idealny czas, ma zadbanie o siebie. Do wanny nalałam cieplej wody, sól do kąpieli, mydło, płatki róż i różany olejek. Z garderoby wzięłam swoją białą, koronkową bieliznę, nie ruszaną od ślubu. Czy jest lepsza okazja na jej drugie założenie? Na relaksie w wannie, zeszło mi pół godziny. Przez następne pół suszyłam włosy, układałam je w lekkie fale, związane od skroni w tył w małego warkocza na rozpuszczonych włosach, wybierając sukienkę, wraz z pasującą biżuterią i robiąc makijaż. Wybierałam buty i byłam gotowa. 
Zeszłam na dół, ale niczego, ani nikogo nowego nie zobaczyłam. Czas jakby tu stanął, gdy tylko wyszłam. Więc wróciłam na poprzednie miejsce i kontynuowałam rysunek. Coraz bardzie wątpiłam w sens przebierania się. Nie wiem, o co chodziło?
- Ciocia.- na moje kolana wdrapał się Łuka.- A cemu sie tak ładnie ubrałas?
Oczy wszystkich zwróciły się w moim kierunku
- W sumie sama nie wiem.- powiedziałam, poprawiając go.
- Może ja ci pomogę w zrozumieniu tego.- od razu wstałam.
Za mną stał mój ukochany z bukietem pięknych róż. Z wielkim bukietem. Dymitr miał na sobie pasujący, czarny garnitur z czerwoną koszulą. Patrzył na mnie wygłodniałym wzrokiem. Nic dziwnego. Moja kreacja dzieliła się na dwie części. Na górze była szara z błyszczącymi dodatkami, bez ramiączek, a na dole, do kolan opadał mi różowy tiul. Na łączeniu związana była różowa wstążka, kilka odcieni ciemniejsza od dołu sukienki. Do tego założyłam kremowe szpilki. Odstawiłam siostrzeńca na ziemię i podeszłam do męża.
- Pięknie wyglądasz.- zdążył szepnąć, zanim połączył nasze usta w namiętnym pocałunku.
- Wuja.- przerwał nam blondynek.- Pzestańcie sie ciałowac, bo tio obźidliwe.
Zaśmialiśmy się. Bielikow dał mi kwiaty, które musiałam włożyć, aż do trzech wazonów.
- Wuja, pobawis się zie mnom?- poprosiła Zoja.
Strażnik kucnął przy małej.
- Teraz wuja musi zabrać, bo mają ważny dzień do świętowania. Ale pobawimy się jutro, pojutrze i aż do końca waszego wyjazdu.
- Super!- uścisnęła go.
- A co z dziećmi?- spytałam zmartwiona.
W tym czasie do domu wpadła niezła gromadka. Jill, Eddy, Lissa z Rosalie, Jessica i reszta przyjaciół Lili. Wszyscy się z nami przywitali. Po informacjach i instrukcjach do każdego dziecka, dałam się wyprowadzić Rosjaninowi z domu. Po drodze jeszcze wzięłam torebkę, w której schowałam prezent. To co zobaczyłam na zewnątrz, całkowicie mnie zaskoczyło.

sobota, 22 października 2016

ROZDZIAŁ 299

Po kilku godzinach zabawy, dzieci na nowo zgłodniały. A że słońce zaszło, postanowiliśmy zrobić sobie ognisko. Dymitr z Lili i Pawką szukali gałęzi, a ja bawiłam się z resztą. Zoja naprawdę pokochała swoich kuzynów i ciągle chciała się z nimi bawić. Za to Łuka nie mógł się ode mnie odkleić. Siedzieliśmy razem i bawiliśmy się w koci-koci łapki. Gdy ognisko było ułożone, mój mąż podpalił stertę i mogliśmy usiąść przy ogniu. W popiół wrzuciliśmy ziemniaki, a później każdy dostał patyk i mógł sobie smażyć kiełbaski lub pianki. Bielikow był chyba na to przygotowany, bo wszystko mieliśmy. Opowiadaliśmy sobie różne historie. Śmieszne, o naszych przygodach, a nawet straszne. Felix już spał, przytulony do mnie, tak samo jak jego siostra, w objęciach strażnika. Łuka siedział koło mnie i ciągle opowiadał mi o swoich zabawkach, a jego kuzynka była zaopatrzona w śpiące dzieci i co jakiś czas pytała o coś wujka. Bianka biegała wokół nas, poznając nowe osoby, aż w końcu położyła się i chyba zasnęła przy ogniu. Wzięliśmy ją, bo przecież nie zostawimy psa samego, kiedy my się bawimy. Lili i Pawka świetnie się bawili. To się droczyli i czasami sobie dokuczali, albo siedzieli obok siebie i w przyjemnej ciszy. W pewnym momencie moja siostra zaczęła ziewać. Nasi goście spali pewnie w samolocie, a młoda nie przespała pół nocy z przejęcia. Próbowała się ułożyć na ziemi, ale ciągle coś jej nie pasowało. W końcu w bracie Zoji odezwała się opiekuńczość, którą mogę podziwiać u ukochanego, i położył głowę przyjaciółki sobie na kolanach. Po chwili Lili spała. Wyglądali uroczo. Mąż objął mnie i przytulił do siebie. Zauważyłam, że oprócz naszej trójki, wszyscy śpią. Siedzieliśmy w błogiej ciszy, dopóki całe ognisko się nie wypaliło. Dymitr ugasił je dokładnie i tak zakrył, że gdybym nie wiedziała, nigdy bym nie pomyślała, że tu było. Teraz pytanie jak wrócić? Nasze bobaski włożyliśmy do wózka, razem z Łuką. Dymitr trzymał Lili, ja Zoję, a Pawka związane ze sobą rowery. Biankę obudziliśmy i teraz szła obok nas. Po półtorej godziny byliśmy w domu. Chłopiec poszedł się myć, a Dymitr odłożyć Lili do pokoju. Suczka rzuciła się do kuchni, na karmę i wodę. Ja wzięłam nasze maluchy do mycia i przebrania. O dziwo nie obudziły się. Gdy skończyłam, pojawił się mój mąż.
- Co zrobiłeś ze swoimi siostrzeńcami?- spytałam.
- Właśnie mam dylemat,- podszedł do mnie i objął mnie od tyłu.- bo na razie są w naszym łóżku, tak jak im obiecaliśmy, ale chciałbym wykorzystać do innych celów.- mruknął całując moją szyję.
Odchyliłam głowę, żeby dać mu więcej miejsca.
- I co z tym zrobimy?- spytałam.
- Możemy skończyć w łazience, albo, jak ci będzie mało, to przeniesiemy się w inne miejsce. Jest ich mnóstwo w domu, a jeszcze nigdzie nie próbowaliśmy.
- Na przykład?- coraz trudniej było mi się skupić.
- Basen w ogrodzie,- wyliczał szeptem.- stół w jadalni, w salonie, sofa, przed kominkiem, w kuchni na blacie. Gdzie dusza zapragnie.
Odwróciłam się do niego przodem, patrząc mu prosto w czekoladowe oczy.
- Pragnę tylko ciebie.- szepnęłam stając na palcach i łącząc nasze usta w namiętnym pocałunku.
Gdy skończyliśmy się całować, złapałem go za dłoń i pociągnęłam do naszej łazienki. Tam zaczęliśmy, a skończyliśmy w gabinecie strażnika, bo był najbliżej. Byłam tak bardzo obolała, że nie mogłam się ruszyć. Bo jeśli myślicie, że dwie randki nam wystarczyły, to się grubo mylicie. Po całym miesiącu w którym mój ukochany wracał padnięty i nie marzył o niczym innym niż zjeść obiad i spać, byliśmy spragnieni bliskości naszych ciał. A zwłaszcza Dymitr. Raz pokazać chłopakowi co to sex i staje się wiecznie nie wyżyty. Jęknęłam tęsknię, gdy się podniósł, na co się zaśmiał. Ubrał mi moją koszulę, a na siebie bokserki i chciał pomóc mi wstać, ale ja nawet nie próbowałam.
- O nie towarzyszu. Doprowadziłeś mnie do takiego stanu, że nawet najmniejszy ruch, spowoduje u mnie ból.
- Skrzywdziłem cię?- kucnął wystraszony obok mnie.
- Nie głuptasie. To taki przyjemny ból, ale i tak nie wstanę.
- To dobrze. A teraz wracamy do wygodnego łóżka, bo oboje jesteśmy zmęczeni.- podniósł mnie, jak pannę młodą.
Weszliśmy do sypialni, tam położył mnie delikatnie na łóżku i przytulił się ostrożnie.
- Towarzyszu, nie jestem kaleką. Nie musisz się ze mną obchodzić jak z jajkiem.- narzekałam cicho, aby nie obudzić dzieci.
- A jeśli ja tak chcę się z tobą obchodzić zawsze, bo cię kocham?- spytał z uśmiechem.
- To szkoda, że nie chciałeś tak na treningach.
- Bo, gdybym tak chciał, to byś niczego się nie nauczyła i nie byłabyś dzisiaj najlepszą wojowniczką na świecie, z której jestem w cholerę dumny.
- Ło! Ło! Ło! Strażniku Bielikow! Skąd u ciebie takie słownictwo?- zaśmiałam się.
- Tak jakoś samo wyszło.- wzruszył ramionami.- A teraz chodźmy spać.
- Dobranoc towarzyszu.- obróciłam się tyłem do niego i przytuliłam Łukę oraz Zoję.
Ukochany przerzucił przeze mnie rękę i wtulił się w zagłębienie mojej szyi.
- Dobranoc skarbie.- cmoknął mnie w nią.
Już przysypiałam, gdy dzieci się rozpłakały. Przecież one od dawna nie budzą się w nocy. Zmartwiona chciałam wstać, ale mąż mnie powstrzymał.
- Leż kochanie, to pewnie nic strasznego. Zaraz wracam.- ucałował mój policzek i wstał.
Po chwili płacz ucichł.
- Co jest księżniczko? Czemu nie możesz spać?- dobiegły mnie ciche głosy z pokoju obok.- Ej, mała? O co chodzi? Zły sen? To chodźcie. Dzisiaj śpicie z mamusią, tatusiem,- głosy stawały się coraz głośniejsze.- kuzynką i kuzynem.
Położył ją koło mnie. Zanim przyniósł Felixa ułożyłam dzieciaki między nas. Córeczka patrzyła na mnie wystraszonymi oczkami. Ciekawe co mogło złego przyśnić się takiej kruszynce. Uśmiechnęła się, gdy zaczęłam bawić się jej rączkami. Po chwili zobaczyłam w przejściu Dymitra z synkiem. słodko wyglądali.
- Myślałem, że już śpisz.- przyznał kładąc malucha koło reszty dzieci.
- Jak widaaać jeszczeee niee.- powiedziałam przez ziewnięcie.
- To teraz śpij.- cmoknął moje czoło i położył się na przeciwko mnie
Nastka jęknęła niezadowolona, a jej brat patrzył smutno.
- Was też kocham zazdrośniki.- każdemu podarował całusa w główkę.- A teraz dobranoc.
- Dobranoc.- również je pocałowałam, ale w policzek.
Męża też. Odsuwałam się, kiedy on złapał mnie za rękę.
- Chyba sobie żartujesz.- rzucił z pretensjami.
- A co byś innego chciał dostać?
- Na przykład to.- przyciągnął mnie do siebie i pocałował namiętnie.
Przechyliłam usta pogłębiając pocałunek. Gdy w końcu wróciłam na swoje miejsce oblizałam wargi.
- Nie kuś Roza.- ostrzegł Rosjanin.
Objął mnie, zamykając w uścisku dzieci pomiędzy nami. Zrobiłam to samo i po chwili słodko spałam.

piątek, 21 października 2016

ROZDZIAŁ 298

- Wejdziesz na kawę?- spytałam ojca.
- Bardzo bym chciał, chociażby dla tych skarbeńków,- połaskotał Nastkę na moich rękach. Mała zaśmiała się i złapała pstrokaty krawat dziadka.- no i oczywiście ciebie, Różyczko,- poprawił się widząc moje spojrzenie.- ale twoja mamusia na pewno się za mną stęskniła. Po za tym muszę jej przekazać dobrą nowinę.
- Życzę powodzenia.- zaśmiałam się.- I pamiętaj. Najpierw ślub.
- A podobno to ja jestem nadopiekuńczy.- westchnął.- No to ja lecę. Pa dzieciaki.
Cmoknął mnie w policzek, a Dymitrowi uścisnął dłoń. Wsiadł do auta które jechało za nami. Za kierownicą siedział Lary. Z tyłu dostrzegłam Dave. Pomachał mi, a ja mu odpowiedziałam tym samym. Bardzo się polubiliśmy. Może to jeszcze nie przyjaźń, ale blisko. Gdy pojechali, weszliśmy do domu. Już wszędzie biegły dzieciaki.
- Rose, mogę pokazać Pawce ogród?- spytała Lili.
- A nie jesteście głodni.
- Nie.- zaprzeczyła szybko dampirzyca.
- Ja bym tam coś zjadł.- odezwał się syn Karoliny.
Lili posmutniała.
- To wiecie co? Idźcie się pobawić, a my zrobimy obiad. Dobrze?
- Tak.- wszystkie dzieci pobiegły do ogrodu.
Wszystkie oprócz Zoji.
- A ty nie idziesz się bawić?- spytałam.
- Ciocia, dzisiaj jeśt tak bardzio gorońco.- narzekała.
- To idź się z nimi pobawić, a po obiedzie będzie niespodzianka.- obiecałam.
Mała ucieszyła się i dołączyła do reszty. Podszedł do mnie mąż i chciał mi zabrać Nastkę.
- Ja zajmę się dziećmi, a ty zacznij robić obiad.- poprosił.
- O nie, towarzyszu. Ja biorę maluchy, a ty masz do kuchni.- odsuwam się z córeczką i kieruję się do schodów.- Tylko zanieś proszę Felixa na górę.
- Ale skarbie, ty się nimi opiekowałaś cały miesiąc...
- I zaopiekuję się jeszcze teraz. Ja nie umiem gotować tak dobrze jak ty. Najwyżej mogę ci kotlety usmażyć. Wymyśl coś ciekawego.- poprosiłam go, wchodząc do pokoju dziecięcego. 
- No dobrze kotku.- odłożył synka do łóżeczka i wyszedł, całując mnie przelotne.
Podeszłam z córeczką do szafy i wzięłam jakieś wygodne ubranka. Położyłam małą na przewijaku i zaczęłam ją przebierać, gdy oboje się rozpłakały. Skończyłam ubierać Nastkę, dałam jej smoczka, a następnie włożyłam do łóżeczka. Wzięłam Felixa, aby mu również zmienić strój. Gdy oboje byli gotowi, wzięłam je (tak, użyłam tych szelek.) na dół, gdzie strażnik czekał już z mlekiem. Zaczął się śmiać, widząc mnie, ale bez słowa wziął ode mnie córeczkę, całując mnie w usta i zaczął ją karmić . Wyciągnęłam synka z szelek i dałam mu butelkę. Uwielbiam, gdy karmione, patrzą na nas z miłością. Wyglądają tak uroczo.
- Dymitr, po obiedzie zabierzemy dzieci nad wodospad?- poprosiłam, odkładając malucha na podłogę, obok siostry.
- Jasne, ale czy się zmieszczą?- zwątpił, wyciągając placki z piekarnika.
- Zoja może jeździć na tym małym rowerku w piwnicy, Łuka zmieści się do diabełków, a Pawka pojedzie na twoim. Zmieścicie się we dwójkę. A ci jest na obiad?- spytałam.
- Postawiłem na meksykańską kuchnię. Tortilla.
- Mniam. To co mogę zrobić?- spytałam.
- Pokrój te umyte warzywa. Tylko zostaw pomidory. Z nich zrobimy sos.
Zrobiłam tak jak mówił. Co jakiś czas patrzyłam czujnie na dzieci. Gdy wszystko zrobiłam, według wskazówek męża, część odłożyłam na talerz, a część wrzucić do garnka na płycie. Trwało to może pięć minut. O pięć minut za długo. Oboje obróciliśmy się na dźwięk tłuczonego naczynia. Podbiegliśmy do dzieci i zabraliśmy je. Nastka chyba chciała przenieść sobie słoik z blatu na podłogę, ale to nie jest pluszowy miś. Nie miała na tyle siły i ceramika spadła.
- Czy ty kiedykolwiek będziesz grzeczna w kuchni?- spytałam córeczkę.
- Ona po prostu się zaciekawiła.
- Piąty raz?- spojrzałam na niego wątpiąco.
- Jak piąty?- nie rozumiał.
- Przez ostatni miesiąc ciągle zrzucała ten słoik. Zawsze zdążyłam go złapać. A gdy zostawiłam go na ziemi, szukała czegoś innego do zabawy. One po prostu rozrabiają.
- Nie wiarygodne. Moja księżniczka?- popatrzył na nią karcąco, a ta się roześmiała.
- Niestety przeważa charakter mamusi.- zrozumiałam, że ze mną też pewnie nie było łatwo.
- Ja bardzo kocham twój charakter.- ukochany odłożył córeczkę w bezpiecznej odległości od potłuczonego naczynia, podszedł i zamknął mnie w uścisku.
- Bo nie musiałeś mnie wychowywać.- burknęłam.
- To teraz będę miał okazję. Po za tym nasze treningi można uznać za wychowywanie cię.
- Czyli, że wtedy patrzyłeś na mnie jak na dziecko.- oburzyłam się.
- Nie. Jak piękną, pełną energii kobietę, która tylko potrzebowała wskazówek, jak nią pokierować w dobry i pożyteczny sposób.
- Pięknie wybrnąłeś. dałam mu całusa.
Wcisnęłam mi mu syna i zaczęłam sprzątać ostre kawałki. W tym czasie Bielikow pilnował Nastki, by nawet nie zbliżyła się do mnie.
- Wiesz co?- westchnęłam, wyrzucając naczynie do śmieci.- Ty lepiej kończ ten obiad, a ja popilnuję dzieciaków w salonie.
- Nie Roza. Wiem co to znaczy opiekować się dziećmi, a z bliźniakami to zapewne dwa razy więcej roboty. Mam dwie młodsze siostry. Gotowanie przy tym, to pikuś. Ty robiłaś wszystko przez ostatnie miesiące. Teraz ja je zabiorę.- mąż pocałował mnie w czoło.
- Skarbie, najgorzej jest robić to wszystko na raz. Samo pilnowanie ich to nic trudnego. A ja wolę gdy ty gotujesz, towarzyszu.
- No dobrze, ale pod jednym warunkiem.- spojrzałam na niego wyczekująco.- Zostajecie tutaj. Nie po to brałem wolne, żeby siedzieć samemu.
Tak też zrobiłam. Zabawiałam dzieci i przyłapywałam ukochanego na podglądaniu nas. Pół godziny później obiad był gotowy. Zawołaliśmy dzieci, które nie chętnie przyszły. Umyły rączki i usiadł do stołu. Maluchom dałam na spróbowania kaszki na mleku Łuki. We trójkę siedzieli i się nią zajadali. Oczywiście my też obiadu mojego kucharza nie oszczędzaliśmy.
Po obiedzie powiedzieliśmy wszystkim o naszych planach i po długich ustaleniach, pojechaliśmy nad jezioro. Dzieci bardzo się ucieszyły i już po chwili wszyscy chlapaliśmy się wodą.

czwartek, 20 października 2016

ROZDZIAŁ 297

- Lili, pospiesz się, bo zaraz się spóźnimy.- zawołał nas Dymitr.
- Chwila!- odkrzyknęłam mu.- Ach ci faceci.
Wiem, że stęsknił się za dzieciakami, ale musi być cierpliwy. Przecież nie pozwolę mojej siostrze wyjść na miasto z jedną stronę splecioną w warkocz, a drugą rozpuszczoną. Miała na sobie piękną, białą sukienkę w niebieskie kwiatki. Ja ubrałam zwiewną z rękawami trzy czwarte w fioletowym kolorze. Na jej dole była ozdobiona czarnymi pędami z liśćmi. Sobie zrobiłam warkocz na boku i lekki makijaż. Lili błagała mnie, ale i tak jej nie pomalowałam. W końcu zeszłyśmy na dół.
- Pięknie wyglądacie.- pochwalił mój mąż.
Młodą ucałował w czoło, a mi wbił się w wargi. Po soczystym pocałunku wyszliśmy z domu. Nasze maluchy siedziały już w samochodzie, bawiąc się swoimi pluszakami i wymieniając ze sobą zapewne bardzo ciekawe uwagi. Bianka wskoczyła na ostatnie siedzenia i położyła się grzecznie. Ja usiadłam na miejscu pasażera i czekałam, aż ukochany zamknie drzwi. Już nie upierałam się, żeby kierować, bo w ostatnim miesiącu robiłam to cały czas, jeżdżąc na Dwór. Lissa prosiła mnie o pomoc w kilku rzeczach. Dwa tygodnie temu urządziła bal, na który również byłam zaproszona. Jednak Bielikow był w roli ochrony, więc głównie siedziałam, popijając soki i gadają z przyjaciółmi. Na chwilę zmienili Dymitra i zaprosił mnie do tańca, jednak tylko raz. Do tego Lissa chciała, żeby nasze dzieci się poznały, ale myślę, że był to pretekst, abym zaopiekowała się jej córeczką. Bycie królową, matką i żoną na raz nie jest łatwe. Mój mąż uważa to za wykorzystanie mnie, ale ja robiłam to z przyjemnością. Skoro nie mogę być jej strażniczką, to chociaż tak jej pomogę. Mała Dragomirówna jest bardzo urocza. Za dużo roboty z nią nie ma. Ma nie całe trzy miesiące i ledwo się uśmiechała. Nasze dzieci były nią zaciekawione i pokazywały bobaskowi swoje zabawki. Myślę, że kiedyś bardzo się zaprzyjaźnią.
- Co się dzieje Roza?- z zamyślenia wyrwał mnie głos strażnika.
Zamrugałam kilka razy i rozejrzałam się dookoła. Byliśmy już na lotnisku. Ale się zamyśliłam. Po chwili dotarło do mnie pytanie . Popatrzyłam na Rosjanina. Uśmiechał się do mnie z miłością, ale i troską.
- Nic. Po prosty wspominałam sobie ostatnie tygodnie. I trochę mnie to wciągnęło.- uśmiechnęłam się.
- Trochę?!- zaśmiał się.- Przez całą drogę siedziałaś wpatrzona w okno i nawet nie zareagowałaś, gdy położyłem dłoń na twoim kolanie. Mógłbym pomyśleć, że się na mnie obraziłaś, gdy nie to, że nie miałaś powodu.
- To ty myślisz, że muszę mieć powód do obrażania się?- parsknęłam śmiechem.
- No raczej.- odpowiedział niepewnie.- Tak powinno być.
- Oj skarbie, to ty jednak mało wiesz o kobietach. Ale przekonasz się, jak kiedyś spędzisz cały dzień ze mną podczas okresu.- zaśmiałam się i wysiadłam.
Dymitr po chwili do mnie dołączył. Wzięliśmy dzieci, a Lili prowadziła Biankę. Razem poszliśmy do budynku. Wszędzie było pełno ludzi. Wśród gwaru i tłumów podeszliśmy do tablicy lotów.
- Wylądowali.- mój mąż wskazał na ich lot.
Zaczęliśmy rozglądać się po lotnisku. Po chwili usłyszałam krzyki i tupot małych stopek.
- Ciocia! Wuja!- Zoja i Pawka przytulili się do nas.
Następnie chłopiec przytulił moją siostrę. Obok nas pojawił się Abe z Łuką na rękach. Malec wystawił do mnie rączki. W zamian za blondynka, dałam ojcu naszą córeczkę.
- Ciocia!- malec wtulił się we mnie.
- Też tęskniłam kochanie.
To niesamowite, jak bardzo można się zżyć z obcymi ludźmi. Teraz są mi bliżsi niż rodzice. Ale od samego początku, gdy tylko poznałam matkę i siostry Dymitra, wiedziałam, że będą mi bliskie. Skoro tak bardzo kocham człowieka, którego stworzyła ta rodzina, to i kocham ją. Tylko Lissę i Masona darzę miłością równą tej do Bielikówn.
- Piesio.- siostra Pawki podeszła do kudłatego olbrzyma.
Przytuliła Biankę, a ta polizała ją, merdając ogonkiem.
- Chodźmy do domu dzieciaki.- zarządził Abe, zapatrzony w wnuczkę.
Poszliśmy do auta. Nasze maluchy siedziały z moim ojcem za nami, a reszta z tyłu.
- Jak minęła podróż, staruszku?- spytałam, odrywając go od zabawy w bobasami.
- Spokojnie. Dzieci były zajęte zabawkami, a później zasnęły. Z tej Zoji to niezłe ziółko. Zaczęła się pytać, czym się zajmuje, kto później będzie miał firmę. Gdy powiedziałem, że najpewniej oddam ją tobie, dopytywała się o różne sprawy w twoim imieniu. Jak dużo będziesz miała zajęć, czy znajdziesz czas dla Dymitra i czy nie lepiej żebym to jej przepisał, bo ty musisz mieć czas wychowywać jej kuzynów i kuzynki. Chyba liczy, że założycie fabrykę dzieci. Ale nawet mi na taki pomysł nie wpadać. Najwyżej jeszcze trójka i więcej wam nie potrzeba.- przybrał groźną minę.
- Nie martw się. Dwójka nam wystarczy.- uspokoiłam go.
- Na razie Roza.- ukochany dotknął mojego kolana, patrząc na mnie znacząco.
- Z wielkim trudem, ale muszę przyznać rację zięciowi. Trzeba poszerzać kręgi dampirów.- odezwał się Abe.
- Chyba sobie nie myślicie, że będę sama latać dziurę demograficzną naszego gatunku.
- Spokojnie kotku,- mąż zaczął głaskać moją nogę.- ja ci pomogę. Piątka to co najmniej musi być.
- Tak?! To sam sobie noś przez dziewięć miesięcy w brzuchu dziecko, jedz więcej niż słoń, wyglądaj gorzej niż wieloryb w ciąży i siedź cały dzień w łóżku, nie mogąc się nawet ruszyć, a na końcu rodz je w bólu przez pięć godzin.- oburzona patrzyłam w okno.
- Skarbie nie mówię, że teraz. Za kilka lat. Czy to nie cudowne mieć takie małe istotki w domu? Pamiętasz, co czułaś, gdy po raz pierwszy wzięłaś na ręce Felixa. Bo ja dokładnie pamiętam twój uśmiech i łzy.- w szybie widziałam, uśmiechnął się na to wspomnienie i sama nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Nie zgrywaj takiego twardziela, bo sam płakałeś, patrząc na Nastkę.- zauważyłam ze śmiechem.
- Takich łez żaden mężczyzna się nie wstydzi.- zacisnął mocniej dłoń na moim kolanie.
- A co z wami, staruszku? - spojrzałam na ojca.- Czemu cały obowiązek dampirzyc spada na mnie?
- Chciałabyś więcej rodzeństwa?- spytał uradowany.
- Nie mi sądzić o tym, czy będę ja miała. Na początku myślałam, że to zły pomysł, jednak zważając na to, co dzieje się z dampirami, przyda się. Ale pod jednym warunkiem.- spojrzałam na niego poważnie.- Obiecaj mi, że jeśli zrobicie mi rodzeństwo, nie oddacie go do Akademii, tak jak mnie.
- Uwierz mi, że gdybym cokolwiek o tym wiedział, nigdy bym do tego nie dopuścił. Ale Janine uciekła ode mnie, zostawiając list z prośbą o nieszukanie i wiadomości, że będę ojcem. Więc obiecuję zaopiekować się tym dzieckiem, razem z twoją matka.
- Ale też mi się nie spieszyć. Najpierw ślub.
- No maluszki, będziecie mieli ciocię młodszą od siebie.- wrócił do zabawy z wnukami i tak zostało aż pod sam dom.

ROZDZIAŁ 296

Po godzinie w końcu się podnieśliśmy, choć nie było to łatwe. Nawet przy ubieraniu, nie umieliśmy się od siebie oderwać. Ciągle jedno drugiemu kradło całusa, a gdy w końcu się ubraliśmy, szliśmy trzymając się za ręce.
- Wiesz, że tak samo zachowywaliśmy się po naszym pierwszym razie?- zauważyłam.
- Roza. Tego nie da się zapomnieć.- ucałował moją dłoń.
Najgorsze zaczęło się przy schodach.
- Roza, później sobie poćwiczysz. Chodź do mnie.- poprosił Rosjanin.
- Skarbie, szybko sprawdzisz co masz sprawdzić i sam do mnie przyjdziesz.- próbowałam zabrać mu swoją rękę.
W końcu mi się udało. Ukochany trochę smutny poszedł do gabinetu. Podbiegłam do niego od tyłu, objęłam i cmoknęłam go w policzek.
- Wolę jak się uśmiechasz.- szepnęłam i uciekam na dół.
Po krótkim biegu i rozgrzewce, zaczęłam ćwiczyć wykopy, ataki i uniki. Gdy się zmęczyłam, wróciłam do domu. W kuchni nalałam sobie wody i poszłam na górę się odświeżyć i przebrać. Wychodziłam z łazienki, gdy usłyszałam wołanie Bielikowa . Miałam złe przeczucia.
- Słucham towarzyszu.- zamknęłam za sobą drzwi.
Jego mina potwierdziła moje obawy.
- Rose, wytłumaczysz mi co to jest?- oparł się o oparcie krzesła, krzyżując ramiona na piersi i wskazał na komputer.
Podeszłam do niego i spojrzałam mu przez ramię. Szlag! Zgadł hasło. Mogłam trudniejsze ustawić.
- To jest bardzo ładny wodospad.- uśmiechnęłam się niewinnie.
- To ja widzę. A czy widziałaś cenę?- mojemu mężowi nie było do śmiechu.
- Cóż. Stać nas. A później, jak będziemy oszczędzać to...
- Oszczędzać?- poderwał się, przerywając mi i zaczął nerwowo chodzić po pokoju.- To nie jest mała suma. Na to będę musiał pracować z dwadzieścia lat.
- Nie przesadzaj. Najwyżej osiem....
- Tobie to łatwo ustalać, kupimy to, kupimy tamto, bo nie ty na to zarabiasz. Nie harujesz jak wół, nie bierzesz nadgodzin na swoje zachcianki. To wszystko ja. I co za to mam? Zamierzałaś w ogóleimi o tym powiedzieć?- denerwował się coraz bardziej.
-Tak...
- Jasne! Po fakcie dokonanym.- znowu mi przerwał.
- Czy możesz w końcu się zamknąć i dać mi powiedzieć,a nie ciągle mi przebywasz!- krzyknęłam wkurzona.
Dymitr spojrzał na mnie zaskoczony, jednak już się nie odezwał.
- Dziękuję. Od samego początku chciałam ci o tym powiedzieć, ale bałam się twojej reakcji, jak widać słusznie. Nie zamierzałam tego kupować bez twojej wiedzy. Wiem, że ciężko pracujesz, ale mi się spodobało i myślałam, że na spokojnie to omówimy i zastanowimy się co z tym zrobić. To moja wina, że nie mogę być na służbie? Powinieneś się liczyć z tym, że gdy pojawią się dzieci, oboje będziemy mieli więcej obowiązków. Myślisz, że ja to sobie leżę i odpoczywam? Przez cały dzień muszę pilnować maluchów, z którymi ty masz problem jednego poranka. Do tego czeka na ciebie ciepły obiad, czysty dom, a rano gotowe dokumenty do pracy. Robię to, bo cię kocham, ale tego nie widzisz. Ogród to był twój pomysł, a to ja ciągle myślę co zrobić, żeby jakoś wyglądał. Ale proszę. Już nie będę się wtrącać do TWOJEGO ogrodu. Po prostu chciałam dobrze.
Kiedy skończyłam mówić, skierowałam się do wyjścia. Ale zanim nacisnęłam klamkę, ukochany złapał mnie w ramiona.
- Nie o to chodzi Roza.- już był spokojny.- Widzę i doceniam to co robisz. To że nic nie mówię, nie znaczy, że tego nie dostrzegam. Jesteś wspaniałą żoną i matką.- usiadł na krześle, a mnie posadził sobie na kolanach.
- Naprawdę chciałam ci powiedzieć. Ale zawsze byłeś zmęczony, albo w złym humorze. W ogóle nie powinnam była tego zapisywać. Co ja głupia myślałam?- zamknęłam okno ze stroną wodospadu.
- Wcale nie jesteś głupia. To jest bardzo piękne, tak jak cały NASZ ogród.- zaakceptował przedostatni wyraz, otwierając na nowo zakładkę.- Po prostu przeraziła mnie ta cena. Bałem się, że chcesz to kupić bez mojej wiedzy. Może zbyt emocjonalnie zareagowałem? Przepraszam.
- Wybaczam ci.- cmoknęłam go w policzek.- Ale nie mogę uwierzyć, że zawsze opanowany strażnik Bielikow jest tak impulsywny.
- Twoje towarzystwo źle na mnie wpływa.- zaśmiał się i mnie mocno przytulił.- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu tovarishch.- zachichotałam, gdy nosem połaskotał mnie w szyję.- To co z tym zrobimy?
- Mogę załatwić takie coś o wiele taniej.- oznajmił w moje włosy.
- Naprawdę?!- wyprostowałam się i spojrzałam mu w oczy.- Za ile?
- 100 tyś.- wzruszył ramionami.
- Wow! Ty to masz kontakty.
- No. Przypomniało mi się, że mój kolega jest kamieniarzem. Może sprzedać nam kilka nieobrobionych skał, a specjalnie wynajęta firma, odpowiednio je wkopie. Później zasadzimy rośliny, bluszcz i poczekamy, aż wyrośnie mech.
- A woda? I mostek, altanka?- dociekałam.
- Wszystko będzie.- pocałował mnie namiętnie.- Jak dasz mi chwilę, to załatwię to jeszcze dzisiaj.
- Dobrze.- zeszłam mu z kolan i odeszłam kawałek.
Mój mąż wziął telefon i wybrał numer. Ja w tym czasie usiadłam przy laptopie i przeglądałam różne strony. O uszy obijały mi się pojedyncze, rosyjskie słowa, ale nie zwracałam na to uwagi. Myślałam o nowych kwiatach wiosennych, które trzeba będzie posadzić na jesień. Nagle zauważyłam, że w pokoju jest dziwnie cicho. Podniosłam wzrok z nad ekranu i okazało się, że byłam sama w pokoju. Kończąc zamawiać cebulki i nasiona kwiatów, zamknęłam sprzęt i zaczęłam szukać Rosjanina. Nie było go w salonie, ani w pokoju dzieci. Gdy schodziłam, usłyszałam jego wołanie. Co znowu przeskrobałam?
- Roza, co to jest?- moja zguba potrząsnęła workiem, który trzymał w dłoni.
Od razu zgadłam, co to jest.
- W końcu jest.- podbiegłam i zabrałam mu paczuszkę.- Czekam na to od poniedziałku.
Otworzyłam ją i wyciągnęłam dwa zestawy szelek.
- Co to?- ponowił pytanie mój ukochany.
- Szelki. Dzięki nim jedno z nas będzie mogło, na raz nieść dwójkę dzieci. Albo każde z nas po jednym, a ręce zostają puste.
- Oj Roza. Jak ty coś wymyślisz...- objął mnie ramieniem i pocałował w czubek głowy.