poniedziałek, 20 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 170

Po oświadczynach, para zawiadomiła o ciąży. Moroje przyjęli to dobrze, tylko kilka osób miało jakieś "ale". Jednak szybko zostali uspokojeni.
Obie z królową poszłyśmy poprawić makijaże.
- Widzisz?! Mówiłam, że nie ma się czym przejmować.
- Miałaś rację. Nie wiedziałam, że tak łatwo pójdzie. I patrz jaki piękny pierścionek kupił mi Christian.- moja przyjaciółka była cała w skowronkach. Ale co się dziwić. Sama nie zachowywałam się lepiej po oświadczynach Dymitra.
Popatrzyłam na swoją obrączkę, a później pierścionek, który wtedy od niego dostałam. Tak, wciąż go noszę.
- Dalej nie mogę uwierzyć, że nie jesteśmy już w akademii, a ja jestem żoną TEGO Dymitra Bielikowa. Nauczyciela, w którym zakochałam się do szaleństwa z wzajemnością, ale z którym wspólna przyszłość była niemożliwa. A teraz proszę.
- Też nie mogę w to wszystko uwierzyć. Christian mi się oświadczył przed całą arystokracją i wyższością świata morojów.
- Ale byłaby siara, gdybyś odmówiła.-zachichotałam.
- Nigdy bym mu tego nie zrobiła. Kocham go i wiesz, że czekałam na to od dawna. Jednak ta chwila wydaje się być idealna. Cieszę się, że to stało się teraz.
Tak samo myślę o moim pierwszym razie z Dymitrem. Marzyłam o tym od dawna, ale cieszę się, że nie stało się to przed wydarzeniami w warowni. To był idealna chwila
- Kiedy chciałabyś ślub?- zapytałam.
- Ee... jeszcze nie rozmawialiśmy o tym...- lekko się zmieszała.
- No jasne, że nie. Przecież przed kilkoma minutami ci się oświadczył. Dlatego pytam się, kiedy TY chciałabyś ślub?
- Mi by najlepiej pasowało w lipcu, po porodzie, ale też nie tak od razu. Żebyśmy mogli odpocząć i chrzciny wyprawić. Co o tym myślisz?- spojrzała na mnie.
- A co to, za mnie wychodzisz?- spytałam zdziwiona jej pytaniem.
- Ale chodziło mi o makijaż.- zamrugała zdezorientowana.
- A skoro tak, to świetnie.- powiedziałam i zaczęłam się śmiać, a królowa mi zawtórowała.- No ale wracamy do naszych mężczyzn, bo zaczną się martwić.
Tak też zrobiłyśmy. Christian od razu wziął swoją narzeczoną na kolana. Ta na początku się buntowała, ale on nie ustępował i tak została. Nikt nie miał im tego za złe. Byli szczęśliwie zakochani i świeżo po oświadczynach. Każdego cieszył ten widok. Już ustawiła się kolejka do składania gratulacji.
Reszta wieczoru upłynęła spokojnie. Przez jakąś godzinę tańczyłam z Dymitrem, póki nie uznał, że nie mogę się przemęczać. A nasze gołąbeczki podbijały parkiet. Moi rodzice też nieźle balowali. Coś czuję, że jutro Abe będzie potrzebował tej magicznej mikstury z Rosji. Dobrze, że mam tego cały słoiczek po dżemie. Po kilku godzinach zabawy, wszyscy zaczęli się zbierać. Goście żegnali gospodarzy i gratulowali dziecka i zaręczyn. Dymitr też chciał się zbierać, ale królowa poprosiła, abyśmy zaczekali. Tak też zrobiliśmy. Rodzicom kazała jechać z Lili do domu, bo było po drugiej morojskiej nocy. Dziewczynka spała na rękach Bielikowa. Oddał ją mojej mamie, a ta trochę spędzona, wzięła małą. Mam nadzieję, że instynkt macierzyński nie zaginął w niej całkowicie.
Gdy zostaliśmy we czwórkę, Lissa zaprowadziła nas do sali dla gości królowej. Usiedliśmy na sofie jak zawsze. Moja przyjaciółka wyjaśniła nam o co chodzi.
- Przepraszam, że tak późno, ale to bardzo ważne. Gdy tańczyliście podeszła do nas czarownica.- to fakt. Oboje je wtedy obserwowaliśmy.- Dostałam propozycję, aby zrobić dla nich kwaterę tutaj. Będą mogły nas bronić, pomagać alchemikom. Tworzyć iluzję i tak dalej. Odciążyło by to dampiry. Jednak nie jest to do końca to samo, więc strażacy dalej będą potrzebni. Do rzeczy. Po co wam o tym mówię? Chciałabym, żebyście sprawdzili te czarownice, które tu przyjadą. Zwracam się do was jako moich zaufanych strażników i przyjaciół. Z Masonem porozmawiam jutro jak przyjedzie, a z Eddym, jak wytrzeźwieje. To zgadzacie się.
- Ja tam nic przeciwko nie mam.- zgodziłam się ku ucieszy morojki.
- W to dobry pomysł. A kiedy to będzie?- dzień dobry oficjalny strażniku. Ale się od tego odzwyczaiłam.
- Najwcześniej po nowym roku.- odpowiedziała zadowolona Lissa.
- No dobrze. To wszystko?- spytałam chcąc już wracać.
- Jeszcze ostatnia sprawa. W sumie chciałam ją załatwić później, ale skoro już jesteście... Chcę, założyć dm dziecka dla dampirów w domu moich rodziców. W odpowiednim czasie podopieczni będą posłani do Akademii ma całym świecie. A pary dampirów będą mogły adoptować dzieci. Chcę żebyście raz w miesiącu, z innymi strażnikami tam przyjeżdżali i dawali rady, pomagali. Wiecie, takie różne rzeczy. No i jeden mały pokaz walki. Ty Rose oczywiście po porodzie.- ostrzegła od razu.
- Jak dla mnie, ty też się zbytnio przemęczasz.- naburmuszyłam się, na co królowa zachichotała.
- To jak? Zgadzacie się?- popatrzyła na mnie z nadzieją.
- Moją opinię znasz.- przypomniało mi się, jak odwiedziła mnie w śnie.
- To świetne rozwiązanie problemu wielu dampirów.- zgodził się mój mąż.
- To wspaniale. Dziękuję wam bardzo. Cieszę się, że was mam. Jesteście wspaniali. I Rose, dziękuję za dzisiaj.
- Nie ma za co. Od tego są przyjaciele.- posłałam jej w powietrzu buziaka, po czym obie wybuchłyśmy śmiechem.
- No dobra, to my będziemy się zbierać.- pożegnaliśmy się z parą.
W domu byliśmy trzy kwadranse później. Odwiózł nas Leo. Lubiłam go i miałam duże zaufanie. Umiał się pośmiać, ale jak trzeba, to zachowa zimną krew. Jest dobrym strażnikiem. Mimo, że między nami są trzy lata różnicy, dobrze się dogadujemy. Pożegnaliśmy się z dampirem i weszliśmy do domu. Wszędzie było cicho i pusto.
- Rozzzza.- ukochany objął mnie w pasie, a przy uchu poczułam jego ciepły oddech i przeszedł mnie dreszcz.- Może w końcu pomogę ci pozbyć się tej sukienki. Wiem, że tylko ci przeszkadza.
Odwróciłam się przodem do niego i zarzuciłam ręce mu na kark.
- Może później kochanie.- wyszeptałam seksownie.- Teraz mamy coś do zrobienia.
- Co?- patrzył na mnie zdziwiony.
- Skarbie, który jutro jest?
- 25 grudzień.
- I co będzie?- ciągnęłam.
- Śniadanie na Dworze?- spytał nie pewnie.
- Wcześniej.
- Śniadanie z rodziną.- rozmarzył się.
- Inaczej. Kto jako pierwszy budzi się w tym magicznym dniu i po co.
- Co dziwne dzieci, żeby... Oł!
- No właśnie oł! Wszyscy śpią, a prezenty same pod choinkę nie pójdą. Do roboty.- klepnęłam go w tyłek, na co zamruczał seksownie. Myślę, że i tak mi w nocy nie odpuści.

niedziela, 19 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 169

Dałabym wczoraj, ale jak zwykle nie zdążyłam. Czyli jak zwykle będzie drugi wieczorem. I następnym razem, gdy piszę 5 komentarzy, chodzi mi o komentarze różnych osób. Ale miło mieć taką fankę. Dzięki Oliwia💖. Życzę wszystkim miłego czytania. 
_____________________________________________________
Do sali, dumnym krokiem, weszła para królewska. Po mojej przyjaciółce nie było widać, że niedawno miała kryzys. Za nimi podążała Jill z... Eddym?! No widzę, że coś mnie ominęło. Jednak moją uwagę przykuła postać w rogu. Musiała przyjść niedawno, ponieważ wcześniej jej nie zauważyłam. Nie był to ani moroj, ani dampir. Bardziej człowiek, ale trudno mi uwierzyć, że lisa zaprosiła zwykła kobietę. Miała ciemną sukienkę, która łatwo wtapiała się w cień. Na jej szyi coś błysnęło. Dopiero wtedy przyszło mi do głowy, że to może być czarownica. Zauważyłam że Bielikow również lustruje nową postać w kącie.
Lissa z Christianem zajęli miejsce obok nas. Jednak młoda królowa wstała i zaczęła swoją przemowę
- Dziękuję wszystkim za przybycie. W tym roku postanowiłam, że razem z nami świętują dampiry i alchemicy. Święta to niezwykły, magiczny czas, podczas którego wszyscy zapominamy o różnicach między nami. Nikt nie jest idealny. Każdy powinien zdawać sobie z tego sprawę. Ale każdy ma w społeczeństwie jakaś ważną rolę. Wielu za nas, razem ze mną zawdzięcza strażnikom życie. Więc czemu mają być gorsi od nas. Alchemicy również nas chronią. Nasz świat, naszą tajemnicę. Ostatnio nastąpiło wiele radykalnych zmian. Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali, doradzali, a nawet krytykowali. Święta to nie tylko prezenty, jedzenie czy "Kevin sam w domu".- uśmiechnęła się, a po sali rozległ się grupowy chichot.- Ale święta to czas, który spędzamy wspólnie z rodziną i przyjaciółmi. Popatrzcie się na osoby, z których spędzanie ten czas. Mężów, chłopaków, rodziców, siostry braci, dzieci. Co byłoby, gdyby ich zabrakło? Wasze życie zmieniło by się. A teraz pomyślcie co czują ci, którzy są sami. Nie mają nikogo. W takiej sytuacji jest dużo dampirów. Służba rodzica nie pozwala mu zaznać radości ze świąt. Rok temu straciłam najlepszego przyjaciela, trzy lata temu na święta miałam tylko moją przyjaciółkę Rose Hathaway i gdyby nie ona, nie byłoby mnie tu z wami. Życzę każdemu aby miał tak wierną strażniczkę i przyjaciółkę. Życzę wam szczęścia, zdrowia, bo to w życiu jest najważniejsze. Możemy powiedzieć, że dobrze żyjemy, gdy jesteśmy szczęśliwi. Nie tylko z pracy, ale i prywatnie. Święta to czas kiedy jesteśmy razem i nie zmarnujmy go.- zakończyła, a wszyscy zaczęli bić brawa. Dostała prawdziwe owacje na stojąco. Królowa zajęła na nowo swoje miejsce.
- Świetnie ci poszło.- powiedziałam.
- Dzięki. Mam nadzieje, że drugie moje przemówienie spotka się z podobną reakcją.- westchnęła.
- Nie denerwuj się, bo to dziecku szkodzi.- upomniałam ją.- A co chodzi z alchemikami? Gdzie oni są?
- W sumie przyszła tylko jedna, jako osoba towarzysząca.- wskazała jedno z miejsc.
Nie mogłam uwierzyć. Siedziała tam Sydney, obok Iwaszkowa. Co chwilę zerkali na siebie, a gdy ich spojrzenia się krzyżowały, było widać w nich miłość. Jeśli ukrywają się ze swoimi uczuciami, to coś im nie wychodzi.
Na stole zaczęły pojawiać się potrawy znoszone przez służbę. Po sali rozległy się odgłosy rozmów i szukania sztućców o talerze. Jedzenia było dużo i bardzo mi smakowało. Mogłoby konkurować z potrawami mojego męża, ale i tak by przegrały. A naczynia też cieszyły oczy. Cała zastawa była z porcelany, srebra i kryształu. Tylko zestaw dla rodziny królewskiej był ze złota z ruinami, diamentami, szafirami i innymi klejnotami. W pomieszczeniu było jasno za sprawą wielkiego, kryształowego żyrandola. 
Po jakimś czasie zaczęli rozlewać alkohol. Jednak przy naszym stoliku popisali tylko Abe, Christian i Eddy. Dymitri Janine oficjalnie byli na służbie, ja i Lissa w ciąży, a Lili i Jill nieletnie. W sumie moja siostra już bawiła się i podbijała parkiet z koleżankami i kolegami poznanymi w kawiarni. Wtedy z Dymitrem daliśmy pokaż naszej miłości.
Królowa chciała na nowo zabrać głos, ale powstrzymałam ją. Powiedziałam, że ludzie lepiej to przyjmą na koniec, w lekkim stanie upojenia alkoholowego. Tak naprawdę wiedziałam, że lepiej to przyjmą po niespodziance jej chłopaka. Jednocześnie nie chciałam go po pędząć. To bardzo ważna decyzja. Przesłał mi wdzięczne spojrzenie, na co uśmiechnęłam się. Nasza niema rozmowa nie uszła uwadze Bielikowa.
- O co wam chodzi Roza?- zapytał się mnie szeptem.
- A nic. Zobaczysz. Od kiedy ty taki niecierpliwy?- zadrwiłam z cwanym uśmieszkiem. On tylko pokręcił zrezygnowany głową.
- Co Bielikow, już ci Rose daje w kość?- zaśmiał się Ozera.
- Uważaj żebym tobie nie dała.- odgryzłam się.
Nagle mój ojciec zaczął się śmiać. Popatrzyliśmy się na niego czekając na wyjaśnienia.
- Rose, wiesz jak to dwuznacznie zabrzmiało- jeszcze bardziej chichotał, a Christian się do niego dołączył.
- I ty przeciwko mnie Żmiju?!- niedowierzałam.
- Ale czemu od razu przeciwko?!- ciągnął Ozera ze złośliwym uśmieszkiem.- Skoro tego potrzebujesz... Tyle, że jest problem. Ja mam piękną dziewczynę, którą bardzo kocham, a teraz chce mnie zabić wzrokiem.- przytulił królowa i cmoknął w skroń.
- Czy wy chociaż przy świątecznym stole możecie się zachować normalnie?!- zezłościła się Lissa.
- Nie gniewaj się skarbie.- uspokajał ukochaną moroj.- Złość piękności szkodzi. - To tobie Lordzie Ozera- nałożyłam nacisk na tytuł.- trzeba Melisy kupić na uspokojenie.
Gdyby można było zabijać wzrokiem, to leżałabym już martwa. Ale że nie może, to jego mina wydała się tylko bardziej kosmiczna.
W końcu Christian wstał. W ślad za nimi podniosła się Lissa, ale on kazał jej usiąść. Zwrócił uwagę wszystkich, szukając łyżeczką w kieliszek.
- Eghem.. dobrze, chciałbym coś ogłosić. Wam goście, a przede wszystkim naszej pięknej królowej.- popatrzył morojce głęboko w oczy.- Znamy się ponad rok. Mieliśmy swoje wzloty i upadki. Na początku nasza znajomość była trudna. Świat stawał przeciwko naszej miłości. Ty, księżniczka, ja syn potępionych. Ale mimo wszystko jesteśmy tu razem. Przez wszystkie trudności przechodziliśmy ramię w ramię. Zawsze blisko. Wspierając nawzajem. Nawet gdy między nami ne układało się najlepiej, nie mogłem przestać o tobie myśleć. Jesteś światełkiem świata, które wyciągnęło mnie z cienia. Oświeciłaś, pokazując dobrą stronę. Wiem, że nie jest ze mną łatwo, ale staram się. A miłość dodaje mi siły. I chcę aby twoja miłość dodawała mi siły do końca życia. Wasylisso Sabino Rheao Dragomir,- klęknął przed dziewczyną, wyciągając z kieszeni małe pudełeczko.- czy uczynisz mnie najszczęśliwszym mężczyzną na ziemi i zostaniesz moją żoną?- otworzył pudełko z pięknym pierścionkiem.
Zobaczyłam stróżki łez na policzkach przyjaciółki. I tyle z makijażu. Ale szczęście mojej najlepszej przyjaciółki jest ważniejsze. Na całej sali była niezmącona cisza. Dało się czuć napięcie, w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Tak!- Lissa z krzykiem rzuciła się w objęcia ukochanego. Wszyscy zaczęli klaskać i wołać "Gorzko! Gorzko!", więc narzeczeni, nie mając większego wyboru, znaczyli usta w pocałunku. Owacje stały się większe, a gdzie nie gdzie przebiły się gwiazdy. Sama się popłakałam. Dymitr przyciągnął mnie do siebie i pocałował w skroń.
- To był ten wielki plan Roza?- spytał z uśmiechem.
- Dla szczęścia bliskiej osoby warto czasem zawrzeć rozejm z wrogiem, a nawet chłopakiem przyjaciółki.

piątek, 17 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 168

Przy wejściu gości witał Christian.
- Witaj Lordzie Ozera.- pierwsi weszli moi rodzice.
My zatrzymaliśmy się z nim pogadać, ponieważ za nami i tak nikt nie wchodził.
- Od kiedy to stoisz na bramce?- zadrwiłam z niego.
- Wiesz, osobiście chciałem sprawdzić czy nie przyjdzie jakaś fałszywa Rose Hathaway. Ale teraz mam pewność, że jesteś prawdziwa.
- Aż tak się za mną stęskniłeś?- zrobiłam dzióbek, udając smutek.
- Jak dla mnie mogłabyś w ogóle nie wracać, ale Lissa by tego nie wytrzymała. Bardzo za tobą tęskni.- westchnął.
Zrobiło mi się smutno. Sama też chciałabym, żeby między nami było jak kiedyś. Popatrzyłam na męża. Wiedział o co mi chodzi. Kiwnął głową ma zgodę.
- Gdzie ona jest?- spytałam moroja.
- W naszej komnacie. Przygotowuje się.
- Idź do niej. Będziemy czekać przy naszym stoliku.- Dymitr cmoknął mnie w czoło i poszłam.
Stanęłam przy jej drzwiach. Pilnowali jej dwaj strażnicy.
- Proszę pani, tam nie można wejść.- zatrzymał mnie jeden z nich.
- Sama jestem jej strażniczką Leo.- skrzyżowałam ręce na piersi.
Z każdym z ochroniarzy królowej znam się po imieniu. Muszę wiedzieć, kto pilnuje mojej przyjaciółki.
- Rose?! O matko. Nie poznałem cię. Proszę, wchodź.
Ha! Ludzie z którymi mam pracować mnie nie poznali. Brawo dziewczyny. Bez pukanie weszłam. Lissa siedziała smutna na łóżku.
- Co to za mina przyszła mamo?- uśmiechnęłam się do niej.
Podniosła się na mój głos i pobiegła, wtulając się we mnie. Miała na sobie zwiewną miętową sukienkę do ziemi na cienkich ramiączkach. Ciasno opinała się w biuście. Pod nim miała szarfę związaną z tyłu w kokardę. Reszta sukienki była rozszerzona i zakrywała jej brzuszek. To już trzeci miesiąc. Makijaż pewnie miała ładny i pracochłonny, ale teraz był rozmazany od jej płaczu.
- Spokojnie.- głaskałam ją po plecach.- Co się dzieje?
Podprowadziłam królową do łóżka i czekałam aż się uspokoi. Po chwili już nie płakała.
- Rose. Boję się.
- Czego? Ktoś ci grozi?- rozejrzałam się czujnie po pokoju.
- Nie.- zapewniła szybko.- Tylko z Christianem chcemy ogłosić, że spodziewamy się dziecka. Boję się ich reakcji.
Odetchnęłam z ulgą.
- Liss, popatrz na mnie.- morojka podniosła głowę.- To wasze szczęście i nikt nie może wam tego zepsuć. Nie ważne co mówią inni. Nie przejmujesz się tym, że będą mieć pretensje o dampirów, a boisz się swojego stanu. Przecież to normalna kolej rzeczy. My jesteśmy czymś nowym. A ciąża u królowej? Jak mogą zareagować?- pocieszałam ją.
- Mogą myśleć, że nie dam rady.
- A co wu myślicie?
- Mam przy sobie Christiana i wiem, że zawsze mogę polegać na tobie.
- Pamiętasz plotki na mój temat w akademii?- pokiwała głową, że tak.- Nie przejmowałam się nimi z jednego powodu. Wiesz jakiego?- tym razem zaprzeczyła.- Osoby na których mi zależało nie wierzyły w nie. I to był dla mnie najważniejsze. Nie ważne, co myślą inni, ważne co myślisz ty.- skończyłam swój wywód.
Lissa patrzyła na mnie w szoku. Po chwili na jej zapłakanej twarzy pojawił się uśmiech.
- Rose, od kiedy ty jesteś taka... no taka.- zaśmiała się.
- Miałam dobrego nauczyciela.- uśmiechnęłam się na myśl, że dałam jej lekcję typu zen mojego męża.
- Jesteście dla siebie idealni.- powiedziała.
- Wy też.
Obie się uśmiechnęłyśmy.
- Dobra wasza wysokość. Trzeba zrobić z ciebie bóstwo.
Zagoniłam ją do łazienki, żeby umyła twarz, a następnie posadziłam przed lustrem. Rozpuściłam jej poburzonego koka i palcami wygładziłam blond loki. Z boku zaplotłam małego warkoczyka, a resztę spięłam trochę wyżej, dodając im efektu większej objętości. Spryskałam je toną lakieru i innych kosmetyków. Następnie zajęłam się jej makijażem. Na koniec dałam jej naszyjnik z turkusem w kształcie serca i tego samego koloru kolczyki. Pokazałam jej efekt końcowy w wielkim lustrze na jednej ze ścian. Zrobiła wielkie oczy.
- Tylkoesię nie popłacz, bo makijaż zmyjesz.- byłam dumna ze swojego dzieła.
- Dziękuję Rose. Jesteś wspaniała.- przytuliła mnie.
- Czego nie robi się dla przyjaciół. Ale jeszcze jeden dodatek. Gdzie komnata pełna tiar.-spytałam na co obie się zaśmiałyśmy.
Lissa zaprowadziła mnie do drzwi po drugiej stronie pokoju. W środku otworzyłam szeroko oczy. Nie no! Ona na serio ma pokój z tiarami?! Był nie większy niż składzik na manekiny. Wszędzie były korony i diademy. Przeszłam po pomieszczeniu i znalazłam idealną. Mała, srebrna z mnóstwem diamencików i szafirów. Podałam tiarę młodej królowej, a ona ją ubrała.
- Teraz muszę iść. Myślę, że dalej sobie poradzisz.- powiedziałam przy drzwiach.
- Tak. Też tak myślę. Dziękuję i do zobaczenia na przyjęciu.
Wyszłam od królowej i pożegnałam się z jej strażnikami.
- Leo, Martin. Macie jej pilnować. Na przyjęciu ogłosi coś, co może nie spodobać się arystokracji. W razie awantury nikt po za nami, Ozerą i moimi rodzicami nie ma prawa się do niej zbliżyć.
- Tak jest, strażniczko Hathaway-Bielikow.- pierwszy z nich ukłonił się teatralne z uśmiechem.- Rany dłuższego nazwiska chyba nie da się mieć.
- Szczęście jest tego warte. Coś o tym wiesz.- stwierdziłam.
Leo ma od jakiś siedmiu tygodni żonę, z tego co słyszałam. Jest to również strażniczka. Teraz zastanawiają się nad adopcją.
- Tak. To wszystko dzięki wam.
- No dobra. Teraz muszę iść. A ty macie mieć oczy dookoła głowy.
Poszłam do sali i usiadłam koło męża. Po jego prawej siedziała Lili.
- Jesteś w końcu.- ukochany złączył pod stołem nasze dłonie i położył je na moim kolanie.
- Lissa miała mały kryzys, ale wszystko już jest w porządku. A co stęskniłeś się?
- Nawet nie wiesz, jak bardzo.- wtrącił się Abe siedzący z moją mamą, na przeciwko nas.- Myślałem, że zaraz postawi na nogi cały dwór. Pytał o ciebie każdego strażnika, jaki nas mijał.
Popatrzyłam na Dymitra z miłością. On odpowiedział tym samym i mocniej ścisnął moją dłoń.
Teraz mogłam na spokojnie rozejrzeć się po sali. Stoły z białymi obrusami i świeczkami zostały ustawione w literę U. Środkowy był dla królowej i jej gości. Właśnie przy nim siedzieliśmy. Pomiędzy ramionami litery można było tańczyć. Ale w tej chwili wszyscy zajmowali miejsca i czekają na przybycie Lissy. Za nami stała wielka do sufitu choinka. Ściany i posadzkę pokrywał marmur. Wszędzie na ścianach zawieszone były łańcuchy i stroiki ze świeczkami. To dodawało pomieszczeniu świątecznej atmosfery. W tle grała cicha muzyka, ale goście zagłuszali ją rozmowami.
Nagle rozległ się dźwięk fanfar i główne drzwi się otworzyły.

czwartek, 16 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 167

Nie wierzę w to co widzę. Nasi panowie razem sobie siedzą i oglądają mecz. Nie no, czegoś takiego się nie spodziewałam.
- O, hej dziewczyny.- przywitał się Abe.
Zaniosłyśmy swoje torby na górę. Reszta rozsypała się po całym domu. Wiki wpadła do pokoju Lili i Pawki. Często bawili się razem. Karolina wzięła od mamy swoją córkę, a Sonia syna, śpiącego na jednym z foteli. Po schowaniu ubrań, zeszłam z powrotem do salonu. W tym momencie Dymitr zerwał się krzycząc: "Gol!!!", a mój ojciec wyglądał, jakby chciał coś rozwalić.
- Pieprzone cioty.- mruknął pod nosem.
- Wyrażają się.- upomniałam go, za co dostałam wściekły wzrok.
- Ona ma rację.- poparła mnie jego narzeczona.
- No super. Od kiedy to wy się tak dobrze dogadujecie?- spytał z kpiną Abe.- No wracając do interesów...- wyciągnął z portfela dziesięć dolarów i wręczył je mojemu mężowi.
- O co chodzi?- patrzyłam na nich podejrzliwie.
- Nic Roza. Tylko założyliśmy się o wynik meczu. Real Madryt był dzisiaj w dobrej formie.- objął mnie i cmoknął w skroń.
Było już późno i trzeba było szykować się na kolację. Gdy dziewczyny tylko to usłyszał, mnie, Lili i Janine zamknęły w naszej sypialni, a naszych mężczyzn w pokoju rodziców. Do nich poszła Sonia i okazało się, że ściągnęli Eddyego, a Karolina i Wiki zajęły się nami.
- Możemy zrobić makijaż małej?- spytała najmłodsza z sióstr.
Zgodziłam się. Zaraz po tym jej siostra zamknęła mnie w łazience.
- Tylko Rose, weź tym razem szybciej niż ostatnio.- upomniała mnie.
- Postaram się.
Wzięłam szybki, ale dokładny prysznic. Umyłam się swoim ulubionym kokosowym żelem. Ogoliłam się i spłukałam odżywkę z włosów. Ubrałam bieliznę i szlafrok.
Po mnie, do łazienki weszła strażniczka. Sama zostałam posadzona przy swojej toaletce i od razu Karolina zajęła się moimi włosami, a Wiki podjęła się zadania zrobienia manicuru i pedicuru. Drzwi łazienki otworzyły się, gdy moje paznokcie wysychały. Wszystkie były granatowe, a na palcach serdecznych doklejone miałam brylanciki. Najmłodsza siostra poradziła moją mamę na drugim krześle i zabrała się za jej włosy. Na mojej głowie powstała burza lekko wytapirowanych fal. U Janine zdecydowały się na koka. Strażniczka czuła się trochę niezręcznie. W tym czasie Wiki przygotowywałam kąpiel dla Lili.
- Rose my w końcu zostaniemy twoimi prywatnymi stylistkami.- zaśmiały się Bielikówny.
- Spoko, znając Dymitra, będziecie mieć dużo zleceń.
- Aż taki romantyk z naszego braciszka?- zaśmiała się Karolina.
- A żebyś wiedziała.- uśmiechnęłam się na wspomnienia naszych chwil.
Gdy moje włosy były gotowe, fryzjerka zabrała się na makijaż.
- Mamo spokojnie, przecież cię nie ugryzą.- zaśmiałam się. Ta tylko popatrzyła na mnie groźnie, ale trochę się odprężyła. Po pół godzinie byłyśmy wszystkie trzy gotowe. Moja siostra zachwycała się swoją sukienką. Wiedziałam, że trafiłam w dziesiątkę.
-Chciałbym, żeby Pawka też mógł pójść.- westchnęła mała.
Lissa rozważałam opcję zaproszenia Bielikowów, gdy dowiedziała się, że chcę ich ściągnąć, ale wybiłam jej to z głowy. Już i tak pewnie będzie szok, że dampiry są gośćmi i to jeszcze będą siedzieć przy stole z królową.
- Wiem skarbie, ale jutro razem pójdziemy na śniadanie.
- Dobra dziewczyny, czas na pokaz.- ponagliły nas dziewczyny.- Mężczyźni już czekają na dole.
- Nie jestem pewna.- wahała się moja mama.
- To tylko kolacja. Dasz radę. Ojciec padnie na twój widok.
- No dobra, raz kozi śmierć.
Wyszłyśmy na schody. Ustawiłyśmy się z Lilianą pomiędzy nami. Dymitr i Abe nie zauważyli nas, zajęci rozmową. Dziewczyny ustawiły się u podnóża schodów. Odchrząknęły, zwracając ma siebie uwagę. Mężczyźni popatrzyli na nie, a następnie przenieśli wzrok na naszą trójkę. Dumnie, z uśmiechami schodziłyśmy na dół. Ich oczy zrobiły się wielkie jak spodki, a buzie mimowolnie się rozszerzyły. Wręcz czułam jak mąż rozbiera mnie wzrokiem. Na dole podeszłam do niego i oparłam dłonie mu na ramionach. Jego znalazły się na mojej talii. W oczach miał zachwyt i uwielbienie.
- Roza...- chyba nie wiedział co powiedzieć.
Przyłożyłam mu palec do ust.
- Cii...- szepnęłam.- nic nie mów, tylko mnie pocałuj.
Nie czekałam długi na dreszcz wywołany miękkością jego warg. Jak to możliwe, że z każdym dniem kocham go jeszcze mocniej? Ale musieliśmy przerwać naszą pieszczotę, bo nie chciałam, żeby Abe włączył się do akcji. Jednak on okazał się być zajęty moją mamą. A dokładnie zlizywaniem jej szminki.
- Hej, dziewczyny tyle się napracowały, a ty cały makijaż jej psujesz.- przerwałam im ta jakże romantyczną chwilę.
Odsunęli się od siebie. Mój ojciec uśmiechnął się cwanie, za to rumieńców Janin nie dał rady przykryć podkład.
Po chwili pożegnaliśmy się ze wszystkimi. Powiedziałam, żeby czuli się jak u siebie w domu. Jewie nawet to wychodzi. W zamian oni życzyli nam dobrej zabawy. Przed domem stał samochód, który na bank pokochała by Sydney ze swoją miłością do motoryzacji. Pewnie wynajął go mój ojciec z kierowcą. Przewidział, że nie podadzą nam tam samych soczków. Wsiadłam z ukochanym z tyłu i na przodzie zobaczyłam...
- A ty wciąż masz układ z diabłem?- westchnęłam zrezygnowana postępowaniem alchemiczki.
- No jak widać.- obok mnie usiedli moi rodzice.
Samochód odpalił i pojechaliśmy na dwór.
Na miejscu byliśmy po pół godzinie. Przy bramie był nie mały ruch, ale i tak większość musiała przyjechać wcześniej. Raczej nikt nie przyjeżdża z daleka na ostatnią chwilę. Po rutynowej kontroli wjechaliśmy do garażu. Na szczęście jako strażnicy mamy swoje zarezerwowane miejsce. Pierwszy wyszedł mój mąż i pomógł wysiąść mi. Abe opuścił pojazd po naszej stronie, ale szybko podbiegł do drugich drzwi i podał rękę mojej mamie. Jak prawdziwy dżentelmen. Moja rodzicielka jednak nie wydaje się być zachwycona jego zachowaniem. Nie jest przyzwyczajona. Chce być niezależna, samodzielna. Po prostu wykonywać swoją pracę. Rozumiem ją. Też taka jestem. Dlatego tak długo przyzwyczajałam się do tego, że Dymitr lubi nosić mnie na rękach. Abe otworzył również drzwi z przodu, pomagając młodszej córce. Szepnął coś na ucho narzeczonej, a ona mu odpowiedziała lekko zdenerwowana. Po następnej wymianie zdań, mój ojciec podał jej ramię, które chwyciła z miłym uśmiechem. Bardzo ładnie się uśmiecha. Wcześniej tego nie zauważyłam. Może dlatego, że wcześniej się tyle nie śmiała. Odkąd Abe wrócił do nas, jest bardziej radosna. My poszliśmy w ich ślady. Wolałabym trzymać go za dłoń, ale to elokwentne przyjęcie i trzeba zachowywać się "przyzwoicie".
Wolno ruszyliśmy w stronę wielkiej sali bazowej numer pięć.

środa, 15 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 166

- Sama królowa was zaprosiła?- oczy sióstr Dymitra były wielkie jak krążki do hokeja.
- No tak.- powiedziałam, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. No bo w sumie była.- To moja przyjaciółka.
- Dalej nie wierzę, że Dimka zakochał się w przyjaciółce królowej.
Niekiedy zapominam, że ona jest królową. To takie dziwne znać kogoś od przedszkola i słyszeć jakie to niezwykłe być kimś tak ważnym, dla kogoś tak ważnego. I lekko denerwujące. Przecież każdy mógłby tak awansować i każdy ma przyjaciół. To nic nadzwyczajnego. Ale widać, że inni uważają inaczej.
- Mamo, a pokaż w czym pójdziesz.- postanowiłam zmienić temat.
- W stroju strażniczki.- powiedziała pewnie.
Wszyscy zaczęli się śmiać, ale przestali, gdy zrozumieli, że mówi na serio.
- Chyba sobie żartujesz?!- Abe aż wstał i usiadł z wrażenia.- nie możesz iść na święta do królowej w stroju służbowym.
- Mamo, musisz mieć jakąś sukienkę.- poparłam go.
- Właśnie strażniczko Hathaway.- dodała Wiki.
- Ale to nie wypada dampirzycy. Nawet to zaszczyt. Nie jestem morojką i nie powinno mnie tam być.
- O to cały czas walczą Dimka i Rose. O równość. A jakby to wyglądało, jeśli strażniczka nie wspierała córki. Oni potrzebują strażniczki pomocy.- podeszła ją Sonia. Sprytne.
- No w sumie.- moja mama lekko się zmieszała.
Ta rozmowa nie była jej na rękę. Zwłaszcza, że takie kobiety jak rodzina Dymitra są potępione przez szanujące się strażniczki, w tym nią samą. A tu okazuje się, że mają lepsze życie niż my. Pamiętam swoją reakcję na ten fakt. Byłam zmieszana i w prosty nie mogłam uwierzyć, że ktoś publicznie potępiony może wychować takiego strażnika jak Bielikow. Jednak po poznaniu ich zrozumiałam, że to go takiego stworzyło. Nie jest tylko dobry w zabijaniu, czego od nas wymagają, ale jest dobrym człowiekiem, znającym wartości rodzinne i takie, których nawet dzieci najlepszych strażników nie wiedzą. Bo nie mają rodziny.
- Dziewczyny, zbieramy się.- zażądała Karolina.
- Gdzie?- spytałam zdezorientowana.
- Do sklepu.- wyjaśniła i wpadła do kuchni.- Dimka. Na resztę dnia porywamy twoją żonę i teściową. Jedziemy do sklepu. Nie będziesz zbyt za nią tęsknił, prawda?
- Oj nie wiem.- zaśmiał się.
- Spokojnie towarzyszu. Przed rocznicą może wrócę.
 - No dobrze, skoro tak.- zgodził się.
- Dzięki. To pa towarzyszu.- poszłam do kuchni i go pocałowałam.
- Baw się dobrze, Roza. I uważaj na siebie.- oddał pocałunek.
- Eghem...- przerwało mam chrząknięcie mojego ojca.
Szybko zniknęłam z pomieszczenia.
- Nie wiem, czy powinnam zostawiać tu Ibrahima samego.- wahała się strażniczka, gdy ubierałyśmy się na przedpokoju.
- Spokojnie, nic mu nie będzie. W końcu zostaje tu z Dymitrem.- zatrzymałam się w pół kroku.- Oł...
- Właśnie o to mi chodzi. Zostawiamy ich samych.
- Poradzą sobie.- próbowałam nas pocieszyć.
- Miejmy nadzieję.
- Drogie Panie. Mniej gadania, więcej wychodzenia.- ponaglała nas Wiktoria.
Po chwili już jechaliśmy do najbliższej galerii handlowej.
Godzinę później nasze auto zatrzymało się na parkingu.
Wchodziłyśmy do wszystkich sklepów po kolei. Wszystkie biegałyśmy pomiędzy regałami, po za moją matką. Ona patrzyła czujnie dookoła, szukając zagrożenia. Pokręciłam zrezygnowana głową i wróciłam do przeszukiwania wieszaków. Znalazłam jedną, która mi przypadła do gustu. Była granatowa, bez ramiączek. Zabrałam ja do przymierzalni. Leżała idealnie, uwydatniając mój brzuszek(↓). Dziewczyny się nią zachwycał, ale oczywiście wielki strażniczka otaksowała mnie krytycznym spojrzeniem. Pewnie znowu pomyślała, że robię z siebie dziwkę.
- Rose. Chyba nie zamierzasz iść tak na kolacje do Królowej?!- oburzyła się.
- Tak.- odpowiedziałam.- Jestem dampirzycą i mam czym się chwalić i będę to robić.
- Powinnaś być bardziej odpowiedzialna, a tobie tylko zabawa w głowie. Masz ratować życie morojów, a nie zgrywać gwiazdę estrady. Jesteś strażniczką, na litość Boską.- podniosła głos.
- Ale to nie znaczy, że nie mogę ładnie wyglądać.- kipiałam z wściekłości. 
- Wyglądać ładnie można w normalnym ubraniu.
- Na szczęście to moje życie i będę ubierać się jak JA chcę.- wróciłam za kotarę.
Moja matka więcej już się nie odezwała. Sobie znalazła skromniejszą kreację, ale pasowała jej. Była zwiewna i o odcień jaśniejsza od mojej. W pasie przewiązaną miała kokardę.
- Czy Abe widział cię kiedykolwiek w sukience?- spytałam ją, zapominając o tym, że jestem na nią zła.
- Z dziewiętnaście lat temu.- pogrążyła się w swoich myślach.
- W takim razie dzisiaj padnie na twój widok.
- Dimka na twój też.- zwróciła się do mnie Karolina.
- My już o to zadbamy.- zaśmiała się Wiki.
- Dziękuję dziewczyny.- uścisnęłam je.
- Czego nie robi się dla rodziny.- zachichotałyśmy zgodnie.
- Ciekawa jestem jak wyglądałoby nasze spotkanie, gdyby Dimka, no wiecie...- zastanowiła się Sonia.
- Znając naszego brata, to znałybyśmy cię tylko z listów.- zaśmiała się Karolina.- Albo na ślubie.
- A znając mnie,- podałam wybraną sukienkę ekspedientce i zapłaciłam kartą.- zmusiłabym go do urlopu i wyjazdu. Ze mną nie ma tak łatwo. Ale pewnie nie poznałabym ojca.
- To co?- spytała moja mama, kiedy wychodziłyśmy ze sklepu.- Wracamy?
- Jeszcze nie.- zaprotestowałam. Dziewczyny popatrzyły na mnie zdziwione.- Teraz chodźmy do kawiarni, a później kupić sukieneczkę dla Liliany. A chłopcy jak poczekają, bardziej docenią.
Tak też zrobiłyśmy. Usiadłyśmy przy jednym ze stolików, przy oknie. Gadałyśmy na różne tematy. Dziewczyny i strażniczka zamówiły kawę i ciasto, a ja czekoladę i szarlotkę. Wpadłam na pomysł.
- Wiki, a nie chciałabyś uczyć się w Akademii św. Władimira?- spytałam.
Moja szwagierka popatrzyła na mnie w szoku. Reszta czekała na jej reakcję.
- Allle... nie wiem czy... myślisz, że bym się dostała?
- Spokojnie. Nie musisz podejmować decyzji teraz. Przemysł to na spokojnie, a resztę zostaw nam.
- Bardzo bym chciała, ale muszę pogadać z mamą. Nie wierzę. Naprawdę mogę?- nie dowierzała. Po chwili rzuciła mi się na szyję.- Dziękuję, dziękuję, dziękuję.
Po skończeniu napojów, zabrałyśmy zakupy i poszłyśmy do sklepu z ubraniami dla dzieci. Po kilku godzinach i odwiedzeniu wielu sklepów, znalazłam tą jedną jedyną(↓). Szybko za nią zapłaciłam i wróciłyśmy do samochodu. Weszłyśmy do domu, ale to co tam zobaczyłam z matką sprawiło, że wypuściłyśmy torby z zakupami.
- Dymitr?!- zdziwiłam się.
- Ibrahim?!- powiedziała równocześnie ze mną moja rodzicielka.
________________________________________________________
Sukienka Rose
Sukienka Janin.
Sukienka Lili

ROZDZIAŁ 165

Tak, wiem. Miał być wczoraj, ale zabrakło mi internetu (też Cię Kocham DayDance💖). Ale za to będzie dzisiaj jeszcze jeden. Chyba, że... nie, nie powinno być problemów.
______________________________________________________
Rano obudziłam się w dobrym humorze. Chciałam przytulić się do męża, ale łóżko po jego stronie było puste. Postanowiłam zejść i zobaczyć, czy nie robi nam śniadania, gdy zauważyłam, że w łazience pali się światło. Położyłam się i udawałam, ze śpię, gdy usłyszałam spuszczanie wody.
Usłyszałam skrzypnięcie drzwi i dźwięk wyłącznego światła. Po chwili materac się ugiął i poczułam ciężar ręki na biodrze. Ukochany przytulił mnie w geście ochrony.
- Nie pozwolę, żeby coś ci się stało Roza.- szepnął łamiącym się głosem. Musiał być bardzo roztrzęsiony. Chyba dalej myśli, że śpię.- Przysięgam, że zapłaci za to, że z nami zawarł. Ochronię cię Różyczko.
- Dymitr.- szepnęłam.
Spiął się lekko, ale po chwili jego ciało odprężyło się i przyciągnął mnie bliżej siebie. Był pewny, że gadam przez sen. Odwróciłam się i spojrzałam mu w oczy. Miał w nich strach. Pogłaskałam go po policzku.
- Co się dzieje, towarzyszu?- spytałam z troską.
- Nic kochanie. Śpij.
- Przecież widzę. Powiedz mi.- toczył wewnętrzną walkę.- Wiesz, że możesz mi zaufać.
- Nie chcę Cię martwić.
- Ha! Czyli, że jednak jest coś nie tak. Powiedz.- naciskałam.
- Ja jakoś nie dopytywałem się, o co chodzi z Christianem.- bronił się.
- Bo to nie zagrażało nikomu. A tego nie mogę powiedzieć o twoim problemie. Jak mi nie powiesz, to tak będę się martwić, że nie zasnę.
- Robert...- szepnął tak cicho, że gdybym nie czekała na odpowiedź, na pewno bym jej nie usłyszała. Zszokowało mnie to.- Ale nie pozwolę, żeby was skrzywdził.
- A ciebie?- spytałam zaopatrzona w ścianę.
- Ja nie jestem ważny.- popatrzył na mnie czule.
- Mylisz się. Jesteś dla mnie ważny. Nie mogę cię stracić. Proszę nie rób nic głupiego. Nie wiemy, gdzie jest? Czego chce? Mamy za mało informacji. Potrzebujemy planu. Pamiętasz zeszły rok. Mason chciał pokonać strzygi bez strategii. Wiedziony impulsem uciekł. To wszystko było jego planem i co się stało? Nie mogę pozwolić ci na to samo. Nie mogę cię stracić. Tylko dzięki tobie się podniosłam. Bez ciebie nie byłoby mnie tu gdzie jestem. Dajesz mi siłę, której nie mogę stracić. Poczekaj. Obiecaj mi że nie zrobisz nic głupiego i poczekasz. Obiecaj.- popatrzyłam na niego błagalnie.
- Obiecuję.- powiedział bez wahania i zapieczentował to pocałunkiem.- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu.- na nowo zasnęłam w jego ramionach.

Następna pobudka była podobna. Ale tym razem miałam się do kogo przytulić.
- Dzień dobry Roza.- powitał mnie cudowny głos.
- Dzień dobry, towarzyszu.- przyciągnęłam się i opadłam na jego pierś.- Co dzisiaj robimy?
- Kończymy gotowanie i przyjeżdżają twoi rodzice z Lili. Trzeba popakować prezenty bo przy tej małej nic nie da się zrobić w tajemnicy. A z twoim ojcem... fiu fiu. Nie możliwe.- zaśmialiśmy się.
- Towarzyszu, powinieneś się nauczyć, że dla nas takie słowo nie istnieje.
Po porannej toalecie i śniadaniu, znowu spotkaliśmy się w kuchni. Praca szybko nam zleciała. Następnie obiad.
Podczas jedzenia usłyszeliśmy dzwonek do drzwi.
- To na pewno goście.- odezwał się Dymitr.
- Na pewno.- uśmiechnęłam się.- Pójdziesz otworzyć?- poprosiłam.
- Oczywiście słońce.
Gdy wyszedł, uśmiechnęłam się jeszcze szerzej. Ciekawe, czy spodoba mu się niespodzianka. Nasłuchiwałam odgłos jego kroków, następnie otwieranie zamka i na koniec skrzypienie drzwi.
- Dimka!- po domu poniósł się kobiecy głos.
- Mama?!- zdziwił się.
Szybko znalazłam się w przedpokoju.
- Ciocia Rose! Ciocia Rose!- od razu rzuciła się na mnie czwórka dzieci.
Zoja i Łuka dopadli moich nóg, a Pawka i Lili byli na tyle wysocy, że przytulili mój brzuch. Jednak po chwili jedna z moich stóp została uwolniona. Zoja wydobyła z siebie jęk niezadowolenia, ale gdy tylko zauważyła, kto ją podniósł, wtuliła się w szyję mojego męża. Najwidoczniej już się przywitał z resztą.
- Wujek Dimka!- zapiszczała.
- Rose!- wszystkie Bielikówny mnie objęły, uważając na pozostałą trójkę dzieci.
Po czułym przywitaniu z rodziną ze strony Rosjanina, przyszła kolej na moją. Z matką patrzyłyśmy na siebie nie pewnie, w napięciu. Wydawało mi się, jakbyśmy istniały tylko my. Po długich sekundach rzuciłam się jej w objęcia. Odwzajemniła gest.
Popatrzyłam na jej twarz i...nie wierzę. Oczy strażniczki zaszkliły się.
- Witaj na święta mamo.- odezwałam się.
- Dziękuję córuś.- wyszeptała.
Oderwałyśmy się od siebie. Spojrzałam na osobę, która stała za nią.
- Witaj Różyczko.- uśmiechnął się cwanie z rozłożonymi ramionami.
- Na coś czekasz, staruszku?
- Nie chcę nic mówić, ale przywiozłem na święta rodzinę twojego męża.
- Jak sam zauważyłeś, to też moja i WASZA rodzina.- zaakcentowałam przedostatnie słowo.
Mimo wszystko przytuliłam moroja.
Po przywitaniu i odniesieniu bagaży do pokoi dla gości usiedliśmy w salonie.
- Bardzo ładna choinka.- pochwaliła Olena.
- Wcale, że nie. - zaprotestowała córeczka Karoliny.- Nie ma prezentów.
Usiadła obrażona na podłodze, dopóki nie podniosły ją silne ręce.
- Spokojnie. Dziadek Mróz dopiero musi przyjść.- mój ukochany posadził ją sobie na kolanach.
- Dziadek Mróz?!- popatrzyłam na niego zdziwiona.
- To Rosyjski odpowiednik świętego Mikołaja.- wytłumaczył Abe.
- Acha.- tylko tyle powiedziałam.
Przytuliłam się do mojego strażnika. Na moich kolanach już rezydował syn Soni. Głaskałam go po plecach, gdy zasypiał oparty o mój brzuch. Z drugiej strony objęłam Lili, która już dawno spała, razem z Pawką. O dziwo tylko Zoja jeszcze trzymała się na nogach.
- Jak wam minęła podróż?- zagadnął Bielikow rodzinę.
- Dobrze.- odpowiedziały jego siostry równocześnie i wszyscy się roześmiali.
Rozmawialiśmy na różne tematy. Po pewnym czasie mój ukochany wrócił do kuchni, gdzie poszła również jego matka. Chwilę się wykłócali, że ona jest gościem i nie powinna gotować, ale rzadko kiedy dzieci mają jakakolwiek szanse w starciu z rodzicielkami. Tak więc oboje zakasłali rękawy i przystąpili do pracy. Pokazałam reszcie, gdzie mają spać. Pawka poszedł do pokoju Lili, a kobiety od Dymitra do jednego z gościnnych. Drugi należał na te kilka dni do moich rodziców. Abe jako jedyny mężczyzna, oprócz zajętego w kuchni Bielikowa, pomógł przenieść kojce z pokoiku naszych przyszłych dzieci do kobiet. Położyliśmy dzieci spać, a sami jeszcze rozmawialiśmy w salonie.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 164

 Chwilę jeszcze pogadaliśmy o jego planie. Następnie wyszłam, szukając Bielikowa. Gotował dalej w kuchni. Podeszłam do niego i objęłam go od tyły. Od razu się odwrócił i cmoknął mnie w czoło. Lubię gdy tak robi. Pokazuje tym, że się o mnie troszczy.
- To co moja szefowo kuchni? Gotowa do pracy?
Pokiwałam głową na potwierdzenie. Zaraz zabraliśmy się za resztę dań na śniadanie bożonarodzeniowe.
- A nie spytasz o co chodziło?- nie wytrzymałam.
- Roza. Ufam ci. Jeśli nie powiesz mi sama, oznacza to, że lepiej żebym nie wiedział.- popatrzył na mnie z miłością.
Nie mogłam się powstrzymać. Podeszłam do niego i pocałowałam namiętnie.- Po za tym, mam nagrywanie rozmów.- dodał. Zdębiałam. O nie. On nie może tego odsłuchać. To nie tak, że mam przed nim tajemnice. O raczej taka niespodzianka o której mamy wiedzieć tylko ja i Christian.- Co tak się patrzysz? Jestem strażnikiem pary królewskiej. Muszę kontrolować sytuację. Ale nie martw się. Ufam ci i poczekam. Może kiedyś mi powiesz.
- Dowiesz się jutro.
Po zrobieniu następnych dań i zjedzeniu kolacji, poszliśmy do sypialni. Byłam wykończona. Dymitr pierwszy poszedł się myć. Ja w tym czasie zadzwoniłam do matki. Kontakt między nami polepszył się. Rozmawiałyśmy często przez telefon, poznając się trochę lepiej. Ale to nie to samo co rozmowa na żywo. Już nie mogę się doczekać jutra. Dokładnie omówiliśmy jak będą wyglądały święta. Ona, jak i Dymitr będą gośćmi przy kolacji wigilijnej. Lissa wmówiła arystokracji, że tak jest lepiej. W końcu to najlepsi strażnicy.
Skończyłam rozmowę, gdy usłyszałam otwierane drzwi od łazienki. Wciągnęłam powietrze, na widok męża. Miał na sobie tylko bokserki i ręcznik położony na karku. Z mokrych włosów kapały krople wody, prosto na umięśnione tors i ramiona. Jestem szczęściarą, że to ja mogę podziwiać taki widok. Musiałam mieć zabawną minę, bo ukochany uśmiechnął się kusząco. Nogi zmiękły mi w kolanach. Opadłam na łóżko, udając, że powaliła mnie jego uroda, choć daleko od prawdy to nie odbiegało. Zamknęłam oczy i wystawiłam język, udając martwą. Leżąc tak, nagle poczułam ciepłe palce na brzuchu. Zadrżałam pod wpływem ich dotyku. Podwijały powoli moją bluzkę, póki Bielikow całkiem się jej ze mnie nie pozbył. Wtedy pocałował mnie w brzuch, a jego ociekające wodą kosmyki łaskotały delikatnie moją skórę. Nie wiem, czy większą przyjemność sprawiał mi jego dotyk, czy chłodne krople, spadające na moje rozgrzane przez niego ciało. Rozbiegane palce Dymitra rozpięły mój stanik, a teraz kręciły spirale na moich piersiach. Od największego kółka u podstawy do najmniejszego na skutku. I w drogą stronę. Jednocześnie cały czas całował mój już zaokrąglony brzuszek. Zaczęłam mruczeć. Tylko tyle mogłam zrobić. Na nic innego nie starcza im sił. A teraz nawet na umycie się. Chętnie zostałabym tu gdzie jestem, w jego objęciach. Jęknęłam niezadowolona, gdy w miejscach rozgrzanych dotykiem jego skóry poczułam zimno. Zachichotał cicho. Jednak nie otworzyłam oczu. Zrobiłam to dopiero, gdy mnie podniósł. Złapałam go za kark i bawiłam się jego włosami. Nie przestaję nawet gdy, wkładanie do ciepłej wody i zaczyna myć. Wtedy popatrzyłam mu w oczy. Było w nich tyle miłości.
- Jeszcze ci mało mycia mnie?- spytałam, owijając na palca jego kosmyk.
- Roza. Nigdy nie będę miał dość niczego, co ma związek z tobą.
- Dziękuję.- wymruczałam z rozkoszy.
- Cała przyjemność po mojej stronie.- posłał mi kolejny już dziś czarujący uśmiech.
Gdy skończył mnie myć, pomógł mi wyjść i zaczął wycierać moje mokre ciało.
- Jestem padnięta.- przyznałam.
- Moja wojowniczka nie powinna się tak przemęczać.- ukochany znowu złapał mnie jak pannę młodą i zaniósł do łóżka.
- Jeszcze przed obiadem byłam żmią. I na prawdę nie mam siły.
- Na pewno słońce?- zaczął całować mnie po brzuchu i piął się coraz wyżej.
- Nie wiem czy powinniśmy. Trzeba uważać na dzieci.- wysapałam
- Roza będę ostrożny. Przecież wiesz.- nie odpuszczał.
- Dymitr proszę.- z trudem straciłam jego dłonie.- Nie chcę kłócić się na święta.
- No dobrze.- westchnął ciężko i położył się obok.
Nie wydawał się być obrażony. Wręcz odwrotnie. Przyciągnął mnie bliżej, jakby chciał mnie zapewnić, że zależy mu na mnie.
- Nie gniewasz się na mnie?- chciał upewnić się mój mąż.
- Oczywiście skarbie, że nie. Kocham Cię.
- Ja ciebie tez Roza. Ale teraz chodźmy spać.
- Dobranoc.
- Dobranoc Roza.
______________________________________________________
Wiem, że krótki i beznadziejny, ale nie miałam pomysłu na ten rozdział. Mam nadzieję, że jednak nie jest tak beznadziejny. 

niedziela, 12 czerwca 2016

ROZDZIAŁ 163

W kuchni wróciłam do robienia sałatki. Jednak gotowanie nie jest takie trudne, jak myślałam. 
Podskoczyłam, gdy w pomieszczeniu rozległ się przeciągły gwiazd.
- A jednak umiesz sprzątać.- zaśmiał się mój mąż, rozglądając się po kuchni.
- Bardzo śmieszne. Lepiej pomóż mi, póki to jest jadalne.
Zaraz chwycił nóż i podszedł do mnie. Po pokrojeniu wszystkich jarzyn, do miski, a raczej misy , dodaliśmy trzy słoiki majonezu, pięć kubeczków śmietany i cztery łyżki musztardy. Następnie przyprawiłam sałatkę ze wskazówkami Dymitra i zaczęłam mieszać. W tym czasie mój mąż zaczął robić ciasto. Po drodze sprawdził jak mi poszła kaczka. Trochę ją poprawił, ale uznał, że jak na pierwszy raz z tak trudną potrawą poszło mi dość dobrze. Byłam z siebie bardzo dumna.
- Tylko nie przyzwyczajaj się towarzyszu. Przypada jeden kucharz na dom. A nauki zachowaj dla dzieci.
- Jak wolisz skarbie. Ale uważam, że świetnie byś sobie poradziła w tej roli.
- Już wystarczy, że posprzątałam twój bałagan.
- Mój?! Ty też rzucałaś mąką.- oburzył się.
- Ale ty zacząłeś.
- Ja tylko chciałem...To nie... potem ty....
Podeszłam do niego i wcisnęłam guzik w urządzeniu.
- Jak coś do mnie mówisz, to wyłącz mikser.
- Mówiłem, że jesteśmy kwita, oboje tak samo winni i nie ma sensu kłócić się o taką drobnostkę. Kocham cię Roza.- pocałował mnie delikatnie w usta. Oddałam pocałunek. Nawet nie zauważyłam kiedy posadził mnie na blacie.- Dziękuję, że posprzątałaś i zrobiłaś kaczkę. Jesteś wspaniała.- trącił nosem mój nos
- Za to?- spytałam śmiejąc się.
- Za wszystko Roza.- pogłaskał mój okrągły brzuch.- Za wszystko.
- To skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, spróbuj czy sałatka jest dobra.
Po przyrządzeniu połowy potraw, usiedliśmy do obiadu.
- To jak to będzie, jeszcze raz mi powiedz.- poprosiłam męża.
Chodziło mi o plany na święta na Dworze. Wszystko było przygotowanie z myślą o morojch, jak i dampirach.
- Jutro jest 24 grudnia. Wyjątkowo królowa ee... Lissa,- poprawił się pod moim wzrokiem.- Lissa zrobi kolację. To będzie taka wigilia. Na wschodzie Europy tak się obchodzi święta. Chodzi o to, żeby poranek Bożego Narodzenia wszyscy spędzili w gronie rodziny. Dampiry, których rodziny będą nieobecne na Dworze wezmą wartę. Za to będą świętować we wspólnym gronie wigilię. Po śniadaniu bożonarodzeniowym jesteśmy zaproszeni przez... Lissę- wciąż go to trochę krępuje, ale doceniam starania.- na drugie śniadanie w przyjacielskim gronie. A co z Lili i twoimi rodzicami?
- Chciałabym, żeby mała była przy nas. Obudziła nas, poszlibyśmy z nią otworzyć prezenty, jak w tych filmach. Ale Abe chce tego samego. Przykro mi skarbie, ale chyba musimy ich przenocować u nas. Przyjadą jutro wieczorem.- oznajmiłam.
- Nie brzmiało to jak propozycja.- zauważył z uśmiechem.
- No masz rację.
- Mogłaś chociaż zapytać mnie o zdanie.
- Po co? Oboje wiemy jak tęsknisz za moją siostrą.
- To prawda. Nie ma jej kilka dni, a jest tak cicho. Nie wieże, że mogłem żyć bez waszej dwójki.
- Ja też nie. A niedługo twoja rodzina powiększy się o kolejną dwójkę.- uśmiechnęłam się do swoich myśli.
- Nasza Roza. To jest nasza rodzina.- nałożył nacisk na słowo "nasza".
- A jak to będzie po Rosyjsku?- spytałam zaciekawiona.
- Nasha sem'ya.- powiedział z silnym akcentem, a ja cieszyłam się, że siedzę, bo inaczej leżałabym na podłodze.
Powtarzał, aż nie powiedziałam tego prawidłowo.
- Jesteś bardzo pojętną uczennicą Rose.- zaśmiał się.
- Dymitr.- spoważniałam, ale tak normalnie. Bardziej zamyślona niż poważna. Tak, to lepsze słowo.
- O co chodzi kwiatuszku?- popatrzył na mnie, opierając głowę na splecionych dłoniach.
Przeniosłam wzrok z talerza na męża.
- Jak to robiłeś, że mimo zakochania, sprawiałeś wrażenie wymagającego, obojętnego trenera.- jego brew poszybowała w górę. Też bym tak chciała.- Wiesz o co mi chodzi.
Po raz kolejny się uśmiechnął.
- Jesteś dla mnie ważna i twoje bezpieczeństwo zawsze było dla mnie najważniejsze. Ale miałem świadomość, przynajmniej wtedy, że nie będę mógł być cały czas przy tobie. Dlatego twoje bezpieczeństwo miało zależeć od twoich umiejętności. To i lata nauki samokontroli pozwalało mi skupić się na lekcjach i byciu dobrym nauczycielem, co szczerze nie było proste przy tobie. Nawet nie wiesz jak bardzo pociągająca kobietą jesteś.- w jego głosie i oczach wyłapałam zachwyt oraz pożądanie. Na ustach błąkał mu się cwany uśmiech.
W odpowiedzi zatrzepotałam kokieteryjnie rzęsami i skupiłam się na jedzeniu.
Po włożeniu naczyń do zmywarki, wróciliśmy do gotowania.
- Czemu tego jest tak dużo?- spytałam, gdy robiliśmy trzecie ciasto.
- Zaoferowałem się do pomocy Christianowi. Połowa pójdzie na jutrzejszą kolację na Dworze. No może jedna piąta.
- Czyli, że odwalam brudną robotę Ozery?!- jęknęłam rozczarowana.
Ukochany posłał mi karcące spojrzenie, na co wystawiłam mu język. Dymitr uśmiechnął się i po chwili siedziałam na blacie.
- Roza,- popatrzył na mnie poważnie.- dlaczego z Christianem jesteście dla siebie tacy wredni?
- Nie jesteśmy wredni. No może nie tak, jakbyśmy mogli. Po prostu droczymy się ze sobą. A zaczęło się od tego, że oboje byliśmy i w sumie dalej jesteśmy zazdrośni o Lissę.- wyznałam szczerze.
Mąż patrzył na mnie w szoku.
- I dlatego ciągle sobie dokuczacie.- zrozumiał.
- Ale wiem, że mogę na niego liczyć, a on na mnie. Można powiedzieć, że dzięki mnie żyje. I nasza współpraca podczas porwania w Spoken i ataku na Akademię.
Nagle rozdzwonił się telefon strażnika.
- No to masz okazję to udowodnić.- powiedział spoglądając na wyświetlacz.
Włączył na głośno mówiący.
- Halo.-odezwał się z uśmiechem.
- Dymitr, jest koło ciebie Rose? Do niej nie można się dodzwonić.
No tak. Moja komórka została na komodzie u góry, po tym jak rozmawiałam z Abem.
- A czegóż to Lord Ozera może chcieć od sławnej strażniczki swojej dziewczyny?- drwiłam z moroja.
- Wyobraź sobie, że to ma związek z naszą niedawną rozmową.- mogłabym przysiąść, że uśmiechnął się cwanie.
Szybko zaskoczyłam z blatu, wygrywając Bielikowi telefon i zamknęłam się w łazience, przełączając na słuchawkę.
- Czasami mógłbyś pomyśleć co mówisz!- syknęłam cicho, nasłuchując kroków strażnika. Na szczęście za drzwiami panowała cisza.- To co postanowiłeś?
- Kolacja.- tyle mi wystarczyło.