- Ko...kotku. Tylko jeden. Malu... malutki.- odezwał się po rosyjsku.
Od przeszło dwudziestu minut, Dymitr namawia mnie do wypicia kieliszka wódki. Dobrze wiedział, że postanowiłam nic nie pić. Ale trudno się na niego gniewać. Jest pijany i nie myśli racjonalnie. Już nie zliczę ile wypił, ale małe ilości to nie były. Nigdy nie widziałam go w tym stanie. Mimo dużego upojenia alkoholowego, zachowywał się w miarę taktowanie i uprzejmie. W akademii na takiej imprezie, chłopacy zarywają do panienek, aby tylko je przelecieć. A on tylko głaszcze mnie po udzie. Nikt na to nie zwraca uwagi. Bo po co? Są dla nich lepsze widoki. Np. dziwki w sukienkach takich, że ledwo biodra zasłaniają, nie mówiąc o tyłku. Ale mój mąż jeśli patrzy na kobietę, to tylko na mnie. W tłumie mignęli mi gdzieś Mark i Oksana. Na pewno, też byli już wystawieni. Nagle poczułam coś chłodnego i twardego na wargach. Był to kieliszek z alkoholem.
- Dymitr!- odepchnęłam od ust naczynie.- Odpuść.
Nie mam ochoty.
- Roza...- uśmiechnął się do mnie. Nagle zaczął całować moją szyję. Uśmiechnęłam się. Zrobiło mi się przyjemnie.
- No zgoda. - wpadłam na pomysł.- Ale pod jednym warunkiem.
- Je...ja...jakim.- aż się dziwię, że tyle już umiem zrozumieć.
Zabrałam mu szkło z ręki i podałam Soni. Byłyśmy umówione, na taką okoliczność. Jako jego siostra, przewidziała taką sytuację.
- Pocałuj mnie.
Długo nie musiałam czekać. Ukochany wbił się w moje wargi, oplatając mnie ramionami. Nagle okazało się, że siedzę na nim w rozkroku. Nie przeszkadzało mi to, bo i tak większość nie będzie nic pamiętać. Również nie słyszałam, żeby mój mąż się skarżył. Po chwili odsunęliśmy się, złapać powietrze. Bielikow od razu przykleił się do mojej szyi. Zaczęłam mruczeć cicho mu do ucha. Co chwilę szeptał moje imię. Dłońmi zjechał na moje pośladki, lekko je ściskając. Jęknęłam.
- Roza... - nie rozumiałam słów, ale mogłam się ich domyśleć. Przekaz był dość dosadny. Chciał przenieść imprezę do sypialni.
- Już ci się tu znudziło, towarzyszu?- droczyłam się z nim. Następny potok nieznanych mi słów.
- Bielikow. Albo przerzucisz się na angielski, albo możesz zapomnieć o sexie.- odsunęłam się, patrząc na niego poważnie.
- Roza. Cze...mu je...jesta ta...taka suuro...surowa?- popatrzył na moje usta, spełniając moje polecenie.
Widziałam jak bardzo chce się na mnie rzucić. Nawet przy tym tłumie by się ze mną kochał. To był zupełnie inny Dymitr, niż ten, który mnie uczył. Ale kocham go, jakikolwiek jest. Ma wiele twarzy, a ja chcę znać je wszystkie. Ale jedno się nie zmieniło. Nie zrobi tego, bo mnie kocha i wie, że to by mi się nie podobało. Zbliżyłam się na tyle, na ile pozwalał mi mój brzuch. Lekko, ale zmysłowo musnęłam jego wargi, na co on odpowiedział żarliwym pocałunkiem. Całował mnie dziko i zachłannie.
- To co mówiłeś?- spytałam gdy mój ukochany, po zaspokojeniu pragnienie, wrócił do mojej szyi.
Jedna dłoń bawiła się moimi włosami, obejmując mnie tak, abym nie spadła. Za to drugą położył Jedna dłoń bawiła się moimi włosami, obejmując mnie tak, abym nie spadła. Za to drugą położył mi na karku, jeżdżąc palcem po moich tatuażach. Tak dobrze je znał, że nawet pijany nie zbacza z linii. Zaczęłam ciągnąć go za długie włosy. Jęknął przyjemnie w moją szyję.
- Najpierw po..powdziałem, że chcę Cibe Roza. A tera....raz jestem go..goto....wy zrbić to, na...nawet na tam stole. - Szepnął, a mi zrobiło się gorąco. Mimo wszystko nie umiałam powstrzymać chichiotu. On tak słodko się jąka.- A póź...niej, móiłem, że nig...nig..nigdy mi sie nie znu...dzi gdy ba..by...bedziesz przy...przy mnie.
Zauważyłam, że mówienie sprawia mu coraz większą trudność.
- A dasz radę zanieść mnie do sypialni?- postanowiłam trochę go pokusić.
- Roza...- nie powiedział więcej. Tylko mnie pocałował. Po kilku minutach, może godzinach, nie wiem, odkleiliśmy się od siebie. Oddychaliśmy ciężko.
Chciałam wstać i iść do domu, ale mnie zatrzymał.
- Roza... kiali...kile...kiele...- nie umiał się wysłowić, a ja nie rozumiałam o co mu chodzi. Przypomniałam sobie początek naszej rozmowy, gdy popatrzył na Sonię. Kieliszek z wódka. Odwróciłam się do starszej Bielikówny, a ta podała mi szkło. Wypiłam wszystko jednym haustem opróżniłam naczynie. Jak się spodziewałam była tam tylko woda. Tak jak się umawialiśmy. - Dzięki siostra.- szepnęłam jej tak, aby Dymitr tego nie słyszał.
- Czego nie robi się dla rodziny.- uśmiechnęła się, co ja odwzajemniłam.
- No to choć skarbie.- poklepałam ukochanego, schodząc
- No to choć skarbie.- poklepałam ukochanego, schodząc mu z kolan. Mój mąż z ochotą wstał, ale niebezpiecznie się zachwiał. Pomogłam mu zachować równowagę.
- Dzia...Dzien...Dzi...- dalej się męczył. Wybuchłam śmiechem. - Nie ma za co towarzyszu.- wciąż się śmiałam.- Nie ma za co. Ale musimy znaleźć twoją mamę.
- Ches... powdzieć je.. jej co bedzia...bedzy...- machnął ręką i mnie pocałował. Oczywiście zrozumiałam co chce powiedzieć.
- Nie. To nasza sprawa. Ale powiemy, że dla nas to koniec imprezy.
- dlya nashey partii zakanchivayetsya v spal'ne. ( dla nas impreza skończy się w sypialni.)- mruknął mi do ucha i zaczął całować mnie po szyi. Tak. O wiele lepiej mówić mu po Rosyjsku. Uwielbiam jego akcent.
- Wiesz co?- powiedziałam, próbując pozbierać myśli w składane zdanie. Ale było to trudne z jego ciepłymi ust na szyi.- My...myślę, że lepiej... twój akce... nie przestawaj.- jęknęłam przyjemnie. Podałam się jego dotykowi. Jego dłonie wdarły się pod moją bluzkę. Na początku miałam ochotę na więcej, ale gęsia skórka przypomniała mi, że jesteśmy na dworze. Odsunęłam się od niego.- Czy to ci wygląda na sypialnię?- spytałam patrząc w jego oczy. Widziałam w nich miłość i pożądanie, choć sam wzrok był nieobecny z powodu dużej ilości promili we krwi.
- Roza... Tam... za del...dal...
- Przestań się męczyć. Nie mogę tego słuchać. Im szybciej znajdziemy Olenę, tym szybciej będziemy w sypialni.
Po chwili znaleźliśmy panią domu. Siedziała i rozmawiała ze swoimi znajomymi. Nie była pijana. Pewnie nie spożyła z byt dużo alkoholu.
- Olena...- zaczęłam.
- Rose... mówiłam, że masz się do mnie zwracać mamo.- przerwała mi.
- Dobrze mamo. My się będziemy zbierać, bo Dymitr ledwo stoi na nogach.
- Dobrze dzieci.- zaśmiała się, gdy mój mąż próbował już zdjąć moją bluzkę. Straciłam jego dłoń, lekko zażenowana. To dalej była jego matka.- O i została u nas Ola. Nie chce wracać do domu, po tym co zrobił jej i tobie Wincenty. Nie spodziewałam się tego po nim.
- Ja też.- przyznałam jej rację.- zawsze był dobrze wychowany. No jak na licealistę. A tu takie coś.
- Ola pewnie śpi w którymś pokoju. Nie chciała z nikim gadać, wzięła trzy butelki wódki i poszła do domu. Pewnie gdzieś tam śpi, upita do nieprzytomności. I muszę ci pogratulować szacunku. Po tym jak Dymitr sprał tamtego moroja, w twojej obronie stanęli inni. Najbardziej ten twój przyjaciel...- chwilę się zastanawiała.
- Eddie?- podsunęłam.
- Tak. Właśnie on.
- Będę musiała z nią jutro porozmawiać. A yeraz się pożegnamy. Ognisko i tak już się kończy.
- Dobranoc dzieci.
- Dobranoc.- odpowiedziałam i pociągnęłam Dymitr za sobą, w kierunku domu.
"Nasz los od zawsze zapisany był w gwiazdach. To one poprowadziły mnie do Ciebie mimo tylu przeciwności, spójrz. Jesteśmy tu. Razem. Ty i ja Roza. Na zawsze."
sobota, 21 maja 2016
ROZDZIAŁ 145
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 19 maja 2016
ROZDZIAŁ 144
Nagle na biodrach poczułam czyjeś ręce. Ale nie należały do Dymitra. Odwróciłam się szybko do tyłu.
- Co się tak boisz Róża?- zaśmiał się Wincenty.
- Ja się nie boję.- powiedziałam, delikatnie strącając jego dłonie z bioder.- A ty się upiłeś.
- Jak każdy, kto może. Hej, mała co się dzieje?- spytał przesuwając się bliżej i oplatając mnie ramionami. Odepchnęłam go, ale on nic sobie z tego nie zrobił. Przysunął się bliżej mnie.- Róża nie uciekaj ode mnie.
- Wincenty! Przestań! Ja mam męża, a ty narzeczoną.
- Ale kocham tylko ciebie skarbie.- podszedł bardzo blisko, przypierając do ściany pokoju.- Od zawsze byłaś mi najbliższa. Kocham cię. Proszę powiedz mi to samo. Wiem, że tak jest. Nie musisz udawać.
- Proszę, puść mnie. Nie chcę zrobić ci krzywdy.
Zaczęłam oddychać ciężko ze strachu. On też, ale z podniecenia. Jeszcze nigdy go takiego nie widziałam. Bałam się. Nagle pocałował mnie. Chciałam go odsunąć, ale był silny. Zablokował mi ręce w nadgarstka, a nogi uwięził w piasku. Byłam bezbronna. Nie cierpię tego. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Nagle pocałunkami zszedł na moją szyję.
- Zostaw mnie! -Chciałam krzyczeć dalej, ale przejechał kłami po mojej tętnicy. Jęknęłam mimowolnie. To nie było zależne ode mnie. Głupia reakcja mojego głupiego ciała. On szybko się oderwał. W jego oczach widziałam szaleństwo i pożądanie.
- Już to kiedyś robiłaś. Tęsknisz za tym?- pokręciłam przecząco głową, za co mnie uderzył.- Kłamiesz! Każdy karmiciel za tym tęskni.- znowu przejechał zębami po mojej szyi. Przeszedł mnie dreszcz. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam.- Męczysz się. Zakończę twoje cierpienie.-
Całował moją szyję, aż doszedł do tętnicy. Już miał się wbić, gdy nagle mnie puścił i upadł na ziemię. Jednak nie stracił przytomności. Przede mną stała Wiki, gotowa do walki. Ale to był pijany Wincenty. A taki jest nieobliczalny. Moroj powoli się podniósł.
- Co smarkulo? Chcesz być następna?- zaśmiał się szatańsko.
- Zostaw moją siostrę w spokoju.- warknęła.
- Bo co mi zrobisz?- zadrwił.- Głupie nic nie warte dampirzyce. Nadajecie się tylko na dziwki sprzedające krew. Nic więcej.
Bielikówna rzuciła się na niego. Jednak on specjalizował się w magi ziemi( przestaję lubić ten żywioł.). Sprawił, że podłoga zafalowała, a dziewczyna upadła na ścianę.
- Biegnij po Dymitra!- krzyknęłam. Zwróciłam tym na siebie uwagę wampira. Młodej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Gdy moroj na nowo się odwrócił, jej już nie było.
- Niech biegnie. Twój rycerzyk jest schlany w cztery dupy. Nic już ci nie pomoże.- na nowo przyszpilił mnie do ściany.- to na czym my skończyliśmy?
- Na niczym, bo niczego nie zaczęliśmy. Puść mnie!
- Oj to trzeba to nadrobić.- uśmiechnął się diabelsko.
Wiedziałam, że to już koniec. Zaraz mnie ugryzie i od nowa będę musiała prowadzić wewnętrzny odwyk. Zacisnęłam mocno powieki, czekając na ból w bicia.
Jednak nic takiego nie nastąpiło. Tak jak ja nie umiałam go od siebie odsunąć, tak teraz został ode mnie oderwany jak szmaciana lalka. Otworzyłam powoli oczy. Widok mnie z szokował. Mój Dymitr stał nad Wincentym i dyszał ciężko. Mogłabym się założyć, że jakby się teraz odwrócił, w jego oczach zobaczyła bym żądze mordu.
Podbiegłam i stanęłam między nimi.
- Roza odsuń się.- wycedził głosem zimnym jak lód. Jednak nie okazałam strachu. Wskazałam palcem drzwi.
- Na dwór!- zażądałam. Mój mąż chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliłam mu.- Na górze dzieci śpią, więc jeśli chcecie się bić to po za domem. NA DWÓR!! Ale to już.
- Roza...
- Nie wyraziłam się jasno?! Czy mam powtórzyć po Rosyjsku?!- krzyczałam.
Ukochany uległ. Złapał moroja za kołnierz z tyłu koszuli i wywlekł na zewnątrz.
Całe napięcie mnie opuściło. Opadłam na podłogę zalewając się łzami. Czułam się zdradzona przez przyjaciela.
Postanowiłam trochę się przewietrzyć i zobaczyć, czy ten dupek wciąż żyje.
Wróciłam do ogrodu. Od razu usłyszałam donośny głos ukochanego.
-... jesteś większym chujem od Ralf i Jessego razem wziętych. Nie zasługujesz na Olę. A do mojej żony nawet się nie zbliżaj!
- Ona kocha mnie!- odpyskował moroj. Był cały pobity. Z rozciętej wargi kapała krew, lewe oko podbite. Z powodu alkoholu, ledwo stał na nogach.- Zawsze kochała. Ja to wiem. Nie mówiła ci o listach. Ciągle do mnie wysyłała. Kocha mnie.
Dymitr w sekundzie znalazł się przy nim. Podniósł za brzegi koszuli, na wysokość twarzy i przyparł go do drzewa.
- Zamknij mordę skurwielu. Jakoś nie była wielce cię kochająca przed chwilą. Nie ty byłeś jej pierwszym, nie jechała do ciebie na drugi koniec świata i nie ty jesteś jej mężem. Tylko wiesz kto?- nie czekał na odpowiedz.- Ja! Więc się od niej odpierdol.
- Dymitr.- szepnęłam cicho. Ale on usłyszał. Puścił go i odwrócił się w moją stronę. Jego wzrok nie wyrażał już gniewu. Tylko troskę i miłość.
- Roza...- po chwili już trzymał mnie w ramionach. Odwzajemniłam gest. Ciągle płakałam. Żebym się uspokoiła, ukochany zaczął szeptać mi po Rosyjsku.- Skarbie. Już spokojnie. Nie pozwolę, aby ktoś cię skrzywdził. Jestem tu. Przepraszam.
Odsunęłam się od niego.
-Za... Za co?- spytałam w szoku.
- Znowu nie było mnie przy tobie, kiedy mnie potrzebowałaś. Gdyby nie Wiktoria, nie wiem co by się stało. Jestem beznadziejny.
Przytuliłam się do niego. Nagle siedziałam na jego kolanach. Siedzieliśmy tam gdzie wcześniej, przy ognisku.
- To nie twoja wina. Kto mógł przypuszczać, że pijany posunie się do takich rzeczy. A ty jesteś najlepszym strażnikiem na świecie. Kocham Cię.
- Ja ciebie też Roza. Tak bardzo się bałem...
- Proszę, nie rozmawiamy już o tym. Teraz chcę się zabawić.- powiedziałam. Bielikow jak na zawołanie wbił się w moje usta. Miał takie miękkie, delikatnie wargi. Całował mnie czule z miłością. Od razu wrócił nam humor. Wróciła dawna Rose Hathaway. Oboje byliśmy w centrum uwagi. Czasem z Eddym wspominaliśmy szkołę. Wiktoria lub Sonia tłumaczyły mi wypowiedzi Rosjan, bo mój osobisty tłumacz już chyba zapomniał jak się mówi po angielsku. Rozumiał co inni do niego mówią. Ale odpowiadał w ojczystym języku. Ale był szczęśliwy wśród rodziny i przyjaciół. A to jest najważniejsze.
- Co się tak boisz Róża?- zaśmiał się Wincenty.
- Ja się nie boję.- powiedziałam, delikatnie strącając jego dłonie z bioder.- A ty się upiłeś.
- Jak każdy, kto może. Hej, mała co się dzieje?- spytał przesuwając się bliżej i oplatając mnie ramionami. Odepchnęłam go, ale on nic sobie z tego nie zrobił. Przysunął się bliżej mnie.- Róża nie uciekaj ode mnie.
- Wincenty! Przestań! Ja mam męża, a ty narzeczoną.
- Ale kocham tylko ciebie skarbie.- podszedł bardzo blisko, przypierając do ściany pokoju.- Od zawsze byłaś mi najbliższa. Kocham cię. Proszę powiedz mi to samo. Wiem, że tak jest. Nie musisz udawać.
- Proszę, puść mnie. Nie chcę zrobić ci krzywdy.
Zaczęłam oddychać ciężko ze strachu. On też, ale z podniecenia. Jeszcze nigdy go takiego nie widziałam. Bałam się. Nagle pocałował mnie. Chciałam go odsunąć, ale był silny. Zablokował mi ręce w nadgarstka, a nogi uwięził w piasku. Byłam bezbronna. Nie cierpię tego. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Nagle pocałunkami zszedł na moją szyję.
- Zostaw mnie! -Chciałam krzyczeć dalej, ale przejechał kłami po mojej tętnicy. Jęknęłam mimowolnie. To nie było zależne ode mnie. Głupia reakcja mojego głupiego ciała. On szybko się oderwał. W jego oczach widziałam szaleństwo i pożądanie.
- Już to kiedyś robiłaś. Tęsknisz za tym?- pokręciłam przecząco głową, za co mnie uderzył.- Kłamiesz! Każdy karmiciel za tym tęskni.- znowu przejechał zębami po mojej szyi. Przeszedł mnie dreszcz. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam.- Męczysz się. Zakończę twoje cierpienie.-
Całował moją szyję, aż doszedł do tętnicy. Już miał się wbić, gdy nagle mnie puścił i upadł na ziemię. Jednak nie stracił przytomności. Przede mną stała Wiki, gotowa do walki. Ale to był pijany Wincenty. A taki jest nieobliczalny. Moroj powoli się podniósł.
- Co smarkulo? Chcesz być następna?- zaśmiał się szatańsko.
- Zostaw moją siostrę w spokoju.- warknęła.
- Bo co mi zrobisz?- zadrwił.- Głupie nic nie warte dampirzyce. Nadajecie się tylko na dziwki sprzedające krew. Nic więcej.
Bielikówna rzuciła się na niego. Jednak on specjalizował się w magi ziemi( przestaję lubić ten żywioł.). Sprawił, że podłoga zafalowała, a dziewczyna upadła na ścianę.
- Biegnij po Dymitra!- krzyknęłam. Zwróciłam tym na siebie uwagę wampira. Młodej nie trzeba było dwa razy powtarzać. Gdy moroj na nowo się odwrócił, jej już nie było.
- Niech biegnie. Twój rycerzyk jest schlany w cztery dupy. Nic już ci nie pomoże.- na nowo przyszpilił mnie do ściany.- to na czym my skończyliśmy?
- Na niczym, bo niczego nie zaczęliśmy. Puść mnie!
- Oj to trzeba to nadrobić.- uśmiechnął się diabelsko.
Wiedziałam, że to już koniec. Zaraz mnie ugryzie i od nowa będę musiała prowadzić wewnętrzny odwyk. Zacisnęłam mocno powieki, czekając na ból w bicia.
Jednak nic takiego nie nastąpiło. Tak jak ja nie umiałam go od siebie odsunąć, tak teraz został ode mnie oderwany jak szmaciana lalka. Otworzyłam powoli oczy. Widok mnie z szokował. Mój Dymitr stał nad Wincentym i dyszał ciężko. Mogłabym się założyć, że jakby się teraz odwrócił, w jego oczach zobaczyła bym żądze mordu.
Podbiegłam i stanęłam między nimi.
- Roza odsuń się.- wycedził głosem zimnym jak lód. Jednak nie okazałam strachu. Wskazałam palcem drzwi.
- Na dwór!- zażądałam. Mój mąż chciał coś powiedzieć, ale nie pozwoliłam mu.- Na górze dzieci śpią, więc jeśli chcecie się bić to po za domem. NA DWÓR!! Ale to już.
- Roza...
- Nie wyraziłam się jasno?! Czy mam powtórzyć po Rosyjsku?!- krzyczałam.
Ukochany uległ. Złapał moroja za kołnierz z tyłu koszuli i wywlekł na zewnątrz.
Całe napięcie mnie opuściło. Opadłam na podłogę zalewając się łzami. Czułam się zdradzona przez przyjaciela.
Postanowiłam trochę się przewietrzyć i zobaczyć, czy ten dupek wciąż żyje.
Wróciłam do ogrodu. Od razu usłyszałam donośny głos ukochanego.
-... jesteś większym chujem od Ralf i Jessego razem wziętych. Nie zasługujesz na Olę. A do mojej żony nawet się nie zbliżaj!
- Ona kocha mnie!- odpyskował moroj. Był cały pobity. Z rozciętej wargi kapała krew, lewe oko podbite. Z powodu alkoholu, ledwo stał na nogach.- Zawsze kochała. Ja to wiem. Nie mówiła ci o listach. Ciągle do mnie wysyłała. Kocha mnie.
Dymitr w sekundzie znalazł się przy nim. Podniósł za brzegi koszuli, na wysokość twarzy i przyparł go do drzewa.
- Zamknij mordę skurwielu. Jakoś nie była wielce cię kochająca przed chwilą. Nie ty byłeś jej pierwszym, nie jechała do ciebie na drugi koniec świata i nie ty jesteś jej mężem. Tylko wiesz kto?- nie czekał na odpowiedz.- Ja! Więc się od niej odpierdol.
- Dymitr.- szepnęłam cicho. Ale on usłyszał. Puścił go i odwrócił się w moją stronę. Jego wzrok nie wyrażał już gniewu. Tylko troskę i miłość.
- Roza...- po chwili już trzymał mnie w ramionach. Odwzajemniłam gest. Ciągle płakałam. Żebym się uspokoiła, ukochany zaczął szeptać mi po Rosyjsku.- Skarbie. Już spokojnie. Nie pozwolę, aby ktoś cię skrzywdził. Jestem tu. Przepraszam.
Odsunęłam się od niego.
-Za... Za co?- spytałam w szoku.
- Znowu nie było mnie przy tobie, kiedy mnie potrzebowałaś. Gdyby nie Wiktoria, nie wiem co by się stało. Jestem beznadziejny.
Przytuliłam się do niego. Nagle siedziałam na jego kolanach. Siedzieliśmy tam gdzie wcześniej, przy ognisku.
- To nie twoja wina. Kto mógł przypuszczać, że pijany posunie się do takich rzeczy. A ty jesteś najlepszym strażnikiem na świecie. Kocham Cię.
- Ja ciebie też Roza. Tak bardzo się bałem...
- Proszę, nie rozmawiamy już o tym. Teraz chcę się zabawić.- powiedziałam. Bielikow jak na zawołanie wbił się w moje usta. Miał takie miękkie, delikatnie wargi. Całował mnie czule z miłością. Od razu wrócił nam humor. Wróciła dawna Rose Hathaway. Oboje byliśmy w centrum uwagi. Czasem z Eddym wspominaliśmy szkołę. Wiktoria lub Sonia tłumaczyły mi wypowiedzi Rosjan, bo mój osobisty tłumacz już chyba zapomniał jak się mówi po angielsku. Rozumiał co inni do niego mówią. Ale odpowiadał w ojczystym języku. Ale był szczęśliwy wśród rodziny i przyjaciół. A to jest najważniejsze.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 18 maja 2016
ROZDZIAŁ 143
- Rose! Dimka!- usłyszałam głos, wołający nas.
Podeszliśmy do ogniska, szukając jego właściciela. Okazało się, że to woła Ola. Obok niej siedział Mike.
- Ładnie wyglądasz Róża.- powiedział obojętnie, choć jego oczy pokazywały, że jest inaczej. Lustrował mnie wzrokiem, z dziwnym błyskiem. Popatrzyłam na ukochanego, aby upewnić się, że tego nie widzi. Niestety. Gdyby wzrok mógł zabić, moroj leżałby już martwy. Przytuliłam się do jego ramienia. Jego spojrzenie od razu złagodniało.
- Dziękuję.- odpowiedziałam, już spokojniejsza. Nie chciałam, żeby się kłócili o mnie. Zawsze i tak wybrałabym Bielikowa.
Strażnik rzucił jakiś komplement przyjaciółce, ale to bardziej z grzeczności.
Impreza zaczęła się rozkręcać. Alkohol się lał, kiełbaski piekły nad ogniskiem, a goście pogrążyli się w rozmowach. Zdążyłam usłyszeć jeszcze kilku zabawnych historii, popijając sok.
Po chwili ktoś zawołał mojego męża. Chciałam poczekać, ale on pociągnął mnie za sobą. Każdy z obecnych dostał po kieliszku. W większości była w nich ruska wódka, ale ja, Sonia i Wiktoria dostałyśmy zwykłą wodę lub soki. Dzieciaki biegły do około i się bawiły. Lili szybko się za klimatyzowała. Dobrze dogadywała się z innymi, a zwłaszcza z Pawką.
Ukochany pociągnął mnie za rękę i po chwili stałam z nim na jakimś korzeniu jak na podium. Wszyscy patrzyli na nas, ale nie czułam się skrępowana. Bo był ze mną Dymitr. Zachowywał się swobodnie. Zaczął mówić z kieliszkiem uniesionym w górę. Wznosił toast. Najpierw po Rosyjsku, a później przerzucił się na angielski.
- Dziękuję wam, za przyjście. Przez ostatni tydzień, razem ze strażnikami z Dworu i dampirami chętnymi do walki ze strzygami, braliśmy udział w misji powierzonej przez samą królową Wasylissę.- w tym momencie wśród zgromadzonych dało się słyszeć pomruki aprobaty i zachwytu. To uświadomiło mi, jak wielkim szacunkiem moja przyjaciółka cieszy się w tym społeczeństwie. W sumie nie ma co się dziwić.- Walczyliśmy z nieśmiertelnymi w różnych zakątkachSyberii, a zwłaszcza w Nowosybirsku. Nasza akcja zakończyła się sukcesem.- Cały tłum zaczął wiwatować. Bielikow ucieszył ich gestem dłoni.- Jednak nie obyło się bez poległych. Wielu zapłaciło za to życiem. Jeszcze więcej straciło bliskich. Ojców, matki, rodzeństwo, synów, córek, ukochanych.- przy ostatnim spojrzał na mnie. Później wrócił wzrokiem do zgromadzonych.- Oddajmy im cześć, jaka im się należy. Bo dzięki ich ofierze, możemy być spokojniejsi o nasze życie.- wylał połowę zawartości kieliszka na ziemię. Reszta poszła w jego ślady.- Dziękuję wszystkim moim towarzyszą z Ameryki, za oddanie służbie. Rodzinie i przyjaciołom za zorganizowanie ogniska oraz przyjście. I mojej kochanej Rozie, że jest całym moim światem.- skończył wypijając ze wszystkimi zawartość kieliszka, po czym zrobił coś takiego, czego nigdy bym się po nim nie spodziewał. Pocałował mnie. Ale nie delikatnie, a wręcz namiętnie i długo. Na oczach całej Bai plus strażników z Dworu. Ale nie przeszkadzało mi to. Nic już mi nie przeszkadzało. Chciałam tak trwać wiecznie. Z jego ustami na swoich.
- Kocham Cię Roza.- szepnął mi, wśród oklasków i wiwatów.
Impreza nabrała tempa. Siedzieliśmy na kłodach przy ognisku, słuchając wspomnienia z dzieciństwa przyjaciół ukochanego. Z każdym kieliszkiem wódki Dymitr stawał się coraz bardziej odważny. W pewnym momencie po prostu posadził mnie sobie na kolanach i zaczął głaskać po udach. Od razu poczułam ciepło emitujące z jego dłoni i w podbrzuszu.
Po jakimś czasie sok w szklance mi się skończył. Chciałam zejść z kolan męża i napełnić naczynie, ale powstrzymała mnie jego ręką, która przeszła z mojego uda na brzuch.
- Roza chcesz mnie zostawić.- spytał lekko zachrypniętym głosem.
- Jesteś pijany.- zauważyłam.
- W..w cale, że n...nie.- zająknął się, jednym haustem odróżniają kieliszek.
- Przecież widzę.
- Roza to tylko jeden raz. To się więcej nie powtórzy. Ale nie zostawiaj mnie. Tak bardzo Cię kocham. Czemu mi to robisz?
Przewróciłam oczami.
- Wrócę do ciebie zaraz. Obiecuję.- powiedziałam, wbijając się w jego wargi i kładąc mu dłonie na klatce piersiowej.
- No..no dobrze. Ale szybko.- poprosił, zwalniając uścisk.
Zgrabnie się z niego ześlizgnęłam i poszłam do stolika z piciem. Nalałam sobie Coca-Coli do pełna i chciałam wracać. W tłumie dostrzegłam dzieci przysypiające na kocu do zabawy. To nie najlepszy pomysł, aby stały na dworze. Jest już zimno. Podeszłam do nich.
- Lili, Pawka. Weźcie Zoje i wróćcie do domu. Widzę, że jesteście zmęczeni.
Dzieciaki zlewając wykonały moje polecenie. Od prowadziłam je do środka i usłyszałam płacz Łuki. Oni poszli do swoich pokoi, po piżamki, a ja zajrzałam do najmłodszego członka rodziny. Wzięłam go na ręce.
- Co się dzieje mały? Czemu płaczesz?- spytałam jakbym wierzyła, że mi odpowie. Blondyn od razu się uśmiechnął i zaczął łapać moje włosy. Zaśmiałam się cicho, co wywołało u niego jeszcze szerszy uśmiech. Był podobny do Dymitra, tylko różnili się jasnymi włosami i oczami. Te pewnie ma po ojcu. Usiadłam z nim na łóżku Soni i zaczęłam nim kołysać nucąc według mnie uspokajającą melodie. Po chwili blondyn słodko spał. Położyłam go z powrotem do kojca. Przykryłam go kocykiem i pogłaskałam po małej główce. Wyszłam po cichu zamykając drzwi. Zaglądnęłam do pokoju Zoji czy śpi. To co tam zobaczyłam, bardzo mnie wzruszyło.Lili i Pawka słodko spali na łóżku chłopca. Za to jego siostra siedziała i gaworzyła. Gdy tylko weszłam do środka, spojrzała na mnie.
- Ciocia Rose.- szczęśliwa zaklaskała w dłonie.
- Tak. Ale ciszej, bo obudzisz brata. A ty czemu nie spisz?
- Nie chcie śpać.- powiedziała tuż przed ziewnięciem.
- No oczywiście. Choć do cioci.
Mała wyciągnęła do mnie malutkie rączki. Położyłam ją do łóżeczka i przykryłam.
- Медвежонок(Medvezhonok)- zawołała kiedy odeszłam kilka kroków.- Медвежонок.
- Miś?- rozejrzałam się po pokoju. Na półce obok samochodów Pawki, siedziały maskotki. Jedna to był jasny miś ubrany w zieloną bluzę z kapturem i kieszonką. Wzięłam go i podałam dziewczynce. Ta mocno się w niego wtuliła.
- Dźieńkuję.- wysepleniła słodko.
- Nie ma za co. Dobranoc.
- Pa pa.
Jeszcze przed wyjściem z pokoju przykryłam starsze dzieci. Wyglądały uroczo. Bardzo się w ten krótki czas ze sobą zżyli. Razem się bawią, zabawiają Zoje, czasami Łukę. Gdzie jedno tam drugie. Pawka jako, że zna otoczenie pilnuje Lili i ją oprowadza. Zachowują się jak rodzeństwo. Tak zdobywa się takich przyjaciół jak Mason i Witek.
Podeszliśmy do ogniska, szukając jego właściciela. Okazało się, że to woła Ola. Obok niej siedział Mike.
- Ładnie wyglądasz Róża.- powiedział obojętnie, choć jego oczy pokazywały, że jest inaczej. Lustrował mnie wzrokiem, z dziwnym błyskiem. Popatrzyłam na ukochanego, aby upewnić się, że tego nie widzi. Niestety. Gdyby wzrok mógł zabić, moroj leżałby już martwy. Przytuliłam się do jego ramienia. Jego spojrzenie od razu złagodniało.
- Dziękuję.- odpowiedziałam, już spokojniejsza. Nie chciałam, żeby się kłócili o mnie. Zawsze i tak wybrałabym Bielikowa.
Strażnik rzucił jakiś komplement przyjaciółce, ale to bardziej z grzeczności.
Impreza zaczęła się rozkręcać. Alkohol się lał, kiełbaski piekły nad ogniskiem, a goście pogrążyli się w rozmowach. Zdążyłam usłyszeć jeszcze kilku zabawnych historii, popijając sok.
Po chwili ktoś zawołał mojego męża. Chciałam poczekać, ale on pociągnął mnie za sobą. Każdy z obecnych dostał po kieliszku. W większości była w nich ruska wódka, ale ja, Sonia i Wiktoria dostałyśmy zwykłą wodę lub soki. Dzieciaki biegły do około i się bawiły. Lili szybko się za klimatyzowała. Dobrze dogadywała się z innymi, a zwłaszcza z Pawką.
Ukochany pociągnął mnie za rękę i po chwili stałam z nim na jakimś korzeniu jak na podium. Wszyscy patrzyli na nas, ale nie czułam się skrępowana. Bo był ze mną Dymitr. Zachowywał się swobodnie. Zaczął mówić z kieliszkiem uniesionym w górę. Wznosił toast. Najpierw po Rosyjsku, a później przerzucił się na angielski.
- Dziękuję wam, za przyjście. Przez ostatni tydzień, razem ze strażnikami z Dworu i dampirami chętnymi do walki ze strzygami, braliśmy udział w misji powierzonej przez samą królową Wasylissę.- w tym momencie wśród zgromadzonych dało się słyszeć pomruki aprobaty i zachwytu. To uświadomiło mi, jak wielkim szacunkiem moja przyjaciółka cieszy się w tym społeczeństwie. W sumie nie ma co się dziwić.- Walczyliśmy z nieśmiertelnymi w różnych zakątkachSyberii, a zwłaszcza w Nowosybirsku. Nasza akcja zakończyła się sukcesem.- Cały tłum zaczął wiwatować. Bielikow ucieszył ich gestem dłoni.- Jednak nie obyło się bez poległych. Wielu zapłaciło za to życiem. Jeszcze więcej straciło bliskich. Ojców, matki, rodzeństwo, synów, córek, ukochanych.- przy ostatnim spojrzał na mnie. Później wrócił wzrokiem do zgromadzonych.- Oddajmy im cześć, jaka im się należy. Bo dzięki ich ofierze, możemy być spokojniejsi o nasze życie.- wylał połowę zawartości kieliszka na ziemię. Reszta poszła w jego ślady.- Dziękuję wszystkim moim towarzyszą z Ameryki, za oddanie służbie. Rodzinie i przyjaciołom za zorganizowanie ogniska oraz przyjście. I mojej kochanej Rozie, że jest całym moim światem.- skończył wypijając ze wszystkimi zawartość kieliszka, po czym zrobił coś takiego, czego nigdy bym się po nim nie spodziewał. Pocałował mnie. Ale nie delikatnie, a wręcz namiętnie i długo. Na oczach całej Bai plus strażników z Dworu. Ale nie przeszkadzało mi to. Nic już mi nie przeszkadzało. Chciałam tak trwać wiecznie. Z jego ustami na swoich.
- Kocham Cię Roza.- szepnął mi, wśród oklasków i wiwatów.
Impreza nabrała tempa. Siedzieliśmy na kłodach przy ognisku, słuchając wspomnienia z dzieciństwa przyjaciół ukochanego. Z każdym kieliszkiem wódki Dymitr stawał się coraz bardziej odważny. W pewnym momencie po prostu posadził mnie sobie na kolanach i zaczął głaskać po udach. Od razu poczułam ciepło emitujące z jego dłoni i w podbrzuszu.
Po jakimś czasie sok w szklance mi się skończył. Chciałam zejść z kolan męża i napełnić naczynie, ale powstrzymała mnie jego ręką, która przeszła z mojego uda na brzuch.
- Roza chcesz mnie zostawić.- spytał lekko zachrypniętym głosem.
- Jesteś pijany.- zauważyłam.
- W..w cale, że n...nie.- zająknął się, jednym haustem odróżniają kieliszek.
- Przecież widzę.
- Roza to tylko jeden raz. To się więcej nie powtórzy. Ale nie zostawiaj mnie. Tak bardzo Cię kocham. Czemu mi to robisz?
Przewróciłam oczami.
- Wrócę do ciebie zaraz. Obiecuję.- powiedziałam, wbijając się w jego wargi i kładąc mu dłonie na klatce piersiowej.
- No..no dobrze. Ale szybko.- poprosił, zwalniając uścisk.
Zgrabnie się z niego ześlizgnęłam i poszłam do stolika z piciem. Nalałam sobie Coca-Coli do pełna i chciałam wracać. W tłumie dostrzegłam dzieci przysypiające na kocu do zabawy. To nie najlepszy pomysł, aby stały na dworze. Jest już zimno. Podeszłam do nich.
- Lili, Pawka. Weźcie Zoje i wróćcie do domu. Widzę, że jesteście zmęczeni.
Dzieciaki zlewając wykonały moje polecenie. Od prowadziłam je do środka i usłyszałam płacz Łuki. Oni poszli do swoich pokoi, po piżamki, a ja zajrzałam do najmłodszego członka rodziny. Wzięłam go na ręce.
- Co się dzieje mały? Czemu płaczesz?- spytałam jakbym wierzyła, że mi odpowie. Blondyn od razu się uśmiechnął i zaczął łapać moje włosy. Zaśmiałam się cicho, co wywołało u niego jeszcze szerszy uśmiech. Był podobny do Dymitra, tylko różnili się jasnymi włosami i oczami. Te pewnie ma po ojcu. Usiadłam z nim na łóżku Soni i zaczęłam nim kołysać nucąc według mnie uspokajającą melodie. Po chwili blondyn słodko spał. Położyłam go z powrotem do kojca. Przykryłam go kocykiem i pogłaskałam po małej główce. Wyszłam po cichu zamykając drzwi. Zaglądnęłam do pokoju Zoji czy śpi. To co tam zobaczyłam, bardzo mnie wzruszyło.Lili i Pawka słodko spali na łóżku chłopca. Za to jego siostra siedziała i gaworzyła. Gdy tylko weszłam do środka, spojrzała na mnie.
- Ciocia Rose.- szczęśliwa zaklaskała w dłonie.
- Tak. Ale ciszej, bo obudzisz brata. A ty czemu nie spisz?
- Nie chcie śpać.- powiedziała tuż przed ziewnięciem.
- No oczywiście. Choć do cioci.
Mała wyciągnęła do mnie malutkie rączki. Położyłam ją do łóżeczka i przykryłam.
- Медвежонок(Medvezhonok)- zawołała kiedy odeszłam kilka kroków.- Медвежонок.
- Miś?- rozejrzałam się po pokoju. Na półce obok samochodów Pawki, siedziały maskotki. Jedna to był jasny miś ubrany w zieloną bluzę z kapturem i kieszonką. Wzięłam go i podałam dziewczynce. Ta mocno się w niego wtuliła.
- Dźieńkuję.- wysepleniła słodko.
- Nie ma za co. Dobranoc.
- Pa pa.
Jeszcze przed wyjściem z pokoju przykryłam starsze dzieci. Wyglądały uroczo. Bardzo się w ten krótki czas ze sobą zżyli. Razem się bawią, zabawiają Zoje, czasami Łukę. Gdzie jedno tam drugie. Pawka jako, że zna otoczenie pilnuje Lili i ją oprowadza. Zachowują się jak rodzeństwo. Tak zdobywa się takich przyjaciół jak Mason i Witek.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
wtorek, 17 maja 2016
ROZDZIAŁ 142
Właśnie kończyłam się czesać. Ciągle zastanawiało mnie zachowanie męża. Jeszcze nigdy nie widziałam go takiego. Nie wiem, co nagle w nas wstąpiło, ale bardzo mi się podobało. Czułam się jak nastolatka, którą w gruncie rzeczy jestem. Tyle, że nie psychicznie. Teraz biorę odpowiedzialności za życie Lissy. Nie mam czasu na imprezy, czy zabawy. Dzięki Dymitrowi dorosłam do tej roli, ale jednak brakuje mi takiego beztroskiego stylu bycia. Kto normalny ma ślub i jest w ciąży w wieku osiemnastu lat? Ale czy na pewno tyle mam. Nie czuję różnicy wieku, między mną, a ukochanym. Jestem doroślejsza. Mimo to prawie godzinę temu, mój dwudziestopięcioletni mentor, pocałował mnie, jak nastolatek dziewczynę na korytarzu szkoły, nie przejmujący się widownią. Zapewne gdybyśmy my mieli jakaś, do tego zbliżenia by nie doszło. Co nie zmienia faktu, że jego zachowanie nie odzwierciedla wieku, a tym bardziej opinie, jaką ma. I dobrze. Odmładzam go. Pomagam się zmienić, tak jak chciał. Tak rozmyślając założyłam drugiego kolczyka.
Z zamyślenia wyrywa mnie pukanie do drzwi.
- Rose, jesteś gotowa?
"O wilku mowa"-uśmiechnęłam się do swoich myśli.
Spryskałam się jeszcze odrobiną perfum i otworzyłam drzwi. To co zobaczyłam po ich drugiej stronie wmurowało mnie w podłogę.
Dymitr miał na sobie czerwoną koszulkę z jakimś rosyjskim napisem i jeansy poszarpane na kolanach i udach.
- Roza! Wyglądasz... przepięknie.- odezwał się po dłuższej chwili mój mąż. Przyglądał mi się z zachwytem. Czy ja wiem, czy beczułka może wyglądać pięknie? No ale to Dymitr. Dla niego chcę zawsze być piękna.
Włosy okalały moją drobną twarz, podkreślając brąz oczu. Z tyłu, na rozpuszczone fale opadał cienki warkocz. Na siebie ubrałam bordową tunika i czarne rurki ze złotymi ćwiekami. Na to zarzuciłam kurtkę z materiału imitujące skórę w ciemnym brązie.
- Dziękuję. Ty też całkiem całkiem.- z zalotną miną dotknęłam, palcem wskazującym, lekko pomalowane błyszczykiem usta.
- Kusisz, Roza.
- Mówisz?- nie przestawałam się uśmiechać.
Ukochany jednym ruchem objął mnie ramieniem w tali i przyciągnął, wybijając się zachłannie w moje wargi.
- Oczywiście skarbie.-mruknął mi do ucha.- A po ognisku do kończymy, co zaczęliśmy godzinę temu.- Obiecanki, cacanki. Wiem, jak wyglądają te wasze ogniska. Wrócisz pewnie schlany, a jutro kac nie pozwoli ci wstać z łóżka.
- Rose widziałaś mnie kiedyś upitego?- spojrzał na mnie, unosząc jedną brew. Też tak bym chciała umieć.
- Nie, ale słyszałam. I pewnie to zmieni się dzisiaj.- pocałowałam go.- Kochanie nie chcę się z tobą kłócić. Chodź bo pewnie już na nas czekają.
Złapałam go za ramię i pociągnęłam do drzwi. O dziwo ruszył za mną i przytulił do siebie.
- Roza. Nie wiem, jak ty to robisz, ale nie umiem na ciebie się długo gniewać.
- A gniewasz się na mnie?- spytałam.
Strażnik popatrzył mi w oczy. Była w nich miłość i troska.
- Nie. Nie umiem. Kocham Cię Roza. Za bardzo. Jesteś moim narkotykiem, ale nie lubię odwyków.
- Też cię Kocham. Ale nie rozumiem jednego. Czemu jak się obudziłeś szeptałeś moje imię? Przecież chciałeś się ode mnie odsunąć.
Dymitr zmarszczył czoło, myśląc nad odpowiedzią. Wyglądał słodko. Tak w ciszy doszliśmy do schodów. On zamyślony, a ja napawająca się tym boskim widokiem.
Nagle mój mąż się zatrzymał. Popatrzył na mnie i...mocno pocałował. Utonęłam w słodyczy jego ust. Były takie miękkie i delikatnie, a jednocześnie drapieżne. Wydawały się być czym nieosiągalnym, zabronionym. Ale to tylko wrażenie, wspomnienia z czasów akademii. Teraz mam do nich pełne prawo. Są moje, tak samo jak ich właściciel. Nawet nie zauważyłam, kiedy niósł mnie w dół schodów.
- Podstępne towarzyszu. Ale odpowiesz na moje pytanie.
- Nie teraz Rose.
- Dlaczego?!- udałam obrażoną.
- To nie najlepszy pomysł. Zły czas i miejsce. Zrobimy to później. Kiedy będzie mi i tobie łatwiej.
- Ej, to mój tekst.
- Tak i przypomniał mi, że musimy pogadać.
- To w mojej sprawie. A z ciebie wyduszę to jeszcze dziś.- gdy zeszliśmy na dół, w końcu postawił mnie na ziemi.- i nie myśl, że będę cię dźwigać na górę. Jak zaśniesz gdzieś na dworze to tam zostaniesz.
- Roza nie doceniasz mnie. Zapominasz, że mam twardą głowę.
- No dobra.- pociągnęłam go i wyszliśmy do ogrodu, gdzie płonęło wielkie ognisko.
_________________________________________________
To jest tak na szybko. Jutro będzie dokończenie rozdziału.
Zmieniłam zdanie. Podoba mi się tak jak jest. Mam nadzieję, że się podoba. Jak zawsze liczę na wasze jakże motywujące i wspaniałe komentarze.💖
Z zamyślenia wyrywa mnie pukanie do drzwi.
- Rose, jesteś gotowa?
"O wilku mowa"-uśmiechnęłam się do swoich myśli.
Spryskałam się jeszcze odrobiną perfum i otworzyłam drzwi. To co zobaczyłam po ich drugiej stronie wmurowało mnie w podłogę.
Dymitr miał na sobie czerwoną koszulkę z jakimś rosyjskim napisem i jeansy poszarpane na kolanach i udach.
- Roza! Wyglądasz... przepięknie.- odezwał się po dłuższej chwili mój mąż. Przyglądał mi się z zachwytem. Czy ja wiem, czy beczułka może wyglądać pięknie? No ale to Dymitr. Dla niego chcę zawsze być piękna.
Włosy okalały moją drobną twarz, podkreślając brąz oczu. Z tyłu, na rozpuszczone fale opadał cienki warkocz. Na siebie ubrałam bordową tunika i czarne rurki ze złotymi ćwiekami. Na to zarzuciłam kurtkę z materiału imitujące skórę w ciemnym brązie.
- Dziękuję. Ty też całkiem całkiem.- z zalotną miną dotknęłam, palcem wskazującym, lekko pomalowane błyszczykiem usta.
- Kusisz, Roza.
- Mówisz?- nie przestawałam się uśmiechać.
Ukochany jednym ruchem objął mnie ramieniem w tali i przyciągnął, wybijając się zachłannie w moje wargi.
- Oczywiście skarbie.-mruknął mi do ucha.- A po ognisku do kończymy, co zaczęliśmy godzinę temu.- Obiecanki, cacanki. Wiem, jak wyglądają te wasze ogniska. Wrócisz pewnie schlany, a jutro kac nie pozwoli ci wstać z łóżka.
- Rose widziałaś mnie kiedyś upitego?- spojrzał na mnie, unosząc jedną brew. Też tak bym chciała umieć.
- Nie, ale słyszałam. I pewnie to zmieni się dzisiaj.- pocałowałam go.- Kochanie nie chcę się z tobą kłócić. Chodź bo pewnie już na nas czekają.
Złapałam go za ramię i pociągnęłam do drzwi. O dziwo ruszył za mną i przytulił do siebie.
- Roza. Nie wiem, jak ty to robisz, ale nie umiem na ciebie się długo gniewać.
- A gniewasz się na mnie?- spytałam.
Strażnik popatrzył mi w oczy. Była w nich miłość i troska.
- Nie. Nie umiem. Kocham Cię Roza. Za bardzo. Jesteś moim narkotykiem, ale nie lubię odwyków.
- Też cię Kocham. Ale nie rozumiem jednego. Czemu jak się obudziłeś szeptałeś moje imię? Przecież chciałeś się ode mnie odsunąć.
Dymitr zmarszczył czoło, myśląc nad odpowiedzią. Wyglądał słodko. Tak w ciszy doszliśmy do schodów. On zamyślony, a ja napawająca się tym boskim widokiem.
Nagle mój mąż się zatrzymał. Popatrzył na mnie i...mocno pocałował. Utonęłam w słodyczy jego ust. Były takie miękkie i delikatnie, a jednocześnie drapieżne. Wydawały się być czym nieosiągalnym, zabronionym. Ale to tylko wrażenie, wspomnienia z czasów akademii. Teraz mam do nich pełne prawo. Są moje, tak samo jak ich właściciel. Nawet nie zauważyłam, kiedy niósł mnie w dół schodów.
- Podstępne towarzyszu. Ale odpowiesz na moje pytanie.
- Nie teraz Rose.
- Dlaczego?!- udałam obrażoną.
- To nie najlepszy pomysł. Zły czas i miejsce. Zrobimy to później. Kiedy będzie mi i tobie łatwiej.
- Ej, to mój tekst.
- Tak i przypomniał mi, że musimy pogadać.
- To w mojej sprawie. A z ciebie wyduszę to jeszcze dziś.- gdy zeszliśmy na dół, w końcu postawił mnie na ziemi.- i nie myśl, że będę cię dźwigać na górę. Jak zaśniesz gdzieś na dworze to tam zostaniesz.
- Roza nie doceniasz mnie. Zapominasz, że mam twardą głowę.
- No dobra.- pociągnęłam go i wyszliśmy do ogrodu, gdzie płonęło wielkie ognisko.
_________________________________________________
Zmieniłam zdanie. Podoba mi się tak jak jest. Mam nadzieję, że się podoba. Jak zawsze liczę na wasze jakże motywujące i wspaniałe komentarze.💖
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
poniedziałek, 16 maja 2016
ROZDZIAL 141
Do samochodu wróciliśmy po godzinie. Nasza miłość wykluczyła istnienie czegoś takiego jak czas. Mi to się podobało. Nie słyszałam również, aby Dymitr narzekał. Wręcz przeciwnie. Chciał zatrzymać mnie tam na zawsze. Co pokazał, przeszkadzając mi w ubieraniu się. Ten człowiek jest niemożliwy. Ale czego ja nie zrobię dla niego? Jest tylko jedna rzecz, której nigdy nie zrobiłam. Siedzenie w miejscu, gdy inni walczą lub mają kłopoty. Nie cierpię stać i się przyglądać, jeśli mogę pomóc. Wtedy muszę coś robić. Ale po za tym, wszystko o co mnie poprosi, wykonam. Nigdy nie widziałam w tym problemu, ponieważ mu ufam.
Jednak siłą rzeczy, musieliśmy wracać. Oczywiście wcześniej mizialiśmy się na jego wystarczająco dużym łóżku. Nie zajmowaliśmy dużo miejsca. Byliśmy szczupli, a ja w połowie leżałam na Bielikowie.
W drodze ma dół, mój mąż załatwił ostatnie sprawy z akcją. Okazało się, że jeszcze nie wrócili do domów. Ale powoli się zbierają i najpóźniej jutro opuszczą Rosję. I dobrze. Ich rodziny na pewno się martwią. Gorzej z tymi, którzy już nigdy nie wrócą do domu. Dla każdego utrata bliskiej osoby jest trudna. Wiem to, z własnego doświadczenia. Niby mam przy sobie ukochanego i Masona, ale ból po utracie ich został w moich wspomnieniach.
Kiedy wyszliśmy z budynku, uderzyło mnie chłodne powietrze. Była druga połowa listopada, więc zbliżała się zima. A my jesteśmy na Syberii. Dymitr może mówić co chce, ale tu i tak bywa chłodniej niż u nas. Zadrżałam z zimna. Mąż zauważając to, zdjął swój kowbojski płaszcz i założył mi na ramiona. Jedną ręką objął mnie w pasie i złapał moją dłoń, a w drugiej splótł swoje palce z moimi bliżej jego ciała przekładając za swoimi plecami. I tak objęci szliśmy do Jeepa.
- Dłużej się nie dało?- spytał zaczepnie mój przyjaciel.
- Dałoby się, ale mieliśmy pewne komplikacje.- Dymitr spojrzał na mnie z uśmiechem, poruszając brwiami do góry.
- A zwłaszcza ten pan.- wskazałam głową na męża.
- Strażnik, kochanie. Ten strażnik.- Bielikow jak dżentelmen otworzył mi drzwi od samochodu. Wsiadłam do środka, a za mną ukochany.
- Czepiasz się, towarzyszu.- stwierdziłam zapinając pasy.
- Roza, spróbuj zasnąć. Tak szybciej minie ci podróż.- odezwał się mój mąż, po kilku minutach jazdy. Tak też zrobiłam. Oparłam się o ramię Dymitra i pogrążyłam w słodkim śnie.
- Roza. Czas wstawać.- usłyszałam aksamitny głos ze słodkim, rosyjskim akcentem. Uśmiechnęłam się błogo.- Pięknie się uśmiechasz, ale otwórz jeszcze te swoje, cudne oczka.
Niechętnie podniosłam ciężkie powieki, spodziewając się rażącego światła. Jednak, ku mojemu zadowoleniu, i to dużemu, od razu utonęłam w czekoladowym brązie tęczówek ukochanego. Nie wiele myśląc złapałem go za kark i przyciągnęłam. Zdziwiony, w ostatniej chwili zaparł się mocniej rękoma na łóżku i nie poleciał całym ciężarem na mnie. Ale nie powstrzymał naszych ust od zetknięcia się. ukląkł tak, że znalazłam się pomiędzy jego kolanami. Zadrżałam, gdy dłonie, wolne od ciężaru ciała zaczęły pięści i rozgrzewać moją skórę. Z ust wydostał mi się cichy jęk rozkoszy, pod wpływem jego palców na moich piersiach.
- Roza, nie teraz...- jęknął, zanim na nowo wbiłam mu się w wargi.
- Dlaczego?- spytałam w kolejnej przerwie.
Nagle Dymitr odsunął się i wyprostował. Dopiero teraz zauważyłam, że jest bez koszulki i nie siedzimy w samochodzie. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Leżałam na łóżku w jego pokoju. Poprawka. Naszym pokoju.
- Skąd się tu wzięłam? Czyżby ktoś mnie przyniósł?- popatrzyłam znacząco na męża.
- Tak słodko wyglądasz gdy...
- ...gdy śpię.- dokończyłam za niego.- Tak wiem. Już się powinnam przyzwyczaić. To czemu teraz przerywasz ten słodki sen?
- Za godzinę będzie ognisko na cześć naszej misji, która dla mnie jest podwójnym sukcesem.- ekscytował się mój ukochany. Rzadko widziałam go tak rozluźnionego.- Zaproszeni będą cały nasz zespół, a raczej ci, którzy przeżyli.- na chwilę uśmiech zszedł mu z ust. Podczas jego wywodu zaczęłam się zbierać.
- Taki nasz zawód.- chwyciłam go z ramię.- Każdy z nas jest świadomy, że może zginąć. Biorąc na siebie znak obietnicy, stajemy się odpowiedzialni za nasze wybory. I musimy walczyć do końca.
Strażnik uśmiechnął się do mnie smutno. Chwycił moją dłoń ze swojego ramienia i ją pocałował.
- Roza, od kiedy ty jesteś taka mądra?- w jego oczach była czułość i miłość.
- Miałam mądrego i wspaniałego nauczyciela.
- Dziękuję Roza.- delikatnie musnął moje wargi swoimi.
- Za co?- zdziwiłam się.
- Za wszystko.
- To ja dziękuję, towarzyszu.- tym razem inicjatywa pocałunku wyszła z mojej strony. Ale nie był on słodki, no nie do końca. Był namiętny, napełniony miłością.
- Kocham Cię Roza.
- Kocham Cię towarzyszu.
- Uwielbiam jak tak do mnie mówisz.
- Wiem.- powiedziałam odwracając się i podeszłam do walizki. Ściągnęłam swoją koszulę i zaczęłam przeszukiwać ubrania, które mogłyby nadawać się na ognisko pod koniec jesieni.- Ale teraz muszę się szykować, a ty pewnie masz wiele rzeczy do zrobienia.
- W sumie wole zostać tu.
Nagle poczułam na tali jego silne ramiona. A sekundę temu siedział na łóżku. Odwrócił mnie w swoją stronę i pocałował łapczywie. Oddałam pocałunek. Na plecach poczułam ścianę. Ukochany przycisnął mnie do niej całym ciałem, unieruchamiając moje nadgarstki nad głową. Jego usta ani na chwilę nie odkleiły się od moich. Napierał nimi na moje. Końcówką języka musnął mi dolną wargę, prosząc o dostęp. Bez wahania dałam mu go. Nasze języki rozpoczęły gorący taniec. W jego gestach i oczach wyczuwałam pożądanie. Puścił moje ręce, które od jakiegoś czasu były splecione z jego palcami. Zjechał mi dłońmi na pośladki i lekko je ścisnął. Jęknęłam z przyjemności. Po chwili podniósł mnie za uda, a ja oplotłam go nogami w biodrach. Zatopiłam palce w aksamitnych włosach Dymitra i rozczesywałam mu je palcami. Sprawiało mu to przyjemność, ponieważ westchnął błogo w moje usta. Nie świadomie, rozpieszczałam dłonie, dotykiem jego umięśnionej, wciąż nagiej klaty i brzucha. Moglibyśmy tak trwać w nie skończonych, ale zabrakło nam powietrza. Odkleiliśmy się od siebie. Ja stanęłam na równe nogi. Patrzyliśmy na siebie, starając się uspokoić szalejące serca i szybkie oddechy.
- Może jednak sprawdzę, czy nie potrzebują mojej pomocy.- mój ukochany pocałował mnie w czoło i wyszedł, uprzednio zakładając koszulkę. A ja stałam uśmiechnięta i bez zdolności do jakiegokolwiek ruchu. Powoli docierało do mnie, co tu się przed chwilą stało. Wróciłam do szukania ciuchów, ciągle śmiejąc się jak głupia do sera.
________________________________________________________
Wiem, że dość późno, ale ostatnio coraz gorzej u mnie z weną. Mam pomysły na dalsze części i wydarzenia, ale jakoś staram się zapełnić luki między nimi. Mam nadzieję, że nie zanudzam. Jak by co to dajcie znać w komentarzach. Wszystkie uwagi mile widziane. :-*
Jednak siłą rzeczy, musieliśmy wracać. Oczywiście wcześniej mizialiśmy się na jego wystarczająco dużym łóżku. Nie zajmowaliśmy dużo miejsca. Byliśmy szczupli, a ja w połowie leżałam na Bielikowie.
W drodze ma dół, mój mąż załatwił ostatnie sprawy z akcją. Okazało się, że jeszcze nie wrócili do domów. Ale powoli się zbierają i najpóźniej jutro opuszczą Rosję. I dobrze. Ich rodziny na pewno się martwią. Gorzej z tymi, którzy już nigdy nie wrócą do domu. Dla każdego utrata bliskiej osoby jest trudna. Wiem to, z własnego doświadczenia. Niby mam przy sobie ukochanego i Masona, ale ból po utracie ich został w moich wspomnieniach.
Kiedy wyszliśmy z budynku, uderzyło mnie chłodne powietrze. Była druga połowa listopada, więc zbliżała się zima. A my jesteśmy na Syberii. Dymitr może mówić co chce, ale tu i tak bywa chłodniej niż u nas. Zadrżałam z zimna. Mąż zauważając to, zdjął swój kowbojski płaszcz i założył mi na ramiona. Jedną ręką objął mnie w pasie i złapał moją dłoń, a w drugiej splótł swoje palce z moimi bliżej jego ciała przekładając za swoimi plecami. I tak objęci szliśmy do Jeepa.
- Dłużej się nie dało?- spytał zaczepnie mój przyjaciel.
- Dałoby się, ale mieliśmy pewne komplikacje.- Dymitr spojrzał na mnie z uśmiechem, poruszając brwiami do góry.
- A zwłaszcza ten pan.- wskazałam głową na męża.
- Strażnik, kochanie. Ten strażnik.- Bielikow jak dżentelmen otworzył mi drzwi od samochodu. Wsiadłam do środka, a za mną ukochany.
- Czepiasz się, towarzyszu.- stwierdziłam zapinając pasy.
- Roza, spróbuj zasnąć. Tak szybciej minie ci podróż.- odezwał się mój mąż, po kilku minutach jazdy. Tak też zrobiłam. Oparłam się o ramię Dymitra i pogrążyłam w słodkim śnie.
***
Poczułam lekkie szturchanie.- Roza. Czas wstawać.- usłyszałam aksamitny głos ze słodkim, rosyjskim akcentem. Uśmiechnęłam się błogo.- Pięknie się uśmiechasz, ale otwórz jeszcze te swoje, cudne oczka.
Niechętnie podniosłam ciężkie powieki, spodziewając się rażącego światła. Jednak, ku mojemu zadowoleniu, i to dużemu, od razu utonęłam w czekoladowym brązie tęczówek ukochanego. Nie wiele myśląc złapałem go za kark i przyciągnęłam. Zdziwiony, w ostatniej chwili zaparł się mocniej rękoma na łóżku i nie poleciał całym ciężarem na mnie. Ale nie powstrzymał naszych ust od zetknięcia się. ukląkł tak, że znalazłam się pomiędzy jego kolanami. Zadrżałam, gdy dłonie, wolne od ciężaru ciała zaczęły pięści i rozgrzewać moją skórę. Z ust wydostał mi się cichy jęk rozkoszy, pod wpływem jego palców na moich piersiach.
- Roza, nie teraz...- jęknął, zanim na nowo wbiłam mu się w wargi.
- Dlaczego?- spytałam w kolejnej przerwie.
Nagle Dymitr odsunął się i wyprostował. Dopiero teraz zauważyłam, że jest bez koszulki i nie siedzimy w samochodzie. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Leżałam na łóżku w jego pokoju. Poprawka. Naszym pokoju.
- Skąd się tu wzięłam? Czyżby ktoś mnie przyniósł?- popatrzyłam znacząco na męża.
- Tak słodko wyglądasz gdy...
- ...gdy śpię.- dokończyłam za niego.- Tak wiem. Już się powinnam przyzwyczaić. To czemu teraz przerywasz ten słodki sen?
- Za godzinę będzie ognisko na cześć naszej misji, która dla mnie jest podwójnym sukcesem.- ekscytował się mój ukochany. Rzadko widziałam go tak rozluźnionego.- Zaproszeni będą cały nasz zespół, a raczej ci, którzy przeżyli.- na chwilę uśmiech zszedł mu z ust. Podczas jego wywodu zaczęłam się zbierać.
- Taki nasz zawód.- chwyciłam go z ramię.- Każdy z nas jest świadomy, że może zginąć. Biorąc na siebie znak obietnicy, stajemy się odpowiedzialni za nasze wybory. I musimy walczyć do końca.
Strażnik uśmiechnął się do mnie smutno. Chwycił moją dłoń ze swojego ramienia i ją pocałował.
- Roza, od kiedy ty jesteś taka mądra?- w jego oczach była czułość i miłość.
- Miałam mądrego i wspaniałego nauczyciela.
- Dziękuję Roza.- delikatnie musnął moje wargi swoimi.
- Za co?- zdziwiłam się.
- Za wszystko.
- To ja dziękuję, towarzyszu.- tym razem inicjatywa pocałunku wyszła z mojej strony. Ale nie był on słodki, no nie do końca. Był namiętny, napełniony miłością.
- Kocham Cię Roza.
- Kocham Cię towarzyszu.
- Uwielbiam jak tak do mnie mówisz.
- Wiem.- powiedziałam odwracając się i podeszłam do walizki. Ściągnęłam swoją koszulę i zaczęłam przeszukiwać ubrania, które mogłyby nadawać się na ognisko pod koniec jesieni.- Ale teraz muszę się szykować, a ty pewnie masz wiele rzeczy do zrobienia.
- W sumie wole zostać tu.
Nagle poczułam na tali jego silne ramiona. A sekundę temu siedział na łóżku. Odwrócił mnie w swoją stronę i pocałował łapczywie. Oddałam pocałunek. Na plecach poczułam ścianę. Ukochany przycisnął mnie do niej całym ciałem, unieruchamiając moje nadgarstki nad głową. Jego usta ani na chwilę nie odkleiły się od moich. Napierał nimi na moje. Końcówką języka musnął mi dolną wargę, prosząc o dostęp. Bez wahania dałam mu go. Nasze języki rozpoczęły gorący taniec. W jego gestach i oczach wyczuwałam pożądanie. Puścił moje ręce, które od jakiegoś czasu były splecione z jego palcami. Zjechał mi dłońmi na pośladki i lekko je ścisnął. Jęknęłam z przyjemności. Po chwili podniósł mnie za uda, a ja oplotłam go nogami w biodrach. Zatopiłam palce w aksamitnych włosach Dymitra i rozczesywałam mu je palcami. Sprawiało mu to przyjemność, ponieważ westchnął błogo w moje usta. Nie świadomie, rozpieszczałam dłonie, dotykiem jego umięśnionej, wciąż nagiej klaty i brzucha. Moglibyśmy tak trwać w nie skończonych, ale zabrakło nam powietrza. Odkleiliśmy się od siebie. Ja stanęłam na równe nogi. Patrzyliśmy na siebie, starając się uspokoić szalejące serca i szybkie oddechy.
- Może jednak sprawdzę, czy nie potrzebują mojej pomocy.- mój ukochany pocałował mnie w czoło i wyszedł, uprzednio zakładając koszulkę. A ja stałam uśmiechnięta i bez zdolności do jakiegokolwiek ruchu. Powoli docierało do mnie, co tu się przed chwilą stało. Wróciłam do szukania ciuchów, ciągle śmiejąc się jak głupia do sera.
________________________________________________________
Wiem, że dość późno, ale ostatnio coraz gorzej u mnie z weną. Mam pomysły na dalsze części i wydarzenia, ale jakoś staram się zapełnić luki między nimi. Mam nadzieję, że nie zanudzam. Jak by co to dajcie znać w komentarzach. Wszystkie uwagi mile widziane. :-*
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
niedziela, 15 maja 2016
ROZDZIAŁ 140
Następny dzień minął podobnie. Badania Dymitra były prawidłowe. Moje też. Lekarze nie mogli wyjść z podziwu. Jeszcze nigdy nie widzieli tak zdrowych osób. Nasze dzieci rozwijały się dobrze. Wszystko było w porządku, więc dostaliśmy wypis.
- Cieszę się, że w końcu wychodzę z tego więzienia.- westchnęłam, pakujące ostatnie rzeczy do torby.
- Mogłaś już wcześniej wyjść.- zauważył mój ukochany. On sam był już spakowany i obserwował moje ruchy, siedząc na łóżku. Chciał mi pomóc, ale po krótkiej kłótni dał mi spokój. Miałam dosyć tego, że nic mi nie wolno zrobić.
- Ale nie zostawiłabym cię, więc nie mogłam.
Dalej pakowaliśmy się w ciszy.
- Rose, a od kiedy mówisz do mojej mamy "mamo"- zagadnął w pewnej chwili. Wiem, że męczyło go to cały czas.
- Powiedziała, że skoro jestem twoją żoną, a ona traktuje mnie jak córkę, to równie dobrze mogę nią zostać. Tak samo Jewa chciała, abym mówiła do niej babcia, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.- skończyłam pakowanie i usiadłam na łóżku, obok męża.
- No skarbie, jesteś pierwszą i jedyną partnerką w naszej rodzinie, jaką została zaakceptowana. Wszystkich zawsze odrzucili. Nie tylko moje, ale chłopaków moich sióstr też. Ale bardzo się z tego cieszę. Roza, moja kochana Różyczko.- złapał mnie za rękę i nie odbywał ode mnie wzroku.
- Jaki ładny obrazek.- usłyszeliśmy głos. W drzwiach stał Wincenty.- Ale teraz chodźcie. Wszyscy czekają w domu, a ja zaoferowałem się was powieść.
- Okey.- powiedzieliśmy jednocześnie zaśmialiśmy się. Dymitr wziął torby i złapał mnie za rękę. Przy drzwiach przepuścił mnie i Lili, ale nie rozdzielając naszych dłoni. W recepcji dostaliśmy wypis i opuściliśmy to więzienie dla kalek. Na parkingu było sporo samochodów. W końcu dzisiaj niedziela. Mike zaprowadził nas na tył budynku.
- Róża, pamiętasz jak mówiłem, że kiedyś kupię sobie pomarańczowego Jeepa?
- Tak.- przewróciłam oczami.- Uznałeś go za świetny pojazd na akcje, a do tego wszystkie laski będą twoje.
- A ty powiedziałaś, że jeśli tak będzie, to mnie pocałujesz.- przypomniał i oparł się o wóz terenowy o barwie pomarańczy. O nie! To się nie może dobrze skończyć. Dymitr już się spiął. Mocniej złapał mnie za rękę. A ja stałam tak z otworzoną buzią. Dla bajeru, moroj wyciągnął kluczyki i odblokował samochód.
- Niezła fura,- odzyskałam w końcu głos.- ale o pocałunku nie masz co marzyć.
- Dlaczego?- wyraźnie się zdziwił.
- Ponieważ nie jestem już tamtą szaloną nastolatką, jak trzy lata temu. Po drugie jestem mężatką. A po trzecie ten samochód jest w kolorze słonecznej brzoskwini, a nie dojrzałej pomarańczy.
Minęłam zszokowanego moroja i usiadłam na tylnym siedzeniu, a Dymitr z triumfalną miną zajął miejsce obok mnie. Lili znalazła się po mojej drugiej stronie. Po zapięciu pasów ukochany objął mnie i przytulił.
- Roza kocham ten twój cięty język.
- Wiesz mój język nadaje się też do inny rzeczy.- szepnęłam mu tak cicho, aby tylko on usłyszał.
- Chętnie przekonam się co jeszcze potrafi.- odpowiedział.
- Mam nadzieję, że poczekajcie póki nie zamkniecie się w pokoju.- wtrącił moroj z cwanym uśmieszkiem, odpalając silnik.
Dymitr spiął się i chyba... Czy ja śnię?! Proszę państwa. Strażnik Bielsko się zawstydził. A ja wybuchłam śmiechem.
Przez resztę drogi rozmawialiśmy o w miarę neutralnych tematach. Jak tylko wyjechaliśmy z parkingu, mój ukochany poprosił, żebyśmy pojechali do bazy głównej. Musiał zabrać swoje rzeczy. Tak więc, po dość długiej sprzeczce, że chcę iść z nim, stałamb w progu tymczasowego pokoju strażnika. Patrzyłam jak zabiera swoje rzeczy i dokumenty. Oczywiście wszystko było porządnie wysprzątane i poukładane. Rosjanin siadł na równo pościelonym łóżku i zaprosił mnie ruchem ręki. Podeszłam i usadowiłam się na jego kolanach. Wtulił się mocno we mnie, muskając ustami moją szyję. Od jego ciepłego oddechu na skórze, dostałam gęsiej skórki, a ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
- Roza nawet nie wiesz jak samotne były te noce bez ciebie. Nie mogłem się skupić na niczym innym niż ty. Zastanawiałem się co robisz, jak się czujesz, czy wszystko jest w porządku i przede wszystkim, czy jesteś bezpieczna. Nie chcę więcej być bez ciebie przez tak długi czas.
- Też za tobą tęskniłam. Bardzo. Ty byłeś w obcym miejscu. Ja spałam w twojej sypialni, w twoim rodzinnym domu.- specjalnie podkreślałam przynależność miejsca, aby przedstawić pełen obraz mojej męki.- Gdzie się nie ruszyć, wszędzie Belikow. Oszaleć można.- zaśmiał się mój ukochany.- To nie jest śmieszne. To była katorga. Budziłam się otulona twoim zapachem, ale nie miałam ciebie, bo możliwe, że przelewasz krew dla dobra morojów. Tak bardzo się bałam. I dziękuję za dodatkowe listy. Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczą.
- Dziękuję Roza.- szepnął mi lekko zachrypniętym głosem.
- Za co?- zdziwiłam się.
- Za to, że jesteś ze mną i dla mnie. Za wsparcie i miłość. Za poświęcony czas. Kocham Cię, tak bardzo kocham. Nie mogę bez ciebie żyć. Siłę daje mi tylko świadomości, że jesteś gdzieś tam i na mnie czekasz.- pogłaskałam jego włosy. Były takie aksamitne i delikatne.
Powoli docierało do mnie znaczenie tych słów. Dlatego Robert pokonał Dymitra. Strażnik poczuł, że nie zasługuje na moją miłość. Noe ma dla kogo wracać, dla kogo żyć. Nie myślał tak, ale gdzieś tam w podświadomości wytworzyła się taka możliwość. Nie wiedział o niej, a jednak wzięła górę. Jednak ja nie pozwoliłam mu, uświadomić sobie tego.
- Roza...- z rozmyślania wyrwał mnie głos męża.
- Zamyśliłam się. A w domu musimy pogadać.
- Możemy pogadać tu i teraz.- popatrzył na mnie z błaganiem. Chciał żebym została z nim w tym miejscu, gdzie bylibyśmy tylko my i nasza miłość.
- Nie. To nie najlepszy pomysł. Zły czas i miejsce. Zrobimy to w Bai. Tam będzie mi i tobie łatwiej.
- Zgoda.- westchnął zrezygnowany.- Ale zostańmy tu jeszcze chwilę. Pragnąłem abyś była tu ze mną, a teraz chcę się tym chwilę nacieszyć.- wyczułam w jego głosie błagania. Wiedziałam, że to dla niego bardzo ważne. W sumie nie pogardziłabym chwilą sam na sam z mężem.
- Nigdzie nam się nie spieszy.- zapewniłam.
Nim się obejrzałam, pod plecami poczułam materac, na pół nagim ciele. Sama również mogłam cieszyć się dotykiem jego ciepłego torsu. Zadrżał pod moim dotykiem. Przez te chwile, tylko dla nas, nikt nam nie przeszkadzał. Byłam tylko ja- Roza, on- towarzysz i nasza miłość- Romitri.
- Cieszę się, że w końcu wychodzę z tego więzienia.- westchnęłam, pakujące ostatnie rzeczy do torby.
- Mogłaś już wcześniej wyjść.- zauważył mój ukochany. On sam był już spakowany i obserwował moje ruchy, siedząc na łóżku. Chciał mi pomóc, ale po krótkiej kłótni dał mi spokój. Miałam dosyć tego, że nic mi nie wolno zrobić.
- Ale nie zostawiłabym cię, więc nie mogłam.
Dalej pakowaliśmy się w ciszy.
- Rose, a od kiedy mówisz do mojej mamy "mamo"- zagadnął w pewnej chwili. Wiem, że męczyło go to cały czas.
- Powiedziała, że skoro jestem twoją żoną, a ona traktuje mnie jak córkę, to równie dobrze mogę nią zostać. Tak samo Jewa chciała, abym mówiła do niej babcia, ale jeszcze nie jestem na to gotowa.- skończyłam pakowanie i usiadłam na łóżku, obok męża.
- No skarbie, jesteś pierwszą i jedyną partnerką w naszej rodzinie, jaką została zaakceptowana. Wszystkich zawsze odrzucili. Nie tylko moje, ale chłopaków moich sióstr też. Ale bardzo się z tego cieszę. Roza, moja kochana Różyczko.- złapał mnie za rękę i nie odbywał ode mnie wzroku.
- Jaki ładny obrazek.- usłyszeliśmy głos. W drzwiach stał Wincenty.- Ale teraz chodźcie. Wszyscy czekają w domu, a ja zaoferowałem się was powieść.
- Okey.- powiedzieliśmy jednocześnie zaśmialiśmy się. Dymitr wziął torby i złapał mnie za rękę. Przy drzwiach przepuścił mnie i Lili, ale nie rozdzielając naszych dłoni. W recepcji dostaliśmy wypis i opuściliśmy to więzienie dla kalek. Na parkingu było sporo samochodów. W końcu dzisiaj niedziela. Mike zaprowadził nas na tył budynku.
- Róża, pamiętasz jak mówiłem, że kiedyś kupię sobie pomarańczowego Jeepa?
- Tak.- przewróciłam oczami.- Uznałeś go za świetny pojazd na akcje, a do tego wszystkie laski będą twoje.
- A ty powiedziałaś, że jeśli tak będzie, to mnie pocałujesz.- przypomniał i oparł się o wóz terenowy o barwie pomarańczy. O nie! To się nie może dobrze skończyć. Dymitr już się spiął. Mocniej złapał mnie za rękę. A ja stałam tak z otworzoną buzią. Dla bajeru, moroj wyciągnął kluczyki i odblokował samochód.
- Niezła fura,- odzyskałam w końcu głos.- ale o pocałunku nie masz co marzyć.
- Dlaczego?- wyraźnie się zdziwił.
- Ponieważ nie jestem już tamtą szaloną nastolatką, jak trzy lata temu. Po drugie jestem mężatką. A po trzecie ten samochód jest w kolorze słonecznej brzoskwini, a nie dojrzałej pomarańczy.
Minęłam zszokowanego moroja i usiadłam na tylnym siedzeniu, a Dymitr z triumfalną miną zajął miejsce obok mnie. Lili znalazła się po mojej drugiej stronie. Po zapięciu pasów ukochany objął mnie i przytulił.
- Roza kocham ten twój cięty język.
- Wiesz mój język nadaje się też do inny rzeczy.- szepnęłam mu tak cicho, aby tylko on usłyszał.
- Chętnie przekonam się co jeszcze potrafi.- odpowiedział.
- Mam nadzieję, że poczekajcie póki nie zamkniecie się w pokoju.- wtrącił moroj z cwanym uśmieszkiem, odpalając silnik.
Dymitr spiął się i chyba... Czy ja śnię?! Proszę państwa. Strażnik Bielsko się zawstydził. A ja wybuchłam śmiechem.
Przez resztę drogi rozmawialiśmy o w miarę neutralnych tematach. Jak tylko wyjechaliśmy z parkingu, mój ukochany poprosił, żebyśmy pojechali do bazy głównej. Musiał zabrać swoje rzeczy. Tak więc, po dość długiej sprzeczce, że chcę iść z nim, stałamb w progu tymczasowego pokoju strażnika. Patrzyłam jak zabiera swoje rzeczy i dokumenty. Oczywiście wszystko było porządnie wysprzątane i poukładane. Rosjanin siadł na równo pościelonym łóżku i zaprosił mnie ruchem ręki. Podeszłam i usadowiłam się na jego kolanach. Wtulił się mocno we mnie, muskając ustami moją szyję. Od jego ciepłego oddechu na skórze, dostałam gęsiej skórki, a ciało przeszedł przyjemny dreszcz.
- Roza nawet nie wiesz jak samotne były te noce bez ciebie. Nie mogłem się skupić na niczym innym niż ty. Zastanawiałem się co robisz, jak się czujesz, czy wszystko jest w porządku i przede wszystkim, czy jesteś bezpieczna. Nie chcę więcej być bez ciebie przez tak długi czas.
- Też za tobą tęskniłam. Bardzo. Ty byłeś w obcym miejscu. Ja spałam w twojej sypialni, w twoim rodzinnym domu.- specjalnie podkreślałam przynależność miejsca, aby przedstawić pełen obraz mojej męki.- Gdzie się nie ruszyć, wszędzie Belikow. Oszaleć można.- zaśmiał się mój ukochany.- To nie jest śmieszne. To była katorga. Budziłam się otulona twoim zapachem, ale nie miałam ciebie, bo możliwe, że przelewasz krew dla dobra morojów. Tak bardzo się bałam. I dziękuję za dodatkowe listy. Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczą.
- Dziękuję Roza.- szepnął mi lekko zachrypniętym głosem.
- Za co?- zdziwiłam się.
- Za to, że jesteś ze mną i dla mnie. Za wsparcie i miłość. Za poświęcony czas. Kocham Cię, tak bardzo kocham. Nie mogę bez ciebie żyć. Siłę daje mi tylko świadomości, że jesteś gdzieś tam i na mnie czekasz.- pogłaskałam jego włosy. Były takie aksamitne i delikatne.
Powoli docierało do mnie znaczenie tych słów. Dlatego Robert pokonał Dymitra. Strażnik poczuł, że nie zasługuje na moją miłość. Noe ma dla kogo wracać, dla kogo żyć. Nie myślał tak, ale gdzieś tam w podświadomości wytworzyła się taka możliwość. Nie wiedział o niej, a jednak wzięła górę. Jednak ja nie pozwoliłam mu, uświadomić sobie tego.
- Roza...- z rozmyślania wyrwał mnie głos męża.
- Zamyśliłam się. A w domu musimy pogadać.
- Możemy pogadać tu i teraz.- popatrzył na mnie z błaganiem. Chciał żebym została z nim w tym miejscu, gdzie bylibyśmy tylko my i nasza miłość.
- Nie. To nie najlepszy pomysł. Zły czas i miejsce. Zrobimy to w Bai. Tam będzie mi i tobie łatwiej.
- Zgoda.- westchnął zrezygnowany.- Ale zostańmy tu jeszcze chwilę. Pragnąłem abyś była tu ze mną, a teraz chcę się tym chwilę nacieszyć.- wyczułam w jego głosie błagania. Wiedziałam, że to dla niego bardzo ważne. W sumie nie pogardziłabym chwilą sam na sam z mężem.
- Nigdzie nam się nie spieszy.- zapewniłam.
Nim się obejrzałam, pod plecami poczułam materac, na pół nagim ciele. Sama również mogłam cieszyć się dotykiem jego ciepłego torsu. Zadrżał pod moim dotykiem. Przez te chwile, tylko dla nas, nikt nam nie przeszkadzał. Byłam tylko ja- Roza, on- towarzysz i nasza miłość- Romitri.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
sobota, 14 maja 2016
ROZDZIAŁ 139
- To ty jesteś w ciąży?! - zdziwiła się para.
- Kto jest ojcem?- spytał Mike.
Powoli zaczyna mnie to wkurzać. Kto jest? Może mój mąż! Czemu to nie może być oczywiste? Ale nie! Przecież nasze życie i tak jest zbyt zwyczajne, aby dampiry mogły mieć ze sobą dzieci. Poświęcamy życie służbie, a nawet nie można w ciążę zajść z kimś innym niż moroj. A i tak nigdy nie będziemy się liczyć. Dla większości rasy, którą bronimy, jesteśmy tylko nic nie znaczącymi maszynami do zabijania, a od czasu do czasu, zabawką na jedną noc, za co powinniśmy im być do zgodnie wdzięczni za istnienie naszego gatunku. Brawo! Oby tak dalej!
Dobra, spokój Rose. Wiadomo, że nie każdy tak myśli. Patrz na Lissę, Ozerę, Sonie i innych wampirzych przyjaciół. Oni was rozumieją.
- Co się dzieje, Roza?- szepnął mi na ucho Dymitr. W jego głosie wyczułam troskę. Dopiero teraz zauważyłam, że zacisnęłam dłonie, które on wciąż trzymał. Ola i Mike byli pochłonięci w rozmowie na jakiś ważny temat.
- Nic takiego.- odprężyłam się.- Po prostu wkurza mnie chory system myślenia dużej ilości morojów o nas.
- Nie denerwuj się. Przecież nie przejmujesz się żadnymi plotkami.
- Tylko dlatego, że ty w nie nie wierzysz. Ale mi chodzi ogólnie o dampiry. A o czym oni tak zawzięcie dyskutują?- postanowiłam zmienić temat.
- W sumie sam nie wiem.- zaśmiał się.- Hej, a jakie to były wyzwania?- zwrócił na siebie uwagę strażnik. Oj, to się może źle skończyć.
Witek chwilę się zastanawiał, aż przypomniał sobie, o czym wcześniej rozmawialiśmy.
- To drugie polegało na tym, że Róża wypije duszkiem trzy butelki wódki i zatańczyć ba stole. To wykonała, ale spadła i Mason ją złapał, ale sam nie trzymał się na nogach, więc postanowiłem się wykazać. I postanowiłem ją odnieść do pokoju. Oczywiście zgodziła się pod warunkiem, że będzie szła. Co mogłem poradzić?
Dymitr się zaśmiał.
- Całą Roza. Samodzielna i zawsze dzielna.- zaśmiał się Bielikow i mnie objął. Nie wierzę! On wciąż jest zazdrosny o mnie! Tak bardzo go kocham.
- Ale ty i tak mnie nie słuchasz. I ciągle nosisz mnie na rękach jak coś sobie zrobię.- powiedziałam z lekkim wyrzutem.
- A co chciałaś iść, ze złamaną kostką, a może umierając po walce z Natalie?
- Nie miałam złamanej, ale cieszę się, że zabrałeś mnie po spotkaniu z Wiktorem. Dzięki temu mogłam dowiedzieć się o twoich uczuciach. I jeszcze nigdy nikt się tak o mnie nie martwił.
- Roza nawet nie wiesz jak bardzo się bałem, że Cię stracę.
- A jednak dalej tu jestem.
- A ja się bardo z tego cieszę. Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu.
- Wracając- odchrząknął Witek.- ostatnie do wyboru miała pocałować panią dyrektor.
Wszyscy się zaśmiali po za mną. Przez resztę wizyty opowiedzieliśmy sobie nawzajem historie poznania i ważniejsze szczegóły życia. Dowiedziałam się, że po naszej ucieczce Wincenty przeniósł się do jednej z lepszych szkół w Rosji. Tam poznał Olę i po jakimś czasie się w sobie zakochali. Byli zdziwieni i często zszokowani naszą historią Mike na początku załamał się na wiadomość o śmierci Masona. Opowiedzieliśmy w skrócie, bo nie było dużo czasu. Resztę mieliśmy omówić, gdy wyjdziemy ze szpitala.
Kiedy poszli, po badaniach strażnika, opróżniliśmy na kolację pozostałe wiaderka przyniesionych przez Olenę. Było pyszne. Zaraz po posiłku poszliśmy się wykąpać. Oczywiście po kolei. Lili szybko zasnęła, a ja z mężem, jak co wieczór rozmawialiśmy.
- Ola.- zamyśliłam się.- Wasze zdrobnienia są bardzo dziwne. Choć lepiej brzmi niż Dimka.
- Mówię ci, jeszcze kiedy będziesz tak mnie nazywać.
- Nie ma mowy. To nawet nie brzmi dobrze w moich ustach.
- Jak dla mnie każde słowo brzmi piękniej niż sto dzwonków.
- Nie no naprawdę, od naszej ucieczki zacząłeś pisać poematy. Najlepiej książkę napisz.
- Kiedyś próbowałem.- wytrzeszczyłam na niego oczy. Czy jest coś, co on nie umie? Chyba nie.
- O czym?- teraz patrzyłam na niego z zachwytem.- Opowiedz mi trochę.
- E tam...- wydawał się trochę zestresowany.- To zamknięty temat. Nie ma o czym mówić.- popatrzyłam na niego maślanymi oczkami szczeniaczka.- Roza... nie patrz tak na mnie.
Jednak ja go nie słuchałam. Byłam nieustępliwa.
- O tobie.- powiedział cicho. Bardzo cicho.
- Co?!- zdziwiłam się.
- Wszystkie moje uczucia przelewałem na papier, w tak jakby dzienniku. Był w moich rzeczach.
- Pisałeś o mnie?! Gdybym o tum wiedział, wzięła bym to w podróż do Rosji.
- Tak bardzo Cię kocham, że nie mogłem wytrzymać trzymania się z tobą na odległość. To było największe cierpienie w moim życiu. A zwłaszcza po tamtej nocy. Nie mogłem przestać o niej myśleć. Przyłapywałem się na tym, że wyobrażam sobie życie z tobą, choć w tamtym czasie to nie było możliwe. Wiedziałem, że moje istnienie ma sens tylko wtedy, gdy jesteś obok.- popatrzył mi głęboko w oczy. Ile byli w nich miłości.
Zbliżyłam moją twarz do jego, ale nie pocałowałam go.
- Z każdym dniem, kochałam i podziwiałam cię coraz bardziej.- wyszeptałam do jego ust, nie odwracając wzroku od tych kochanych, czekoladowych tęczówek- Ale nie chciałam próbować. Bałam się. Bałam się, że mnie odrzucisz, co było dość realne. A już na początku wiedziałam, że to będzie bardzo bolało. Wtedy, gdy powiedziałeś, że mnie nie kochasz, a to była tylko magia, przepłakałam cały dzień w pokoju, zanim nie poszłam do Daszkowa.
- Och Roza...- westchnął, a jego ciepły oddech otulił moją twarz, wywołując przyjemny dreszcz.- Ja nigdy nie chciałem cię odrzucić. Ale teraz wiesz, co mną kierowało. Wypowiedzenie tych słów, a tym bardziej widok łez na twoich policzkach... miałem ochotę podejść, przytulić cię, zetrzeć krople, pocałować i powiedzieć, że Cię Kocham i zawsze będę kochać, choćbym nie wiem co.- przy ostatniej części zdania potarł obrączkę na mojej dłoni. Nawet nie wiem, kiedy je złapał.- Bo to zawsze była prawda, tylko byłem na tyle głupi, żeby ja wyprzeć. Tym naraziłem cię na niebezpieczeństwo.
- Uratowałeś mi życie. I wyciągnęłam z ciebie to, co tak bardzo chciałam usłyszeć.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu.
Dymitr złączył nasze usta w pocałunku. Na początku był delikatny, ale ukochany go pogłębił. Całowaliśmy się namiętnie, z całą miłością.
- Roza, chciałem dla ciebie dobrze, a wyszło jeszcze gorzej i skończyło się na tym, że dopięłaś swego.
- Ja już taka jestem.
- Wiem. I bardzo mi z tym dobrze. Bo jesteś moja jedyna. A teraz chodźmy spać.
Tak jak powiedział, tak zrobiliśmy. Wtuliłam się mocno w ukochanego i zasypiałam otulona jego zapachem, tysiąc razy lepszym od zapachu szpitala i leków. Słyszałam jego cichy oddech, spokojny rytm serca i czułam jak zaciąga się zapachem moich włosów. Na mojej twarz pojawił się uśmiech, z którym zasnęłam.
_______________________________________________________
Tak wiem, wczoraj nie było rozdziału, ale nie miałam internetu. Dlatego dzisiaj lub jutro będą dwa.
- Kto jest ojcem?- spytał Mike.
Powoli zaczyna mnie to wkurzać. Kto jest? Może mój mąż! Czemu to nie może być oczywiste? Ale nie! Przecież nasze życie i tak jest zbyt zwyczajne, aby dampiry mogły mieć ze sobą dzieci. Poświęcamy życie służbie, a nawet nie można w ciążę zajść z kimś innym niż moroj. A i tak nigdy nie będziemy się liczyć. Dla większości rasy, którą bronimy, jesteśmy tylko nic nie znaczącymi maszynami do zabijania, a od czasu do czasu, zabawką na jedną noc, za co powinniśmy im być do zgodnie wdzięczni za istnienie naszego gatunku. Brawo! Oby tak dalej!
Dobra, spokój Rose. Wiadomo, że nie każdy tak myśli. Patrz na Lissę, Ozerę, Sonie i innych wampirzych przyjaciół. Oni was rozumieją.
- Co się dzieje, Roza?- szepnął mi na ucho Dymitr. W jego głosie wyczułam troskę. Dopiero teraz zauważyłam, że zacisnęłam dłonie, które on wciąż trzymał. Ola i Mike byli pochłonięci w rozmowie na jakiś ważny temat.
- Nic takiego.- odprężyłam się.- Po prostu wkurza mnie chory system myślenia dużej ilości morojów o nas.
- Nie denerwuj się. Przecież nie przejmujesz się żadnymi plotkami.
- Tylko dlatego, że ty w nie nie wierzysz. Ale mi chodzi ogólnie o dampiry. A o czym oni tak zawzięcie dyskutują?- postanowiłam zmienić temat.
- W sumie sam nie wiem.- zaśmiał się.- Hej, a jakie to były wyzwania?- zwrócił na siebie uwagę strażnik. Oj, to się może źle skończyć.
Witek chwilę się zastanawiał, aż przypomniał sobie, o czym wcześniej rozmawialiśmy.
- To drugie polegało na tym, że Róża wypije duszkiem trzy butelki wódki i zatańczyć ba stole. To wykonała, ale spadła i Mason ją złapał, ale sam nie trzymał się na nogach, więc postanowiłem się wykazać. I postanowiłem ją odnieść do pokoju. Oczywiście zgodziła się pod warunkiem, że będzie szła. Co mogłem poradzić?
Dymitr się zaśmiał.
- Całą Roza. Samodzielna i zawsze dzielna.- zaśmiał się Bielikow i mnie objął. Nie wierzę! On wciąż jest zazdrosny o mnie! Tak bardzo go kocham.
- Ale ty i tak mnie nie słuchasz. I ciągle nosisz mnie na rękach jak coś sobie zrobię.- powiedziałam z lekkim wyrzutem.
- A co chciałaś iść, ze złamaną kostką, a może umierając po walce z Natalie?
- Nie miałam złamanej, ale cieszę się, że zabrałeś mnie po spotkaniu z Wiktorem. Dzięki temu mogłam dowiedzieć się o twoich uczuciach. I jeszcze nigdy nikt się tak o mnie nie martwił.
- Roza nawet nie wiesz jak bardzo się bałem, że Cię stracę.
- A jednak dalej tu jestem.
- A ja się bardo z tego cieszę. Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu.
- Wracając- odchrząknął Witek.- ostatnie do wyboru miała pocałować panią dyrektor.
Wszyscy się zaśmiali po za mną. Przez resztę wizyty opowiedzieliśmy sobie nawzajem historie poznania i ważniejsze szczegóły życia. Dowiedziałam się, że po naszej ucieczce Wincenty przeniósł się do jednej z lepszych szkół w Rosji. Tam poznał Olę i po jakimś czasie się w sobie zakochali. Byli zdziwieni i często zszokowani naszą historią Mike na początku załamał się na wiadomość o śmierci Masona. Opowiedzieliśmy w skrócie, bo nie było dużo czasu. Resztę mieliśmy omówić, gdy wyjdziemy ze szpitala.
Kiedy poszli, po badaniach strażnika, opróżniliśmy na kolację pozostałe wiaderka przyniesionych przez Olenę. Było pyszne. Zaraz po posiłku poszliśmy się wykąpać. Oczywiście po kolei. Lili szybko zasnęła, a ja z mężem, jak co wieczór rozmawialiśmy.
- Ola.- zamyśliłam się.- Wasze zdrobnienia są bardzo dziwne. Choć lepiej brzmi niż Dimka.
- Mówię ci, jeszcze kiedy będziesz tak mnie nazywać.
- Nie ma mowy. To nawet nie brzmi dobrze w moich ustach.
- Jak dla mnie każde słowo brzmi piękniej niż sto dzwonków.
- Nie no naprawdę, od naszej ucieczki zacząłeś pisać poematy. Najlepiej książkę napisz.
- Kiedyś próbowałem.- wytrzeszczyłam na niego oczy. Czy jest coś, co on nie umie? Chyba nie.
- O czym?- teraz patrzyłam na niego z zachwytem.- Opowiedz mi trochę.
- E tam...- wydawał się trochę zestresowany.- To zamknięty temat. Nie ma o czym mówić.- popatrzyłam na niego maślanymi oczkami szczeniaczka.- Roza... nie patrz tak na mnie.
Jednak ja go nie słuchałam. Byłam nieustępliwa.
- O tobie.- powiedział cicho. Bardzo cicho.
- Co?!- zdziwiłam się.
- Wszystkie moje uczucia przelewałem na papier, w tak jakby dzienniku. Był w moich rzeczach.
- Pisałeś o mnie?! Gdybym o tum wiedział, wzięła bym to w podróż do Rosji.
- Tak bardzo Cię kocham, że nie mogłem wytrzymać trzymania się z tobą na odległość. To było największe cierpienie w moim życiu. A zwłaszcza po tamtej nocy. Nie mogłem przestać o niej myśleć. Przyłapywałem się na tym, że wyobrażam sobie życie z tobą, choć w tamtym czasie to nie było możliwe. Wiedziałem, że moje istnienie ma sens tylko wtedy, gdy jesteś obok.- popatrzył mi głęboko w oczy. Ile byli w nich miłości.
Zbliżyłam moją twarz do jego, ale nie pocałowałam go.
- Z każdym dniem, kochałam i podziwiałam cię coraz bardziej.- wyszeptałam do jego ust, nie odwracając wzroku od tych kochanych, czekoladowych tęczówek- Ale nie chciałam próbować. Bałam się. Bałam się, że mnie odrzucisz, co było dość realne. A już na początku wiedziałam, że to będzie bardzo bolało. Wtedy, gdy powiedziałeś, że mnie nie kochasz, a to była tylko magia, przepłakałam cały dzień w pokoju, zanim nie poszłam do Daszkowa.
- Och Roza...- westchnął, a jego ciepły oddech otulił moją twarz, wywołując przyjemny dreszcz.- Ja nigdy nie chciałem cię odrzucić. Ale teraz wiesz, co mną kierowało. Wypowiedzenie tych słów, a tym bardziej widok łez na twoich policzkach... miałem ochotę podejść, przytulić cię, zetrzeć krople, pocałować i powiedzieć, że Cię Kocham i zawsze będę kochać, choćbym nie wiem co.- przy ostatniej części zdania potarł obrączkę na mojej dłoni. Nawet nie wiem, kiedy je złapał.- Bo to zawsze była prawda, tylko byłem na tyle głupi, żeby ja wyprzeć. Tym naraziłem cię na niebezpieczeństwo.
- Uratowałeś mi życie. I wyciągnęłam z ciebie to, co tak bardzo chciałam usłyszeć.
- Ja tiebia liubliu Roza
- Ja tiebia toże liubliu.
Dymitr złączył nasze usta w pocałunku. Na początku był delikatny, ale ukochany go pogłębił. Całowaliśmy się namiętnie, z całą miłością.
- Roza, chciałem dla ciebie dobrze, a wyszło jeszcze gorzej i skończyło się na tym, że dopięłaś swego.
- Ja już taka jestem.
- Wiem. I bardzo mi z tym dobrze. Bo jesteś moja jedyna. A teraz chodźmy spać.
Tak jak powiedział, tak zrobiliśmy. Wtuliłam się mocno w ukochanego i zasypiałam otulona jego zapachem, tysiąc razy lepszym od zapachu szpitala i leków. Słyszałam jego cichy oddech, spokojny rytm serca i czułam jak zaciąga się zapachem moich włosów. Na mojej twarz pojawił się uśmiech, z którym zasnęłam.
_______________________________________________________
Tak wiem, wczoraj nie było rozdziału, ale nie miałam internetu. Dlatego dzisiaj lub jutro będą dwa.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
czwartek, 12 maja 2016
ROZDZIAŁ 138
- Gratulacje.- powiedzieliśmy jednocześnie ze strażnikiem.
- A to mój mąż Dymitr Bielikow.- przedstawiłam swojego partnera.- O! A tam jest moja siostra Lili.- wskazałam na dziewczynkę, cicho i nieśmiało siedzącą na swoim łóżku.
- Masz siostrę. Brawo Hathaway. Zawsze miałaś talent do oplatania sobie ludzi wokół palca, ale siostra? No, no...
- A skąd wy się znacie?- zwrócił naszą uwagę mój ukochany, po przywitaniu się z moim przyjacielem.
- Witek chodził do Akademii przed naszą ucieczką.
- Róża. Mówiłem, że masz mnie tak nie nazywać.- zwrócił mi uwagę moroj.
- A ty miałeś mi nie mówić Róża.-zauważyłam.
- Ale to ty zaczęłaś.
- Tak, bo ty i tak byś mnie tak nazwał.- wystawiłam mu język.
- Niech ci będzie.
- To może w końcu dowiem się czegoś o twojej szkole.- uznała Ola.
Zaczęliśmy wspominać dawne czasy.
- Doskonale pamiętam walkę chomika z krabem, na lekcjach panny Karp.- wszyscy śmialiśmy się z tej przygody.
- Po prostu Rozy nie można zostawiać bez nadzoru na dłużej, niż minuta.
- Ej, towarzyszu. Nie doceniasz mnie. Mi wystarczy pięć sekund.
- Potwierdzam.- poparł mnie Witek.- Pamiętasz, gdy na imprezie wypiłaś trzy butelki czystej wódki. Gdy odprowadzałem cię do pokoju, to myślałem czy nie zapchać ci buzi piaskiem. Miał ją zaprowadzić Mason, ale on sam potrzebował pomocy.
- Hej, to nie moja wina, ale twoja.- oskarżycielsko wskazałam go palcem.
- Gdybyś wybrała pytanie, nie było by tego.
- Moja Roza i brak wyzwania. Nie możliwe. Jakie było wyzwanie?
- Miała do wyboru trzy. Umiała zakręcić ludzi wokół siebie. Wszyscy mieli w nagrodę dostać po całusie.
- Nie udawaj niewiniątka. Sam wcale mnie nie odpychałeś.- na moje słowa Dymitr się spiął. Popatrzyłam mu w oczy, wtulają się mocniej w jego tors. Ukochany objął mnie w tali ramionami. Chciałam mu przekazać, że tylko on się dla mnie liczy i może zapewnić bezpieczeństwo. Złapałam jego dłoń, a on kciukiem zaczął jeździć mi po jej wierzchu.- Przez tydzień miałam ślad po twoim kle.
- A skąd pewność, że to był mój?
- Bo tylko ty i Mason byliście mną na tyle zauroczeni, aby stracić kontrolę. A tylko ty masz kły.
- No dobra. Masz mnie.- uniósł dłonie w geście obrony.- wracając. Miała trzy zadania. Rozebrać się przed wszystkimi do bielizny.
- Pamiętasz minę Ralfa, gdy to wymyśliłeś.
- On zawsze był tempa dzida śliniąca się na myśl o gołym tyłku. Pamiętasz jak pojechaliśmy na farmę?- spytał.
- Wtedy, gdy... i on ten cytat, który miał się za nim ciągnąć do usranej śmierci?- przytaknął. Wybuchłam niekontrolowanym śmiechem. Mike mi zawtórował, ale nasi partnerzy nic nie rozumieli. Trochę zrobiło mi się żal, chociaż pocieszyła mnie myśl, że kiedy przyjdzie ich kolej, będzie tak samo.
- Może ja wytłumaczę.- wręczył mnie Witek, bo mnie ze śmiechu bolała cała przepona.- Ralf ma nadmiar testosteronu i jakby mógł, przeleciał by wszystko co się rusza w szkole. Chodziły plotki, że sprzątaczka przyłapała go z panią dyrektor, na jedno znacznej sytuacji.
- Przyznaję się.- odzywam się i na nowo parskam śmiechem.- Ja to wymyśliłam. W odwecie za to, że nazwał Lissę, pieprzoną księżniczką. Oczywiście najpierw dostał w twarz.
- W twarz?! Kobieto, wpakowałaś go na tydzień do szpitala. Złamana szczęka, nos i ręką.
- A ty co? Nauczyłeś się jego karty lekarskiej na pamięć.
- Nie, ale jego widok i wzrok ludzi. Od tamtego czasu nikt nie odważył się podskoczyć tobie, a tym bardziej Lissie. Ach, te dobre czasy.- wzdycha melancholijnie.- A teraz nasza sierotka została królową.
- Chwila! - przerywa nam Ola.- Mówicie o królowej Wasylissie?!
- Tak. Ja i Dymitr jesteśmy jej strażnikami.- powiedziałam obojętnie, a ta zaczęła się na nas gapić, jak na ósmy cud świata. W sumie to trochę nim jesteśmy. W końcu nie każda Dampirzyca ma okazję zostać być w ciąży z Dampirem. Co ja gadam. To pierwszy taki przypadek w historii.
- To znaczy, ja jestem strażnikiem Lorda Ozery.-tłumaczy się mój ukochany. Na ten tytuł parsknęłam śmiechem. Nasi goście popatrzyli na mnie ze zdziwieniem.- Nie przejmujcie się. Ich dwójką ciągle ma ze sobą jakiś problem.
- Teraz jesteś strażnikiem Lissy, więc zaliczasz się do tego grona.- nie odpuszczałam.
- No, no Dimka. Zawsze mówiłam, że się ustawisz.- uśmiechnęła się czarno włosa.
- A ty zawsze masz rację.- odezwali się równocześnie chłopcy, a my wybuchłyśmy śmiechem.
- No proszę, towarzyszu. Większą niż ty? Jako nauczyciel nie dopuszczałeś do mnie myśli, że ktoś jest mądrzejszy od ciebie.
- Roza jest wiele osób mądrzejszych ode mnie.
- Dla mnie nie.- uśmiechnęłam się do niego słodko, za co dostałam słodkiego całusa. Jednak nie trwał on długo, z racji widowni. Choć para nie przejmowała się nami, zajęta własnymi ustami.
- Cieszę się towarzyszu, że się odważyłeś.- klapię go po ramieniu.
- Ja też Roza.- objął mnie.
- Kontynuując.- odezwał się Mike.- Na tej wycieczce na farmę, Ralf zaczął przystawiać się do Róży, a ona powiedziała, że nie będzie z kimś, kto pieprzy co popadnie. A on na to, że taki nie jest i że ma wymagania. Wskazał za okno na córkę gospodarza i powiedział, że taką dupę to on by bzykał sto razy dziennie. Tyle, że kiedy Róża się odwróciła, to dziewczyna poszła i wyszło, że ten wskazuje na grubą świnię u schyłku życia.
- Na co ja: " Nie chciałabym później jeść z niej szynkę."
- Nie tylko.- wtrącił moroj z trudem powstrzymując śmiech.- Wstała i krzyknęła na cały autokar kto chce zobaczyć jak Ralf pieprzy świnię. Oczywiście każdy był chętny po za samym zainteresowanym.
- A Mason wczuł się w klimat i dopowiedział, że najpierw sam musi się do nich upodobnić.
- A ja na to, że nie wiele mu brakuje.- w tym momencie każdy wybuchnął śmiechem.
- I skończyło się na tym, że ten dupek paplał się w błocie. Za co Stan kazał mu biegać w pełnym słońcu przez pół godziny.
- Trzeba przyznać, że Alto był wymagający.
- Ty nie miałeś lekcji z Dymitrem. Wybacz kochanie.- zwróciłam się do męża.
- Jestem świadom tego.- odezwał się.- Dzięki temu jesteś najlepszą strażniczką na świecie. Przebiłaś nawet własną matkę.
- Poczekaj aż urodzę. Wtedy jeszcze ciebie pobiję. Dosłownie i metaforycznie.- wszyscy na nowo wybuchli śmiechem.
- A to mój mąż Dymitr Bielikow.- przedstawiłam swojego partnera.- O! A tam jest moja siostra Lili.- wskazałam na dziewczynkę, cicho i nieśmiało siedzącą na swoim łóżku.
- Masz siostrę. Brawo Hathaway. Zawsze miałaś talent do oplatania sobie ludzi wokół palca, ale siostra? No, no...
- A skąd wy się znacie?- zwrócił naszą uwagę mój ukochany, po przywitaniu się z moim przyjacielem.
- Witek chodził do Akademii przed naszą ucieczką.
- Róża. Mówiłem, że masz mnie tak nie nazywać.- zwrócił mi uwagę moroj.
- A ty miałeś mi nie mówić Róża.-zauważyłam.
- Ale to ty zaczęłaś.
- Tak, bo ty i tak byś mnie tak nazwał.- wystawiłam mu język.
- Niech ci będzie.
- To może w końcu dowiem się czegoś o twojej szkole.- uznała Ola.
Zaczęliśmy wspominać dawne czasy.
- Doskonale pamiętam walkę chomika z krabem, na lekcjach panny Karp.- wszyscy śmialiśmy się z tej przygody.
- Po prostu Rozy nie można zostawiać bez nadzoru na dłużej, niż minuta.
- Ej, towarzyszu. Nie doceniasz mnie. Mi wystarczy pięć sekund.
- Potwierdzam.- poparł mnie Witek.- Pamiętasz, gdy na imprezie wypiłaś trzy butelki czystej wódki. Gdy odprowadzałem cię do pokoju, to myślałem czy nie zapchać ci buzi piaskiem. Miał ją zaprowadzić Mason, ale on sam potrzebował pomocy.
- Hej, to nie moja wina, ale twoja.- oskarżycielsko wskazałam go palcem.
- Gdybyś wybrała pytanie, nie było by tego.
- Moja Roza i brak wyzwania. Nie możliwe. Jakie było wyzwanie?
- Miała do wyboru trzy. Umiała zakręcić ludzi wokół siebie. Wszyscy mieli w nagrodę dostać po całusie.
- Nie udawaj niewiniątka. Sam wcale mnie nie odpychałeś.- na moje słowa Dymitr się spiął. Popatrzyłam mu w oczy, wtulają się mocniej w jego tors. Ukochany objął mnie w tali ramionami. Chciałam mu przekazać, że tylko on się dla mnie liczy i może zapewnić bezpieczeństwo. Złapałam jego dłoń, a on kciukiem zaczął jeździć mi po jej wierzchu.- Przez tydzień miałam ślad po twoim kle.
- A skąd pewność, że to był mój?
- Bo tylko ty i Mason byliście mną na tyle zauroczeni, aby stracić kontrolę. A tylko ty masz kły.
- No dobra. Masz mnie.- uniósł dłonie w geście obrony.- wracając. Miała trzy zadania. Rozebrać się przed wszystkimi do bielizny.
- Pamiętasz minę Ralfa, gdy to wymyśliłeś.
- On zawsze był tempa dzida śliniąca się na myśl o gołym tyłku. Pamiętasz jak pojechaliśmy na farmę?- spytał.
- Wtedy, gdy... i on ten cytat, który miał się za nim ciągnąć do usranej śmierci?- przytaknął. Wybuchłam niekontrolowanym śmiechem. Mike mi zawtórował, ale nasi partnerzy nic nie rozumieli. Trochę zrobiło mi się żal, chociaż pocieszyła mnie myśl, że kiedy przyjdzie ich kolej, będzie tak samo.
- Może ja wytłumaczę.- wręczył mnie Witek, bo mnie ze śmiechu bolała cała przepona.- Ralf ma nadmiar testosteronu i jakby mógł, przeleciał by wszystko co się rusza w szkole. Chodziły plotki, że sprzątaczka przyłapała go z panią dyrektor, na jedno znacznej sytuacji.
- Przyznaję się.- odzywam się i na nowo parskam śmiechem.- Ja to wymyśliłam. W odwecie za to, że nazwał Lissę, pieprzoną księżniczką. Oczywiście najpierw dostał w twarz.
- W twarz?! Kobieto, wpakowałaś go na tydzień do szpitala. Złamana szczęka, nos i ręką.
- A ty co? Nauczyłeś się jego karty lekarskiej na pamięć.
- Nie, ale jego widok i wzrok ludzi. Od tamtego czasu nikt nie odważył się podskoczyć tobie, a tym bardziej Lissie. Ach, te dobre czasy.- wzdycha melancholijnie.- A teraz nasza sierotka została królową.
- Chwila! - przerywa nam Ola.- Mówicie o królowej Wasylissie?!
- Tak. Ja i Dymitr jesteśmy jej strażnikami.- powiedziałam obojętnie, a ta zaczęła się na nas gapić, jak na ósmy cud świata. W sumie to trochę nim jesteśmy. W końcu nie każda Dampirzyca ma okazję zostać być w ciąży z Dampirem. Co ja gadam. To pierwszy taki przypadek w historii.
- To znaczy, ja jestem strażnikiem Lorda Ozery.-tłumaczy się mój ukochany. Na ten tytuł parsknęłam śmiechem. Nasi goście popatrzyli na mnie ze zdziwieniem.- Nie przejmujcie się. Ich dwójką ciągle ma ze sobą jakiś problem.
- Teraz jesteś strażnikiem Lissy, więc zaliczasz się do tego grona.- nie odpuszczałam.
- No, no Dimka. Zawsze mówiłam, że się ustawisz.- uśmiechnęła się czarno włosa.
- A ty zawsze masz rację.- odezwali się równocześnie chłopcy, a my wybuchłyśmy śmiechem.
- No proszę, towarzyszu. Większą niż ty? Jako nauczyciel nie dopuszczałeś do mnie myśli, że ktoś jest mądrzejszy od ciebie.
- Roza jest wiele osób mądrzejszych ode mnie.
- Dla mnie nie.- uśmiechnęłam się do niego słodko, za co dostałam słodkiego całusa. Jednak nie trwał on długo, z racji widowni. Choć para nie przejmowała się nami, zajęta własnymi ustami.
- Cieszę się towarzyszu, że się odważyłeś.- klapię go po ramieniu.
- Ja też Roza.- objął mnie.
- Kontynuując.- odezwał się Mike.- Na tej wycieczce na farmę, Ralf zaczął przystawiać się do Róży, a ona powiedziała, że nie będzie z kimś, kto pieprzy co popadnie. A on na to, że taki nie jest i że ma wymagania. Wskazał za okno na córkę gospodarza i powiedział, że taką dupę to on by bzykał sto razy dziennie. Tyle, że kiedy Róża się odwróciła, to dziewczyna poszła i wyszło, że ten wskazuje na grubą świnię u schyłku życia.
- Na co ja: " Nie chciałabym później jeść z niej szynkę."
- Nie tylko.- wtrącił moroj z trudem powstrzymując śmiech.- Wstała i krzyknęła na cały autokar kto chce zobaczyć jak Ralf pieprzy świnię. Oczywiście każdy był chętny po za samym zainteresowanym.
- A Mason wczuł się w klimat i dopowiedział, że najpierw sam musi się do nich upodobnić.
- A ja na to, że nie wiele mu brakuje.- w tym momencie każdy wybuchnął śmiechem.
- I skończyło się na tym, że ten dupek paplał się w błocie. Za co Stan kazał mu biegać w pełnym słońcu przez pół godziny.
- Trzeba przyznać, że Alto był wymagający.
- Ty nie miałeś lekcji z Dymitrem. Wybacz kochanie.- zwróciłam się do męża.
- Jestem świadom tego.- odezwał się.- Dzięki temu jesteś najlepszą strażniczką na świecie. Przebiłaś nawet własną matkę.
- Poczekaj aż urodzę. Wtedy jeszcze ciebie pobiję. Dosłownie i metaforycznie.- wszyscy na nowo wybuchli śmiechem.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
środa, 11 maja 2016
ROZDZIAŁ 137
- Mama?- zdziwił się strażnik.- Co wy tu robicie?
- Mieliśmy nie odwiedzić naszego kochanego braciszka i siostry?- zza Oleny wyglądnęły jej córki.
Ich rodzicielka podeszła i usiadła na krześle między łóżkami naszymi, a Lili.
- Jak się czujecie dzieci?- spytała głaszcząc syna po policzku.
- Dobrze. Nic mi nie jest. Mogło być gorzej.- odpowiada patrząc z miłością na matkę. Tak. Zdecydowanie mu zazdroszczę.
- Nie wiem, czy jest coś gorszego niż jedzenie tutaj.- z obrzydzeniem odsunęłam miskę jak najdalej od siebie.
- Czyli nic się nie zmieniło.- westchnęła zrezygnowana kobieta. Z torebki zaczęła wyciągać jakieś zawiniątka.- Dobrze, że to przewidziałam.
Zaciekawiona przyglądam się, jak Olena rozpakowuje przyniesione rzeczy. Nie wierzę. Pyszne jedzenie, własnej roboty i to z kapustą. Wiem, nienawidzę kapusty, ale odkąd jestem w ciąży, ciągle mam na nią ochotę. Szybko podbiegłam do teściowej, rzucając się jej w ramiona.
- Kocham cię mamo.- na moje słowa, Dymitr lekko się zdziwił, co zauważyłam dopiero gdy się odwróciłam z wiaderkami w ręce.- Kochanie, nie umrzemy z głodu.
Mina strażnika była bezcenna. Z rozdziawioną buzią patrzył to na mnie, to na swoją mamę. Dziewczyny za nami chichotały cicho.
- Dimka, zamknij buzię, bo ci mucha wleci.- zaśmiała się Karolina, a wszystkie, poza moim mężem, jej zawtórowałyśmy.
Podczas mojego pobytu jeszcze bardziej zżyłam się z tą rodziną. Olena zaproponowała mi, żebym mówiła do niej mama, co przyszło mi łatwiej, niż babcia na Jewę.
- Ciocia Rose! Ciocia Rose!- do sali wparowała dwójka dzieci. Od razu zauważyły mojego ukochanego i rzuciły się na niego.- Wujek Dimka!
- Hej dzieciaki. Co tam u was?
I tak zaczęły się przekrzykiwać, mówiąc mu ci się ostatnio w ich małym życiu działo. Później poszły bawić się z Lili. W tym czasie ja zajęłam się małym Łuką. Gdy tylko mnie zobaczył, wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu i wyciągnął rączki. Sonia podała mi go, siadając obok. Jeśli chodzi o tego chłopca, miała do mnie kompletne zaufanie. Byłam tak zaabsorbowana bobasem, że nie zauważyłam, gdy reszta dzieci się rozbiegła. Do rzeczywistości przywróciło mnie ramię ukochanego.
- Jesteś wspaniała Roza.
- Ja tiebia liubliu.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Po kilku godzinach rodzina musi wracać. Olena wzięła puste już pojemniki na jedzenie. Pożegnali nas, każdy z osobna i wyszli obiecując, że przyjdą jutro.
Przez jakiś czas bawiliśmy się i rozmawialiśmy z moją siostrą. Gdzieś tak dwie i pół godziny po wyjściu Bielikowów do sali wbiegł jakaś dziewczyna.
- Dimka.- woła. Dymitr patrzy na nią z niedowierzaniem.
- Ola?! To naprawdę ty.- pyta o dziwo po rosyjsku. W myślach dziękuję mu za lekcje. Ale później podziękuję mu na prawdę. Obserwuję dziewczynę. Ma średniej długości, czarne włosy, chude nogi i ogólnie jest szczupła. Ale nie jest morojką, ale dampirzycą. Jej oczy są szarawe, a usta pełne. Ładnie się uśmiecha, stwierdziłam, nie do końca zadowolona tym faktem. Wygląda na 21 lat. Nie podoba mi się. I jeszcze tak patrzy na MOJEGO Dymitra, jak na swoją własność.
- O to samo mogłabym spytać ciebie.- odzywa się melodyjnym głosem.- Kiedy dowiedziałam się, o twojej przemianie, załamałam się. Byłam wtedy w szkole, ale pozwolili mi wrócić do domu. Wiedzieli, że mi ciężko. Tak bardzo się bałam, że Cię stracę.
Teraz już przegięła. Nie mogę siedzieć i patrzeć, jak ta lalusia wyrywa mi mojego towarzysza, razem z sercem.
- Kim ty właściwie jesteś, że wpadasz tu bez pytania.- pytam i groźnie patrzę na nowo przybyłą.
- Roza!- zawołał Dymitr, przerzucając się na angielski. O dziwo w jego głosie nie słyszę nagany, a... dumę? Chyba tak.- Powiedziałaś to wszystko po Rosyjsku!
Miał rację. Jeszcze nigdy nie powiedziałam takiego zdania, z taką płynnością, w jego ojczystym języku. Pocałował mnie w policzek i przytulił. Poczułam się lekko zawiedziona, bo liczyłam na coś więcej. na szczęście mąż rozwiewa moje rozczarowanie.
- Później pokaże ci, jak bardzo dumny jestem.- szepcze mi, nie wypuszczając mnie z ramion.
- Jesteś pewny, że dasz radę?- droczyłam się z nim.
- Spokojnie Roza...- odsunął się, a ja już zatęskniłam za jego silnymi dłońmi, trzymających mnie w tali.- Kochanie,- z zamyślenia wyrywa mnie głos strażnika.- nie masz powodów do zazdrości.
- Oj Dimka.- odezwała się ciemno włosa.- Kobieta zawsze znajdzie powód do zazdrości. To znaczy tylko, że bardzo Cię kocha. A tobie dziękuję,- uśmiechnęła się bardzo miło. Nie wygląda na zdzirę, chcąca zabrać mi męża.- za uratowanie mojego przyjaciela. Dymitr zawsze był dla mnie jak brat.
- Tak jak Mason dla ciebie.- podsumował Bielikow.- Rose, to moja najlepsza przyjaciółka, Aleksandra. Ola to moja żona Rose.
- Ola?!- zdziwiłam się. Czy przed chwilą nie nazwał jej Aleksandra.
Oboje zaczęli cicho chichotać.
- Ola to zdrobnienie mojego dłuższego imienia, którego nienawidzę, więc proszę mów Ola.
- Też tak mam. Moje pełne imię to Rosemarie. Ale wszyscy mówią Rose. No poza tym oto przystojniakiem.- szturchnęłam ukochanego.
- Oczywiście Roza.- objął mnie i cmoknął w czoło. Wszyscy zaczęli się śmiać.
- Skarbie, przepraszam, musiałem...- do sali wpadł jakiś chłopak. Miał krótkie, postawione na żel blond włosy i niebieskie oczy. Ma sobie miał czerwoną koszulkę, opisującą jego mięśnie. Na brodzie miał lekki zarost. On był morojem. Gdy na mnie spojrzał, zatrzymał się w pół kroku.- Hathaway?!- wykrzyknął zaskoczony.
- Mike?!- nie mogłam uwierzyć.- Co ty tu robisz?- spytałam z uśmiechem, gdy podszedł i przybił ze mną piątkę. Dymitr automatycznie przytulił mnie mocniej. Ktoś tu jest zazdrosny. "I kto to mówi?!" upomniałam się w myślach.
- Cóż, ja jakby to powiedzieć biorę ślub.- objął Olę. Ona oniemiała, patrzyła to na mnie, to na blondyna. Jego dotyk ją ocknął.
- To wy się znacie?- wykrztusiła w końcu z siebie.
- Kto to jest?- spytał mój ukochany z nutką groźby, ale myślę, że tylko ja to zauważyłam.
- To Wincenty Mike.- przedstawiła go dziewczyna.- Mój narzeczony.
- Mieliśmy nie odwiedzić naszego kochanego braciszka i siostry?- zza Oleny wyglądnęły jej córki.
Ich rodzicielka podeszła i usiadła na krześle między łóżkami naszymi, a Lili.
- Jak się czujecie dzieci?- spytała głaszcząc syna po policzku.
- Dobrze. Nic mi nie jest. Mogło być gorzej.- odpowiada patrząc z miłością na matkę. Tak. Zdecydowanie mu zazdroszczę.
- Nie wiem, czy jest coś gorszego niż jedzenie tutaj.- z obrzydzeniem odsunęłam miskę jak najdalej od siebie.
- Czyli nic się nie zmieniło.- westchnęła zrezygnowana kobieta. Z torebki zaczęła wyciągać jakieś zawiniątka.- Dobrze, że to przewidziałam.
Zaciekawiona przyglądam się, jak Olena rozpakowuje przyniesione rzeczy. Nie wierzę. Pyszne jedzenie, własnej roboty i to z kapustą. Wiem, nienawidzę kapusty, ale odkąd jestem w ciąży, ciągle mam na nią ochotę. Szybko podbiegłam do teściowej, rzucając się jej w ramiona.
- Kocham cię mamo.- na moje słowa, Dymitr lekko się zdziwił, co zauważyłam dopiero gdy się odwróciłam z wiaderkami w ręce.- Kochanie, nie umrzemy z głodu.
Mina strażnika była bezcenna. Z rozdziawioną buzią patrzył to na mnie, to na swoją mamę. Dziewczyny za nami chichotały cicho.
- Dimka, zamknij buzię, bo ci mucha wleci.- zaśmiała się Karolina, a wszystkie, poza moim mężem, jej zawtórowałyśmy.
Podczas mojego pobytu jeszcze bardziej zżyłam się z tą rodziną. Olena zaproponowała mi, żebym mówiła do niej mama, co przyszło mi łatwiej, niż babcia na Jewę.
- Ciocia Rose! Ciocia Rose!- do sali wparowała dwójka dzieci. Od razu zauważyły mojego ukochanego i rzuciły się na niego.- Wujek Dimka!
- Hej dzieciaki. Co tam u was?
I tak zaczęły się przekrzykiwać, mówiąc mu ci się ostatnio w ich małym życiu działo. Później poszły bawić się z Lili. W tym czasie ja zajęłam się małym Łuką. Gdy tylko mnie zobaczył, wyszczerzył się w bezzębnym uśmiechu i wyciągnął rączki. Sonia podała mi go, siadając obok. Jeśli chodzi o tego chłopca, miała do mnie kompletne zaufanie. Byłam tak zaabsorbowana bobasem, że nie zauważyłam, gdy reszta dzieci się rozbiegła. Do rzeczywistości przywróciło mnie ramię ukochanego.
- Jesteś wspaniała Roza.
- Ja tiebia liubliu.
- Ja tiebia toże liubliu Roza.
Po kilku godzinach rodzina musi wracać. Olena wzięła puste już pojemniki na jedzenie. Pożegnali nas, każdy z osobna i wyszli obiecując, że przyjdą jutro.
Przez jakiś czas bawiliśmy się i rozmawialiśmy z moją siostrą. Gdzieś tak dwie i pół godziny po wyjściu Bielikowów do sali wbiegł jakaś dziewczyna.
- Dimka.- woła. Dymitr patrzy na nią z niedowierzaniem.
- Ola?! To naprawdę ty.- pyta o dziwo po rosyjsku. W myślach dziękuję mu za lekcje. Ale później podziękuję mu na prawdę. Obserwuję dziewczynę. Ma średniej długości, czarne włosy, chude nogi i ogólnie jest szczupła. Ale nie jest morojką, ale dampirzycą. Jej oczy są szarawe, a usta pełne. Ładnie się uśmiecha, stwierdziłam, nie do końca zadowolona tym faktem. Wygląda na 21 lat. Nie podoba mi się. I jeszcze tak patrzy na MOJEGO Dymitra, jak na swoją własność.
- O to samo mogłabym spytać ciebie.- odzywa się melodyjnym głosem.- Kiedy dowiedziałam się, o twojej przemianie, załamałam się. Byłam wtedy w szkole, ale pozwolili mi wrócić do domu. Wiedzieli, że mi ciężko. Tak bardzo się bałam, że Cię stracę.
Teraz już przegięła. Nie mogę siedzieć i patrzeć, jak ta lalusia wyrywa mi mojego towarzysza, razem z sercem.
- Kim ty właściwie jesteś, że wpadasz tu bez pytania.- pytam i groźnie patrzę na nowo przybyłą.
- Roza!- zawołał Dymitr, przerzucając się na angielski. O dziwo w jego głosie nie słyszę nagany, a... dumę? Chyba tak.- Powiedziałaś to wszystko po Rosyjsku!
Miał rację. Jeszcze nigdy nie powiedziałam takiego zdania, z taką płynnością, w jego ojczystym języku. Pocałował mnie w policzek i przytulił. Poczułam się lekko zawiedziona, bo liczyłam na coś więcej. na szczęście mąż rozwiewa moje rozczarowanie.
- Później pokaże ci, jak bardzo dumny jestem.- szepcze mi, nie wypuszczając mnie z ramion.
- Jesteś pewny, że dasz radę?- droczyłam się z nim.
- Spokojnie Roza...- odsunął się, a ja już zatęskniłam za jego silnymi dłońmi, trzymających mnie w tali.- Kochanie,- z zamyślenia wyrywa mnie głos strażnika.- nie masz powodów do zazdrości.
- Oj Dimka.- odezwała się ciemno włosa.- Kobieta zawsze znajdzie powód do zazdrości. To znaczy tylko, że bardzo Cię kocha. A tobie dziękuję,- uśmiechnęła się bardzo miło. Nie wygląda na zdzirę, chcąca zabrać mi męża.- za uratowanie mojego przyjaciela. Dymitr zawsze był dla mnie jak brat.
- Tak jak Mason dla ciebie.- podsumował Bielikow.- Rose, to moja najlepsza przyjaciółka, Aleksandra. Ola to moja żona Rose.
- Ola?!- zdziwiłam się. Czy przed chwilą nie nazwał jej Aleksandra.
Oboje zaczęli cicho chichotać.
- Ola to zdrobnienie mojego dłuższego imienia, którego nienawidzę, więc proszę mów Ola.
- Też tak mam. Moje pełne imię to Rosemarie. Ale wszyscy mówią Rose. No poza tym oto przystojniakiem.- szturchnęłam ukochanego.
- Oczywiście Roza.- objął mnie i cmoknął w czoło. Wszyscy zaczęli się śmiać.
- Skarbie, przepraszam, musiałem...- do sali wpadł jakiś chłopak. Miał krótkie, postawione na żel blond włosy i niebieskie oczy. Ma sobie miał czerwoną koszulkę, opisującą jego mięśnie. Na brodzie miał lekki zarost. On był morojem. Gdy na mnie spojrzał, zatrzymał się w pół kroku.- Hathaway?!- wykrzyknął zaskoczony.
- Mike?!- nie mogłam uwierzyć.- Co ty tu robisz?- spytałam z uśmiechem, gdy podszedł i przybił ze mną piątkę. Dymitr automatycznie przytulił mnie mocniej. Ktoś tu jest zazdrosny. "I kto to mówi?!" upomniałam się w myślach.
- Cóż, ja jakby to powiedzieć biorę ślub.- objął Olę. Ona oniemiała, patrzyła to na mnie, to na blondyna. Jego dotyk ją ocknął.
- To wy się znacie?- wykrztusiła w końcu z siebie.
- Kto to jest?- spytał mój ukochany z nutką groźby, ale myślę, że tylko ja to zauważyłam.
- To Wincenty Mike.- przedstawiła go dziewczyna.- Mój narzeczony.
Jestem jedynaczką. Bardzo szybko się zaprzyjaźniłam. W przyszłości chcę zostać architektką wnętrz i jestem w trakcie studiów na ten właśnie zawód. Mam dwa szynszyle o imionach Miluś i Dino.
Subskrybuj:
Posty (Atom)